Białostocka “Gazeta Wyborcza” tak napisała o INSTRUKTORZE 2008 roku: “Jest opanowany. Jest psychologiem. Jest komikiem improwizatorem, bo wie, że śmiech to świetny lek na atak paniki u początkującego kierowcy. Robert Hurko z Bielska-Białej wygrał konkurs na najlepszego instruktora nauki jazdy w Polsce. Konkurencje co roku są inne, bo element zaskoczenia czyni konkurs bardziej wiarygodnym. - Instruktor musi być o stopień lepszy niż zwykły kierowca Kowalski - mówi Marek Gawroński z Polskiej Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców, która już po raz dziewiąty organizowała ogólnopolski konkurs na najlepszego instruktora nauki jazdy. - Wygrana to trochę kwestia szczęścia - mówi Hurko. Do konkursu specjalnie się nie przygotowywał, bo jego zdaniem kierowca cały czas musi się uczyć. - Jak się jeździ długo i dużo, do jazdy wkrada się automatyzm, a to może być niebezpieczne. Trzeba od czasu do czasu przysiąść, przejrzeć przepisy, sprawdzić, czy coś się nie zmieniło - tłumaczy. Jaka jest recepta na idealnego instruktora? - Przede wszystkim spokój i opanowanie - mówi pan Robert. On sam nie ma z tym problemów. Na co dzień jako nauczyciel WF-u i terapeuta pracuje z trudną młodzieżą w ośrodku socjoterapii i z niepełnosprawnymi w szkole z oddziałami zintegrowanymi. Współpracuje z kilkunastoma szkołami jazdy i bywa, że pełni rolę instruktora do zadań specjalnych - kursantów albo za bardzo pewnych siebie, albo panikujących. Z każdym z uczniów najpierw stara się zaprzyjaźnić. - Pierwsza godzina to nie jazdy, tylko rozmowa, musimy znaleźć wspólny język, dowiedzieć się czegoś o sobie. Każdego człowieka trzeba traktować indywidualnie - mówi Hurko. Wie, że gdy chojraka, któremu się wydaje, że już wszystko wie o jeździe, zarzuci się krytycznymi uwagami, a na panikarza nakrzyczy, można tylko pogorszyć sprawę. Pierwszego trzeba pochwalić, krytykę podrzucać mimochodem, drugiego - powoli oswajać z kolejnymi zadaniami, uspokoić. - Czasem ludzie są tak przerażeni, że gdy wysiadają z samochodu, oparcie siedzenia jest całe mokre od potu. Staram się, by zapomnieli, że w ogóle są w samochodzie i mają przed sobą jakieś zadania, opowiadam anegdoty, rozśmieszam, a przynajmniej próbuję - uśmiecha się pan Robert. Żadnemu z uczniów nie powiedział, że nie nadaje się na kierowcę. Gdy jego własna wytrzymałość się kończy, proponuje przerwanie lekcji. Nigdy nie miał nawet stłuczki, ale jako ratownik uczestniczył już w niejednym wypadku. Swoich kursantów też na to przygotowuje. - Manekina, na którym ćwiczą ratownicy, kładę gdzieś w rowie, kursant podjeżdża, ćwiczy, jak się zachować. Gdy gdzieś jedziemy i widzimy, że komuś trzeba pomóc, to też działamy. Wszystkim takie zajęcia się podobają - mówi. Bardzo lubi swoją pracę. Kierowcą chciał być, od kiedy usiadł na kolanach taty za kierownicą trzybiegowego żuka i ruszył w trasę po polnej drodze. Nogami nie sięgał wtedy jeszcze do pedałów. Prawo jazdy zdobył jako 18-latek. 10 lat później uprawnienia instruktorskie. - Bielsko robi się dla mnie coraz mniejsze. Gdzie się nie ruszę, tam zza kierownicy macha mi jakiś mój były kursant - śmieje się. Jedna z kursantek w dowód wdzięczności zaprosiła go na swój ślub, a potem... poprosiła o zostanie ojcem chrzestnym swojego pierworodnego. Hurko: - Byłem zaskoczony, bo znaliśmy się tylko z kursu, ale oczywiście zgodziłem się. Teraz mój chrześniak ma już rok. To dopiero jest powód to chluby.