Prawie czterdzieści lat jeżdżę różnymi pojazdami, od motocykla po autobus, którym woziłem ludzi, a teraz nie wolno mi wsiąść do swojego auta – żali się czytelnik “Dziennika Zachodniego”. Wiosną okazało się, że w jego dokumentach brak zaświadczenia o zdanym egzaminie na kategorię B. Są wszystkie inne. Tego jednego nie ma. Bo tak naprawdę do takiego egzaminu nie przystąpił. Egzaminowany był wprawdzie pięć razy, ale nigdy na kategorię B. Kategoria B w jego dokumentach znalazła się 32 lata temu, kiedy wolanin zdobył kategorię C. Wtedy wbili mi kategorię A (na motocykl), B (na samochody osobowe) i C (ciężarowe) - mówi. Nie możemy potwierdzić nieprawdy - mówi Marian Biel, naczelnik Wydziału Komunikacji w pszczyńskim starostwie. - Mało tego! Moim zdaniem, sprawą powinna zająć się policja i wyjaśnić, dlaczego w dokumentach pana Smutkowskiego kategoria B się znalazła. Jemu samemu nie pozostaje nic innego, jak tylko przystąpić do egzaminu i zdobyć prawo jazdy, o które mu chodzi. Począwszy od badania lekarskiego - podkreśla Jerzy Uliczny, wicedyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Katowicach. - Następnie musiałby przejść cały kurs nauki jazdy i zdać testy oraz część praktyczną.
Co mówiło prawo? W roku 1974 obowiązywały przepisy z roku 1968 mówiące m.in. o tym, że prawo jazdy kategorii B może otrzymać osoba, która “przed komisją egzaminacyjną wykazała się posiadanymi kwalifikacjami fachowymi w zakresie programu egzaminacyjnego ustalonego przez ministra komunikacji”. Mowa tam jest również o tym, że tę kategorię wydaje się m.in. osobom z prawem jazdy kategorii T mającym dwuletnią praktykę zawodową, jak Alojzy Smutkowski. W innym miejscu tego rozporządzenia napisano jednak, że te kwalifikacje miały być potwierdzone egzaminem.