Kierowco, myślisz, że jeśli pieszy wbiegnie ci pod koła na czerwonym świetle, wina zawsze będzie wyłącznie po jego stronie? Nic bardziej błędnego – ostrzega “Gazeta pl Toruń”. I podaje przykład 23-letniego Tomasza K. z Bydgoszczy, który właśnie stanął przed toruńskim sądem. Oto relacja zdarzenia: szare, grudniowe popołudnie ub. r. Tomasz K. wracał służbowym renault kangoo do Bydgoszczy. Jezdnia równa, szeroka - po dwa pasy w każdą stronę, na sygnalizatorach zielone światło. Trochę się spieszył... Parę minut wcześniej z zajęć na wydziale archeologii UMK przy tej samej ulicy wyszedł student I roku Michał L. Też nie zbywało mu czasu. Biegł do tramwaju, wbiegł na ulicę. Jak relacjonował towarzyszący mu kolega, nawet nie obejrzał się, czy coś nadjeżdża. A lewą nitką zmierzał właśnie Tomasz K. Widział to kompan Michała L. Chcąc go powstrzymać, złapał go za kaptur, lecz ten się wyrwał i wpadł pod renault kangoo. 23-letni kierowca był tak zaskoczony, że nawet nie wcisnął pedału hamulca. Auto potrąciło studenta lewą przednią częścią, co oznacza, że ten już praktycznie zbiegał z jezdni na przystanek. Uderzenie okazało się śmiertelne. Wydawać by się mogło, że sprawa jest oczywista, co potwierdzili eksperci, wskazując, że wypadek spowodował pieszy. A jednak Tomasz K. stanął przed sądem, oskarżony o współprzyczynienie się do niego. Powody są dwa. Prokuratura zarzuca mu, że gdy zbliżał się do przejścia dla pieszych, nie zachował szczególnej ostrożności - jej zdaniem obserwował je "w sposób niedostateczny". 23-latek pośrednio się do tego przyznał. Potwierdził, że mimo nie najlepszej widoczności, miał na liczniku ok. 80 km na godz., podczas gdy w tym miejscu na Szosie Bydgoskiej dopuszczalna jest jazda co najwyżej "siedemdziesiątką". Śledczy wyrzucają mu też, że "nie podjął manewru hamowania". "Gdyby zareagował [w ten sposób] na wbiegającego na jezdnię pieszego, opóźniłby dojazd do miejsca potrącenia na tyle, że pieszy (...) przedostałby się na drugą stronę jezdni" - ocenili eksperci. Tomaszowi K. grozi do 12 lat więzienia.