W Warszawie w jednym wypadku zginęło pięć osób. Czekały na przystanku na autobus, gdy wjechał w nie rozpędzony samochód. Nie miały żadnych szans, zginęło 5 osób, dwie poważnie ranne. ?Podinspektor Wojciech Pasieczny ze stołecznej drogówki od 15 lat jeździ do wypadków. Od ośmiu prawie do wszystkich, w których giną ludzie. - Nie pamiętam podobnej tragedii - przyznaje. - Staramy się przypominać o trudnych warunkach, o ograniczeniach prędkości. Ale mistrzowie kierownicy są mądrzejsi. I wydaje im się, że nieśmiertelni.? "To kolejny wypadek, do którego w ostatnich dniach dochodzi na tym wiadukcie - mimo obowiązującego ograniczenia prędkości" - powiedział Pasieczny.
"Tak będzie dopóki kierowcy nie uświadomią sobie, że przez swoją głupotę mogą kogoś zabić" - mówili wstrząśnięci policjanci. Kierowcy zostanie przedstawiony zarzut z art. 173 kodeksu karnego: spowodowanie katastrofy w ruchu drogowym. - Grozi za to do 12 lat więzienia - informuje prokurator Renata Mazur.
Prawie trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość

Jak doszło do wypadku: O godz. 6.44 na przystanku Żerań FSO 04 stała grupa pasażerów. Czekali na autobus w kierunku Bródna. 29-letni Mikołaj P. swoim fordem focusem właśnie przejeżdżał nad Wisłą. Jechał do pracy. W miejscu, gdzie trasa przechodzi nad ul. Modlińską, tuż za znakiem ograniczenia prędkości do 40 km/godz. zabrał się za wyprzedzanie innego auta. Kierowca tego samochodu powiedział później policjantom: - Jechałem osiemdziesiątką. Stracił panowanie nad kierownicą, zahaczył o krawężnik i wjechał w przystanek pełen ludzi? - Nie było ani miejsca, ani tym bardziej czasu na ucieczkę - komentowali później gapie. Rozpędzony ford rozbił betonowy śmietnik, uderzył w ogrodzenie i spadł z wiaduktu na chodnik ul. Modlińskiej (5-6 m).