W ostatnich tygodniach wiele czytaliśmy o kierowcach, którzy po zjedzeniu cukierka z likierem, przepłukaniu ust płynem, po użyciu spryskiwacza szyb tracili prawo jazdy. "Gazeta" opisała sytuację Grzegorza M., mieszkańca podkieleckiej miejscowości, doczekał się w sądzie uniewinnienia. Policjanci zatrzymali mężczyźnie prawo jazdy, bo uznali, że w sytuacjach wątpliwych o jego wydaniu powinien zdecydować sąd. W efekcie Grzegorz M. nie mógł prowadzić samochodu przez trzy tygodnie, a samochód był mu niezbędny do wykonywania zawodu. Uprawnienia sąd zwrócił mu jeszcze przed rozprawą. Policjanci znają ten problem. tzw. zalegającego alkoholu. Jeśli kierowca zje cukierki z likierem lub wypłucze usta płynem z alkoholem, a następnie dmuchnie w alkomat, może on wskazać stan powyżej 0,2 promila alkoholu w organizmie. Choć drugie badanie wykazuje trzeźwość kierowcy, procedura powoduje, że jednak traci prawo jazdy aż do sądowej rozprawy. Rok temu Komenda Główna Policji zleciła Instytutowi Ekspertyz Sądowych w Krakowie opracowanie procedur, jak postępować w takich sprawach, ale do dzisiaj ich nie dostała. Interpelację w tej sprawie napisał świętokrzyski poseł Artur Gierada. W ubiegłym tygodniu otrzymał odpowiedź wiceministra spraw wewnętrznych Adama Rapackiego, który - do czasu opracowania procedur - przyznaje rację pokrzywdzonym kierowcom. "Jeżeli w analizowanym przypadku zachodzi uzasadniona wątpliwość, co do tego, że kierujący znajdował się w stanie po użyciu alkoholu (...), to kierując się zasadą in dubio pro reo [łac. wątpliwość rozstrzygać na korzyść oskarżonego - red.], w ocenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji brak jest dostatecznych przesłanek do wszczęcia czynności wyjaśniających, jak również do zatrzymania prawa jazdy" - napisał Rapacki. - Pismo to, według mojego uznania, jest zgodne z postulowanymi w artykule zmianami, zaś nagłośnienie sprawy w "Gazecie" na pewno przyspieszyło pozytywne wprowadzanie zmian w życie - komentuje poseł Gierada.