Przegląd prasy

Krzyże przy drodze - niech wzbudzają refleksje żywych

18 sierpnia 2008

67f4f25ceec5f2739d822ed5812f87df31d9c0ae (262-11jm)

W Warszawie, tak jak w całej Polsce, dużo jest "krzyży pamięci" po ofiarach wypadków. Czasami są to kwiaty, zdjęcia zmarłego, a nawet małe kapliczki. - To kontynuacja bardzo starej tradycji. Już w średniowieczu ludzie oznaczali miejsca tragiczne, niebezpieczne np. po zabójstwach czy wypadkach - mówi prof. Piotr Kowalski z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Mają na celu ostrzeżenie lub upamiętnienie zmarłej w tym miejscu osoby. W Polsce zwyczaj trwa wzmocniony przez tradycję romantyzmu. Wtedy cmentarze często były miejskimi parkami - przypomina profesor. Tradycja wprawia jednak w zakłopotanie miejskich urzędników. Nad miejscami pamięci, które powstają spontanicznie, nie mają żadnej kontroli. A coś przecież trzeba robić z wypalonymi zniczami i sztucznymi kwiatami, które z czasem się brudzą. - Teoretycznie bliscy powinni wystąpić do nas o pozwolenie na zajęcie pasa drogi, ale ja nie przypominam sobie żadnej takiej prośby – mówi Urszula Nelken, rzecznik Zarząd Dróg Miejskich. - Takie zjawiska traktujemy z delikatnością, na pewno nikt nie zleca usuwania zniczy. Czekamy, aż emocje same opadną. Za porządek na ulicach odpowiada Zarząd Oczyszczania Miasta. - Nasi pracownicy usuwają znicze, ale tylko te wypalone. Staramy się to robić z wyczuciem - zapewnia Tadeusz Jaszczołt, dyrektor ZOM. Przyznaje, że krzyży nie ruszają wcale, bo niezręcznie wyrzucać je na śmietnik. Między tradycją a prawem jest wyraźny konflikt. Kodeks drogowy w art. 45 zabrania samowolnego umieszczania na drodze jakichkolwiek znaków, napisów lub symboli. Grozi za to stuzłotowy mandat. - Policja też ma uczucia. Ci ludzie są w żałobie i smutku, trudno dawać im mandat za postawienie znicza - słyszymy od Wojciecha Pasiecznego ze stołecznej drogówki. - A przydrożne krzyże u żywych wzbudzą być może refleksję o zachowaniu ostrożności na drodze.