Przegląd prasy

Mieli defibrylator, uratowali życie swojego pasażera

8 maja 2008

MPK Łódź zyskało defibrylator. Dzięki urządzeniu uratowano już jednego pasażera. Pomocy nieprzytomnemu udzielił Józef Bereda z nadzoru ruchu MPK. To w jego samochodzie jeździ defibrylator. - Kierowca autobusu wzywał pomocy przez radio. Byłem bardzo blisko zdarzenia i dojechałem jeszcze przed karetką. Nieprzytomnego mężczyznę próbował ratować młody chłopak. Z pomocą defibrylatora staraliśmy się wznowić akcję serca. Po 10 minutach reanimację przejęli ratownicy z pogotowia - opowiada pan Józef. W Polsce takie sytuacje to wyjątek. - Poza łódzkim MPK defibrylator ma tylko przewoźnik w Warszawie - mówi Bogumił Makowski, rzecznik MPK Łódź. - Właśnie przekonaliśmy się o tym, jak potrzebne to urządzenie. Do tej pory miejski przewoźnik przeszkolił z udzielania pierwszej pomocy 300 osób. Urządzenie wspomagające przywracanie akcji serca podarowało PZU. - Kosztuje około ośmiu tys. zł. Planujemy już zakup kolejnego egzemplarza - zapowiada Piotr Glen z PZU Życie. - Chcemy też zorganizować następne szkolenia dla pracowników MPK. Finansujemy z naszego funduszu prewencyjnego ratowania zdrowia i życia. Co ciekawe defibrylator jest tak skonstruowany, by umiały się nim posługiwać nawet niedoświadczone osoby. - Zaraz po włączeniu słychać komendy głosowe. Dzięki nim krok po kroku wiadomo, co robić. To bardzo pomaga opanować nerwy - mówi Bereda. - Tym bardziej, że podczas akcji ratunkowej nie ma za dużo czasu na myślenie. A urządzenie dyktuje np. rytm masażu serca. Samemu bardzo trudno byłoby pilnować właściwej częstotliwości. Najwięcej zależy jednak nie tyle od sprzętu, ile od tego, czy ktoś odważy się udzielić pomocy. Na co dzień widzę, że najlepiej radzą sobie z tym młodzi ludzie. Tymczasem kurs pierwszej pomocy powinien mieć za sobą każdy z nas - dodaje Bereda. O tym, że nawet w dużym mieście nie zawsze można liczyć na szybką pomoc, tragicznie przekonała się Marta Piekarz z Gorzowa Wielkopolskiego. Gdy w pierwszą niedzielę marca zasłabła biegnąc do tramwaju nie było nikogo, kto by jej pomógł. Zanim przyjechało pogotowie minęło kilka minut. To dość długo, by z powodu niedotlenienia doszło do uszkodzeń mózgu. Marta przeżyła, ale nie jest na razie w stanie ani mówić ani poruszać się samodzielnie.