Sądy nie karzą kierowców zdejmujących blokady z kół. Czemu? Ci podrzucają je mundurowym. Wtedy nie ma kradzieży - wyjaśnia “Życie Warszawy”. O pladze demontowania blokad można już mówić w Warszawie. Praktyka jest następująca: ściągający blokady porzucają urządzenie w miejscu parkowania auta i odjeżdżają. Ci najbardziej bezczelni podrzucają je pod drzwi oddziału straży miejskiej albo ZDM i odjeżdżają z piskiem opon. - Jeśli blokady się odnajdywały np. w miejscu, gdzie były założone albo pod siedzibą ZDM, to trudno mówić o kradzieży - tłumaczy prokurator Lewandowska. - Z przestępstwem mamy do czynienia wtedy, jeśli dochodzi do zaboru mienia w celu przywłaszczenia. Tymczasem osoba, która ściągnęła blokadę, nie zachowała jej ani dla siebie, ani dla innej osoby – twierdzi. Takie tłumaczenie irytuje drogowców. - Nie powinno się rozkładać rąk ani dawać przyzwolenia na ośmieszanie publicznych instytucji - mówi rzecznik Zarządu Dróg Miejskich Adam Sobieraj. - A jeśli ktoś odkręci mi koła z samochodu, a po kilku dniach je odwiezie, to też wszystko jest w porządku? - pyta retorycznie. - Nawet jeśli ktoś sam ściągnie blokadę, to wcale nie oznacza, że mandat go ominie. Wcześniej robimy zdjęcie auta. Uwolnienie samochodu przez kierowcę nie zwalnia nas od egzekucji kary - twierdzi komendant Leszczyński. - Nie odpuścimy. Mimo demontażu blokady egzekwujemy kary za brak kwitka z parkometru. W tym roku wysłaliśmy 200 tys. wezwań – mówi Sobieraj.