Legislacja

Na gorąco o zmianach w zasadach egzaminowania

9 czerwca 2009

Zasady przeprowadzania praktycznych egzaminów na prawo jazdy zmieniło rozporządzenie ministra infrastruktury opublikowane 25 maja, a obowiązujące od 9 czerwca. Zmiany dotyczą zasad przeprowadzania egzaminu praktycznego. Opinie o założeniach noweli i jej praktycznych efektach są podzielone. Poniżej kilka pierwszych komentarzy:

Tadeusz Kondrusiewicz, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Bydgoszczy: tak jak do tej pory, trzeba zaliczyć wszystkie elementy po kolei. Tylko wybranym wystarczy na to 25 minut i po tym czasie mogą udać się do ośrodka, a nie jeździć na siłę kolejny kwadrans. Ale to trudna sztuka. Egzamin nadal może trwać nawet godzinę czy dwie, z powodu korków. Nie ma na to ograniczeń. We wtorek średni jego czas w naszym mieście wynosił 48 minut. Kursanci mogli zaoszczędzić kilka minut na placu manewrowym, bo nie muszą już wymieniać wszystkich elementów technicznych pojazdu, a jedynie dwa wskazane przez egzaminatora. Za to mają inny problem, który wcześniej uchodził płazem - nie wolno im w czasie manewrów najechać na linię. Wczoraj z tego powodu egzamin został kilka razy przerwany. Jest jeszcze jedna nowość, szczególnie przykra dla osób z małą odpornością na stres. Egzaminator na bieżąco musi omawiać popełniane błędy, a nie na końcu egzaminu. A to dla niektórych deprymujące.

Dyrektor słupskiego WORD-u Zbigniew Wiczkowski zmiany ocenia pozytywnie. - Teraz będziemy mogli przeegzaminować więcej osób i skrócić czas oczekiwania na egzamin - mówi.

Dyrektor zamojskiego WORD-u Janusz Szatkowski: Moim zdaniem egzamin jest tak naprawdę łatwiejszy tylko dla osób, które potrafią jeździć. Kłopotliwa jest np. sprawa placu manewrowego, gdzie dziś nie można nawet najechać na linię ograniczającą pas ruchu. Wcześniej dyskwalifikacją było dopiero jej przekroczenie. We wtorek u nas “poległo” na tym kilka osób - wyjaśniał Janusz Szatkowski, p.o. dyrektor zamojskiego WORD.

Adam Klejna z Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Warszawie: egzaminator będzie od razu informował o każdym popełnionym błędzie, a nie jak dotychczas – dopiero po egzaminie. Wskazywanie błędów dopiero na koniec było nienaturalne, kierowca nie wiedział, co robi źle. Jeżeli drugi raz wykonamy nieprawidłowo ten sam manewr, egzaminator powie, że nie zdaliśmy egzaminu. Możemy wtedy zrezygnować z dalszej jazdy. Nowością jest też to, że po egzaminie praktycznym otrzymamy arkusz z oceną i listą popełnionych błędów. Dzięki niemu instruktorzy będą wiedzieli, czego kursant, który obleje, musi się nauczyć. Zmieniają się też dwa pierwsze zadania na placu manewrowym. Teraz egzaminowany będzie losował tylko dwa elementy: skontroluje jeden płyn lub sygnał dźwiękowy i działanie jednych świateł, np. długich. Jedno zadanie egzaminacyjne będzie za to surowiej oceniane. Na placu manewrowym egzaminowany musi przejechać pasem ruchu w przód i w tył. Dotąd przekroczenie linii było dopuszczalne. Od dziś jest błędem. Uznano, że jeśli ktoś dwukrotnie pokaże, że nie umie utrzymać się w pasie ruchu, to oblewa, bo nie jest przygotowany do wyjazdu na miasto.

Dariusz L., czytelnik tygodnika PRAWO DROGOWE @ NEWS: Wszystkie zabiegi to tylko kosmetyka chorego systemu szkolenia i jeszcze bardziej chorego egzaminowania. To mydlenie oczu, że niby coś się chce poprawić. Nie tak dawno mędrcy nalegali by zmienić czas egzaminu praktycznego na minimum 45 minut, bo to podobno jest jedyny właściwy czas, w którym można rzetelnie ocenić adepta. Dziś okazuje się, że jednak 25 minut wystarczy. I opiniują to znowu Ci sami "fachowcy". Najlepsze z tego to jest pozbycie się klauzuli, która umożliwia ustalanie egzaminu bez limitu czasowego. Niejednokrotnie na "załapanie się" na egzamin teoretyczny i później praktyczny oczekuje się 3 miesiące i więcej. WORD-y i nadzorujący marszałkowie nic sobie nie robią z tych zapisanych 30 dni, ze skarg kursantów oraz z NIKu. Teraz to chyba z pół roku minie od ukończenia kursu. Może w tym temacie się ktoś wypowie, jakie szanse ma kursant na zaliczenie egzaminu po tak długiej przerwie? I dlaczego wyjściem z sytuacji mają być np. jazdy uzupełniające, skoro kursant dobrze już jeździ po kursie podstawowym, za który już zapłacił? I uwaga, na egzamin kat. A w ubiegłym roku nie można było ustalać terminu już w...sierpniu! W tym roku już teoria będzie prawie w sierpniu, a kiedy praktyka? Może ktoś wytłumaczy, dlaczego pół roku obowiązują testy i potem należy znowu zdawać je (płacąc za to oczywiście!), skoro w dobrym układzie można załapać się na maksymalnie na 3 podejścia praktyczne? A może ktoś powie, dlaczego zaliczona "musi być" teoria a dopiero później praktyka? Nie można razem? Może ktoś jeszcze poda przykład z innych normalnych krajów (np. ościennych), gdzie egzamin zdaje się normalnie, jak to wygląda i ile kursant oczekuje na termin? I dlaczego u nas wyważa się otwarte drzwi? Można przecież skopiować to, co jest dobre i zastosować w naszym systemie. Ale wydaje mi się, że to nie będzie "w nos" pewnym betonowym układom... Można śmiało powrócić do systemu z "za komuny", gdzie egzaminator dojeżdżał do OSK i na tych właśnie pojazdach odbywał się egzamin z asystą instruktora. Po pierwsze rozładuje to korki w "miastach egzaminacyjnych". Po drugie, każdy właściciel OSK będzie posiadał prawdziwą i zgodną z przepisami infrastrukturę swojego ośrodka i będzie rzetelniej przygotowywał kursanta by nie "świecić oczami" przed egzaminatorem. I po trzecie, psychika kursanta będzie inna bo pojedzie "swoim" samochodem i z "bratnią duszą" obok. O terminie oczekiwania już nie wspomnę... Jakoś w Niemczech podobny system funkcjonuje i jest dobry. Nikt też nie wmawia ludziom, że jest to zły system. Przepisy też nie są zmieniane kilka razy do roku... a ofiar wypadków mają tyle samo co my... przy kilkukrotnie większej ilości pojazdów i dwukrotnie większej ilości obywateli! Pozdrawiam.

Mikołaj Kopeć z warszawskiej Szkoły Auto uważa, że nowy egzamin to kosmetyka, a nie poważne zmiany.Dopóki nie zostanie zmieniony system szkolenia, szkoły kierowców nie będą uczyć jeździć, ale raczej tego, jak zdawać egzamin - ocenia Kopeć.
Popiera go Piotr Ryncarz, instruktor motorowy Szkoły Jazdy Subaru. Proponowałbym zmiany w szkoleniu przyszłych kierowców - większy nacisk na praktykę i pokazywanie, co się może stać, gdy szaleje się na drogach. Drastyczne zdjęcia z wypadków najlepiej działają na wyobraźnię - mówi instruktor.