Przegląd prasy

O czym opowiadają przydrożne krzyże

24 października 2008

Płocka komenda policji przygotowała ulotkę, nosi ona tytuł "O czym opowiadają przydrożne krzyże". To ulotka inna niż wszystkie – komentuje “Gazeta Wyborcza”. Nie pojawiają się w niej sformułowania: policja radzi, nakazuje. O wydawcy przypominają tylko niewielkie policyjne emblematy przy tytule. Na złożonej kartce formatu A4 są czarno-białe zdjęcia. I trzy historie zatytułowane imionami lub funkcjami ich bohaterów: "Andrzej", "Dyrektor", "Wiktor". Każda mówi o innym wypadku: Andrzej wpadł w poślizg, gdy spieszył się do domu, Dyrektor i jego kierowca, pan Janek, próbowali ominąć dziecko na drodze, Wiktor wsiadł za kółko po trzech kieliszkach. Ci dwaj pierwsi nie żyją, ten ostatni śmiertelnie potrącił rowerzystkę. O każdym z tych wypadków przypomina ustawiony przy drodze krzyż. Rzecz jednak w tym, jak owe historie są napisane. "Krzyż postawił ojciec Andrzeja, Joanna przyjeżdża tu z Łukaszem i Karoliną, żeby zapalić świeczki. Nie może płakać, bo łez już jej brakuje, zresztą nie chce straszyć dzieci. Mała ma zaledwie roczek". "Ocknął się w szpitalu, szok powoli mijał. W pamięci wydarzenia wyświetlały mu się jak film. Dyrektorowa... krzyczała na niego. Że jest mordercą, że zabił jej męża. Że zapłaci za to, że zmarnował jej życie." "- Półtora promila - gliniarz szybko przeliczył wynik z alkomatu. Czego się tak wydziera tamten facet? Boże, to mąż tej, co spadła z roweru... Wcale nie jest gruba jak balon, leży na tej jezdni jak zmięty gałganek... To czerwone... Krew?! Jezu!!! Zabiłem ją!!!". W ulotce wyczytać można, że Andrzej spieszył się na święta do ciężarnej żony i małego dziecka. Cieszył się, że w Londynie nieźle zarabia, kupił nowe mieszkanie, myślał o powrocie i rozkręceniu biznesu. Że pan Janek chciał dowieźć szefa na spotkanie z ministrem. Wiktor świętował: kończył 40 lat, dostał nową pracę, lepszą pensję, żona nie mogła doczekać się, kiedy wykończą domek na wsi i będzie mogła założyć wymarzony ogródek. Wszyscy mieli plany, nadzieje, radości. Wszyscy zostawili po sobie cierpiące rodziny. Nie chcieli, nie spodziewali się, nie szukali nieszczęścia. Byli tacy, jak wszyscy. - Ta ulotka budzi emocje - mówi szef płockiej komendy Jarosław Brach. - Szukaliśmy sposobu na niekonwencjonalne dotarcie do ludzi, apel do ich świadomości. Pani Anna Lewandowska z naszej sekcji prewencji zaproponowała właśnie takie - nie suche i schematyczne, ale bliskie życiu opowieści. Pomysł bardzo się nam spodobał. Pierwsze tysiąc ulotek chcemy rozdać kierowcom przy okazji akcji "Znicz", 1 i 2 listopada. Chcemy rozdawać je także przy innych okazjach. Jesteśmy pewni, że zadziałają. - Nasze drogi są bardzo niebezpieczne, ginie na nich ogrom ludzi. Zastanawialiśmy się, jak dotrzeć do wyobraźni kierowców, żeby spowodować bezpieczne zachowania - opowiada Anna Lewandowska. To ona napisała wszystkie trzy mini-opowiadnia. - Ta ulotka ma sprowokować do refleksji głębszej, niż informacje o kolejnych zabitych na drogach. Chcemy pokazać, ile tragicznych następstw dla wielu ludzi niesie jedna nieprzemyślana decyzja kierującego. Historie Andrzeja, Dyrektora i Wiktora nie są w 100 proc. prawdziwe. Być może Andrzej nie miał ciężarnej żony, a dziewczynę, Dyrektor nie spieszył się na spotkanie z ministrem, Wiktor miał nie 40 a 60 lat. Szczegóły to praca Anny Lewandowskiej. Ale to, co w tych opowiadaniach najważniejsze - wypadki i ludzkie tragedie - wydarzyło się naprawdę. - Korzystałam z opowieści, które poznałam pracując tu, na miejscu, w komendzie - dodaje autorka.