Wrocław na kolejne trzy miesiące zawiesił egzekwowanie zakazu wjazdu dla tirów. Miasto ustąpiło przewoźnikom, którzy twierdzą, że przepis uniemożliwiał im pracę – informuje “Gazeta Wyborcza”. Transportowcy triumfują. - Głupota została pokonana przez rozum - mówi Zygmunt Sieńko, prezes Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych "Dolny Śląsk". Ograniczenia dla tirów miały obowiązywać od 1 czerwca. Ale transportowcy od początku grozili, że nie będą ich przestrzegać. Nowy przepis pozwalał im na wjazd do centrum tylko w godz. od 9 do 12 oraz między 19 a 22. - Zakaz był kompletnie nieżyciowy - mówi Sieńko. - To tak, jakby obciąć ludziom nogi, bo za szybko biegają. Firmy, które dotąd były zaopatrywane przez 24 godziny na dobę, nie mogą funkcjonować przy dostawach zmniejszonych do sześciu godzin. - Ustąpiliśmy tylko o pół kroku - twierdzi Katarzyna Kasprzak z wydziału inżynierii miejskiej w magistracie. - Do centrum będą mogły wjeżdżać wyłącznie tiry tych firm, które mają tam siedzibę, dostarczają towar do sklepów lub materiały na budowy. Resztę aut nadal ma obowiązywać zakaz. Problem w tym, że jest ich znacznie mniej niż tych, które będą z niego zwolnione. - Ciężarówki, które muszą wjechać do centrum, bo mają tam załadunek lub rozładunek, to 85 proc. spośród tych, które jeżdżą po Wrocławiu - mówi Krzysztof Siemiątkowski z firmy Truck. - Tranzyt to zaledwie 15 proc. To dane samego wydziału inżynierii miejskiej. Może się jednak zdarzyć, że także te 15 proc. nie będzie się stosować do zakazu. Policja ma nadal tylko udzielać pouczeń kierowcom, którzy łamią przepis, nawet gdyby robili to codziennie. Funkcjonariusze zamierzają jednak upominać wszystkich, także tych, którym urząd miejski zezwolił na wjazd do centrum. - Znaki zakazu wciąż stoją, musimy więc egzekwować od kierowców ich przestrzeganie - mówi Wojciech Wybraniec z dolnośląskiej policji. - Jesteśmy między młotem a kowadłem. Oczekuje się od nas, byśmy pilnowali przestrzegania prawa, a z drugiej strony mówi się, że ono nie obowiązuje.