Legislacja

Próbne przysłonięcie znaków drogowych? (2)

24 listopada 2008

W poprzednim numerze serwisu przywołaliśmy fragment wypowiedzi opublikowanej w dzienniku “Rzeczpospolita”(pt.: “Zatrzęsienie znaków drogowych” autorstwa Marka Domagalskiego) poświęcony ilości znaków drogowych przy polskich drogach. Poniżej powołany tekst oraz jedna z interesujących wypowiedzi naszych Czytelników. Zapraszamy do tej ważnej dla bezpieczeństwa zarówno pieszych jak i kierowców dyskusji. Oto oba teksty:

 

Dziennik “Rzeczpospolita” komentuje: znaków jest przy polskich drogach stanowczo za dużo. Gdyby ich liczbę ograniczyć, bezpieczeństwo znacznie by wzrosło. Problem w tym, że o ich stawianiu rozstrzyga kilkuset gospodarzy i kilka aktów prawnych, w tym co najmniej dwie ustawy, które regulują te kwestie. Redakcja starała się odpowiedzieć na pytanie skąd ta nadmierna ilość znaków drogowych przy polskich drogach. I próba odpowiedzi: Po pierwsze łatwiej stawiać znaki, niż budować drogi. Po drugie jest w tym też zapewne element komercyjny (nacisk producentów znaków itp.). Po trzecie, czy nie przypomina to mnożenia przepisów (zakazów) w innych dziedzinach – jak choćby w sprawie osławionych mundurków szkolnych. Czy nie jest świadectwem przesadnej wiary w ich sprawczą (reformującą) moc? Jak bowiem inaczej tłumaczyć tak częste ograniczenia prędkości do 30 czy choćby 50 km/h na całkiem znośnych zakrętach czy znaki “teren zabudowany” w miejscach, gdzie zabudowania trudno dostrzec? Jest wreszcie urzędnicza inercja. Obrazują ją przejazdy kolejowe. Większość kierowców zatrzymuje się zapewne przed niestrzeżonym przejazdem, zwykle ze znakiem “stop”, choć linia od lat już nieczynna, a tory zarosły krzakami. Niedawno w radio przedstawiciel drogownictwa tłumaczył, że dla kolei są to wciąż tory, jakby tylko czasowo uśpione, i drogowcy muszą to respektować. Wydaje się, że jest jeszcze jedna przyczyna – chyba najważniejsza. Organizacyjna. Właściwie trudno doliczyć się organów odpowiedzialnych za stan oznaczeń na drogach. W konkluzji dziennik sugeruje próbne przysłonięcie chociażby części zbędnych znaków. Wzorem działania mógłby tutaj być np. Toruń.

 

Komentarz: Autor Bronisław Szafarczyk: Zawsze twierdziłem, że pojęcie "obszar zabudowany" jest mylące dla przeciętnego człowieka - czego mamy tutaj wybitny przykład. Nie dość, że dziennikarz używa pojęcia nieznanego w prawie o ruchu drogowym, to jest pojęcia "teren zabudowany", to używa go w mylnym zastosowaniu - kojarząc go z zabudowaniami (w domyśle mieszkalnymi). Proponuję powrót do początku lat osiemdziesiątych minionego wieku, kiedy to nowe u nas prawo o ruchu drogowym wprowadziło pojęcie tego obszaru. Stosowano wówczas definicję o treści (cytuję z pamięci): "Obszar zabudowany to taki obszar, w którym natężenie ruchu pieszego, niezależnie od pory dnia, jest takie, że wymaga ograniczenia prędkości pojazdów do 60 km/h". Tak więc obszar zabudowany mógł być wyznaczany nawet w szczerym polu, jeżeli tylko po drodze odbywał się tam ruch pieszy wymagający specjalnej ochrony. Skoro więc obszar zabudowany wprowadzany jest dla ochrony ruchu pieszego - powinien się nazywać obszarem intensywnego ruchu pieszego. Żaden dziennikarz nie wprowadzałby wówczas czytelników w błąd, posługując się tym pojęciem dla wykazania wyimaginowanego błędu w oznakowaniu.
Powyższe oczywiście nie oznacza, że nie zgadzam się z dziennikarzem w kwestii istnienia na naszych drogach lasu niepotrzebnych nikomu znaków. Chociaż może potrzebnych, ale dla spokoju ducha urzędników mających blade pojęcie o inżynierii ruchu drogowego i jego rzeczywistym bezpieczeństwie...