

(Fot.: PD@N 375-37-38)
“Życie Warszawy” opublikowało interesujący materiał poświęcony historii motoryzacji w kontekście rozwoju problemu pijanych kierowców. Czytamy: “Był czas, kiedy stan oszołomienia alkoholem uznawano za okoliczność łagodzącą! Aż się wierzyć nie chce, a na dodatek stopień upojenia określano na oko. I to nie w początkach motoryzacji, ale w latach 40. ubiegłego wieku. A wszystko zaczęło się nader przyzwoicie. Pierwsze auta w Warszawie były tak drogie, że niezbyt często pito za rumplem (korbą kierowniczą), bo nikt nie chciał stracić kosztownej zabawki. Zresztą większość samochodów prowadzili najęci kierowcy, a ci nie zamierzali podpaść pryncypałom”. I dalej o pierwszym groźnym wypadku drogowym: “Wydarzył się on 30 marca 1903 roku na szosie przed Jabłonną, gdzie sędzia Kapphar i baron Taube wylecieli z drogi, przejechali przez rów i przelecieli nasyp kolejki jabłonowskiej, po czym wypadli w pole, na którym wyrzuciło ich z wehikułu. Znacznie bardziej niebezpieczni byli pijani woźnice, ale tych policja i żandarmeria carska waliła po pyskach, ściągała z kozłów i zabierała do cyrkułu. Pierwszy poważny problem alkoholowo-drogowy powstał po ogłoszeniu mobilizacji w 1914 roku, kiedy to zmobilizowano prywatne wozy jako pojazdy taborowe. Z różnych wspomnień wynika, że przestraszeni woźnice pili na umór. Kiedy dodać do tego opilstwo poborowych, nie dziw, że jak podała “Gazeta Świąteczna” – “władze rządowe poleciły zarządowi wódczanemu zniszczyć zapasy wódki we wszystkich składach i szynkach rządowych”. I kary, np. w 1946 roku: (...) Szofer prowadzący wóz w stanie nietrzeźwym jest karany grzywną oraz aresztem. Trzykrotna kara za pijaństwo powoduje cofnięcie prawa jazdy”. Tak, tak drodzy czytelnicy, można było trzy razy się upić i to na umór, bo nie istniały żadne “promile”. Pijanego oceniano na oko i sporządzano protokół z zeznań świadków.” Polecamy tę ciekawą historycznie, ale przede wszystkim pouczającą lekturę.