Za naszą południową granicą egzaminy na prawo jazdy za pierwszym razem zdaje większość kursantów, co m.in. podkreślają firmy proponujące Polakom egzaminacyjną turystykę do Czech - informuje "Polska The Times". W 2009 r. tam zdawalność sięga ponad 90 proc. U nas bywa różnie. W Katowicach to 37 proc., ale w innych rejonach kraju nawet 24-27 proc. Są tacy, którym nie udaje się przejść części praktycznej nawet po kilkunastu podejściach. Zastanówmy się dlaczego tak się dzieje, skąd tak wielka różnica w statystykach zdawalności? Dlaczego tak się dzieje? Dla Janusza Kuwaka wicedyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Katowicach sprawa jest prosta. - Nasze normy wcale nie są wyśrubowane. Niestety, szukając kursu, nadal sugerujemy się głównie ceną, a nie jakością oferowanych usług. Zdarzają się oferty nawet za 800 zł, ale wtedy godzina jazdy zamiast 60 minut trwa np. 30-45. - mówi Kuwak. Przypomina, że jeszcze niedawno do nas po prawa jazdy przyjeżdżali Niemcy z dawnego NRD. U siebie uprawnienia stracili za jazdę pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Aby po odbyciu kary je odzyskać, musieliby zdać w Niemczech tzw. idiotentest. – Badany jest m.in. refleks i inteligencja. Normy są specjalnie wyśrubowane. Dzięki temu Niemcy nie mają problemu z pijakami i narkomanami na drogach - podkreśla wiceszef katowickiego WORD. Dorota Havlíková, rzeczniczka Urzędu Miasta w Czeskim Cieszynie, wyjaśnia, że u nich kursant po zakończonej nauce (kurs trwa 39 godzin, z czego 28 to jazdy po ulicach) zdaje egzamin pod okiem... pracownika urzędu miejskiego z wydziału komunikacji, a nie jak u nas egzaminatora WORD. - Nie ma takiego odsiewu, jak w Polsce. Ale i tak przecież trzeba nauczyć się teorii, czyli czeskich przepisów, które mogą różnić się w niektórych paragrafach od polskich. I zdać egzamin w obecności czeskiego instruktora - mówi Havlíková.