Władze Gorzowa chcą, by straż miejska ścigała piratów drogowych. Na początek kupią jej nowoczesny fotoradar. Inwestycja ma się zwrócić już po kilku miesiącach. Fotoradar kosztuje ponad 100 tys. zł. Inwestycja powinna jednak szybko się zwrócić. - Nie chodzi nam o zarabianie pieniędzy - zastrzega Czesław Matuszak, szef gorzowskiej straży miejskiej. - Dla nas najważniejsze jest bezpieczeństwo mieszkańców. Wypowiadamy wojnę piratom drogowym. Jeżeli dzięki nam kierowcy zdejmą nogę z gazu, będzie można mówić o sukcesie.
Samorządy, które inwestują w zakup fotoradarów - są być może prekursorami nowych rozwiązań na skalę państwa. Jak słusznie zauważono, fotoradary niejako przy okazji przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa na drogach. Ważniejsze stają się ich inne funkcje: do kas miejskich i gminnych zapewniają wpływy z mandatów rzędu ponad stu tysięcy złotych rocznie, a ponadto dają pracę, bo ktoś te radary musi obsługiwać. Twórcze rozwinięcie programu zakupu radarów pozwoliłoby nam rozwiązać problem budowy nowych dróg. Zamiast dalszych odcinków autostrady A1 i A2, na starych drogach postawiłoby się co kilometr znak z ograniczeniem prędkości do 40 kilometrów, a za nim fotoradar. Koszty inwestycji są niewspółmierne: za fotoradar trzeba zapłacić około 170 tysięcy złotych, podczas gdy budowa autostrady kosztuje od 6 do 10 milionów euro. Za kilometr, oczywiście. Fotoradar ma jeszcze jedną przewagę nad autostradą - od razu zaczyna na siebie pracować i zwraca się po roku. Autostrada w Polsce - jeśli nie ma prywatnego właściciela - zaczyna na siebie pracować dopiero po paru latach od oddania do użytku. Nie szukajmy daleko: za jazdę odcinkiem A2 ze Strykowa do Konina czynnym od dwóch lat, nie płaci się nic, gdyż państwo nie potrafiło do tej pory stworzyć systemu egzekwowania opłat. Wpływy z mandatów z odpowiednio gęstej sieci fotoradarów pozwoliłyby z czasem na zebranie pieniędzy na budowę prawdziwych autostrad. Pomysł ma tylko jeden minus - autostrad potrzebujemy najpóźniej na Euro 2012.