Przegląd prasy

To były sekundy... Mówi ofiara wypadku drogowego

25 marca 2013

db360acd067304987c9d2a38f5a6432d39a7e9a5c1fe7327a41f338faa77ca99b4a417115a1f91bb7bc2378e8f943a6001759529b22e88564ae56cdfc468a23f9110302a0f6c108849f42f2b08679b31

(Fot: PD@N 460-35-38md

W każdym kolejnym numerze - a wydajemy je raz w tygodniu, już niebawem od dziesięciu lat - staramy się podejmować tematy z szeroko pojętego zagadnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego. Często - dzięki uprzejmości Policji - publikujemy fotki wypadków drogowych, informujemy o przebiegu, a przede wszystkim przyczynach i skutkach zdarzenia na drodze. Tym razem bezpośredni wywiad z uczestnikiem wypadku drogowego, ten ostatni - wyjątkowo szczęśliwie - nie miał skutku - rannych i ofiar. Moja rozmówczyni - Małgorzata Downarowicz (fot. poniżej), jest kierowcą od ponad 30 lat lat. Przez te lata jeździła całkowicie bezkolizyjnie. Lubi być kierowcą, przynajmniej raz w roku pokonuje trasę kilkusetkilometrową. Do tej chwili było bezkolizyjnie. Mam pełne przekonanie, że stara się być kierowcą ostrożnym. W naszej rozmowę przede wszystkim zapytałam o stan fizyczny i psychikę kierowcy po wypadku.

f745c66ecfa8d6173fb9a5db92c163dc08289676(Fot.: PD@N 460-39)

Pytanie: Dzisiaj, już kilkanaście dni po wypadku, spokojnie opowiedz jak do niego doszło? Jak zapamiętałaś jego przebieg?

ODPOWIEDŹ: Środa, 13 marca, godzina ok. 14:30, pogoda ponura, po porannych opadach deszczu ze śniegiem zupełnie nieźle, choć trochę mokro. Wracam do domu z zakupami. Jadę spokojnie mostem Grota-Roweckiego w kierunku zachodnim swoim Hyundaiem Atosem - fajny miejski samochodzik. Nie da się przyspieszyć, ruch spory, na liczniku mam prędkość 50-60 km/h. Dopiero wjechałam na most, który w tym miejscu ma 4 pasy ruchu: skrajny prawy do skrętu w prawo, 3 pasy do dojazdy prosto. Jadę drugim od prawej, nie spieszę się, cichutko gra radio. Nagle uderzenie w samochód, dźwięk łamanej blachy, samochód zaczyna “tańczyć”. Nie wiem co się stało. Rzuca samochodem w prawo, przesuwam mnie na prawy pas, odbijam się o krawężnik, samochód obraca w poprzek drogi ale dalej jedzie. Usiłuję manewrować kierownicą, zdejmuję nogi z pedałów. Czuję kolejne uderzenie, nadal nie bardzo wiem co się dzieje, kręci samochodem wokół własnej osi, obraca w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy, usiłuję uniknąć zderzenia czołowego z TIRem, który jedzie trzecim pasem od prawej. Udaje mi się o tyle, że nie wpadam pod niego, ale uderzam prawym przodem w jego lewy przód, znów obraca mnie wokół własnej osi, uderzenie przesuwa samochód, znów stawia na czołowe zderzenie z nadjeżdżającymi pojazdami. Wprawdzie samochód wytraca już prędkość, ale ogarnia mnie przerażenie, że zmasakrują mnie samochody jadące trzecim i czwartym pasem. Wszelkie manewry zdają się na nic. Nie ruszałam dźwigni biegów, pierwsze próby hamowania nie przyniosły efektu, więc nie próbowałam ponownie. Przez te sekundy przychodzi mi do głowy jedyna myśl: chronić nogi! Samochód ma bardzo krótki przód, przy czołowym zderzeniu zapewne miałabym zmiażdżone nogi. Zadziałał odruch, chwyciłam dźwignię i odsunęłam fotel maksymalnie do tyłu i schowałam nogi, odchyliłam głowę do tyłu, do samego zagłówka, wcisnęłam się w fotel i w oczekiwaniu na najgorsze... zamknęłam oczy. To były sekundy. Samochód stanął... i cisza... Otworzyłam oczy. Nie wiedziałam czy jestem na tym, czy na tamtym świecie. Powoli docierało do mnie, że samochody jadące naprzeciw zdołały się zatrzymać. Nic mi nie grozi. Nic mnie nie boli. Jestem cała, ale nie wiem co się stało, skąd to uderzenie, dlaczego tak się stało... Przybiegają jacyś ludzie, pytają jak się czuję, czy mi pomóc. Znajduje się jakaś kobieta, która chyba mówiła, że jest lekarzem. Chcą mi pomóc wysiąść. Daję radę sama. Nie czuję żadnego bólu, jestem szczęśliwa, że żyję. Ktoś mówi, że trzeba zatrzymać kierowcę TIRa, ktoś inny, że był świadkiem, że da mi swoje namiary, że to nie moja wina. Inny mężczyzna ofiaruje pomoc, deklaruje, że wezwie karetkę i policję. Nie chcę karetki, a policję tak, ale mówię głośno, że co ja im powiem, bo nadal nie wiem, kto mnie tak urządził, co się stało. Panowie wyjaśnili mi, że staranował mnie TIR. Jak się okazało kierowca TIRa z Białorusi chciał zmienić pas ruchu na ten, którym jechałam, nie zauważył małego zielonego samochodzika i stało się jak się stało. Przygodni Kierowcy są bardzo pomocni i troskliwi. Przestawiają samochód na prawy pas, nakazują Białorusinowi zrobić to samo, żeby odblokować ruch na moście. Ktoś stawia trójkąt ostrzegawczy. Jeden ze świadków dyktuje mi swoje dane - nie jestem w stanie pisać, długopis wypada mi z ręki, ręce się trzęsą, koszmarny stres, ale jakoś się trzymam przez pierwsze minuty. Jest strasznie zimno, wieje wiatr, drugi świadek proponuje mi ogrzanie się w jego samochodzie - czeka ze mną na przyjazd policji, widzi, że trudno mi będzie opowiedzieć co się stało. Po dobrych 15-20 minutach uznałam, że mogę zadzwonić do przyjaciela, ale nie potrafię składnie nic powiedzieć, wybucham płaczem, on nic nie rozumie. Po chwili on dzwoni do mnie i prosi, żebym się uspokoiła i raz jeszcze spróbowała powiedzieć gdzie jestem i co się stało. Jakoś mi lżej po tej rozmowie. Pojawia się Pomoc drogowa, proszę, żeby poczekali. Kierowca TIRa krąży koło swojego samochodu. Nieco ochłonęłam, decyduję się podejść do niego, zapytać. Podchodzę i pytam po rosyjsku: coś ty zrobił, dlaczego nie uważasz, dlaczego nie patrzysz w lusterko? A on mi na to: no nie zauważyłem, macie taki malutki ten samochód... Chyba mocno go wówczas sklęłam, również po rosyjsku, nerwy puściły. Nie usłyszałam nawet przepraszam. A dalej? Oczekiwanie na policję, bezcenny świadek, który wszystko opowiedział policjantom, kierowca Pomocy drogowej doradził jakie dane sprawcy kolizji mam zapisać - pojęcia nie miałam co i jak, bo przecież w życiu nie byłam uczestnikiem wypadku (jakieś drobne stłuczki kiedyś zaliczyłam, otarcia, drobiazgi). Po godzinie zawiadamiam rodzinę, już na spokojnie, że miałam wypadek, ale jest OK, samochód jedzie do warsztatu, żeby ktoś po mnie przyjechał Wracam do domu. Nadal trochę głos mi się łamie, jak opowiadam o zdarzeniu, ale najważniejsze, że jestem cała.

 

Pytanie: Jak wyglądał Twój samochodzik widzimy na fotkach. Chciałabym jednak zapytać o Twoje zdrowie. Tuż po zdarzeniu i do dnia dzisiejszego.

ODPOWIEDŹ: Kiedy w końcu samochód się zatrzymał, kiedy stwierdziłam, że jednak jestem na tym świecie, najpierw poruszyłam nogami - nie straciły czucia, ręce też całe, patrzę w lusterko – krwi nie widzę, jednym słowem nic mi nie dolega. Ręce się trzęsą, ale chodzę, poruszam się. Takie było pierwsze wrażenie: NIC MI SIĘ NIE STAŁO!!!! Ludzie nalegali, policja nalegała, że trzeba jechać do szpitala, że trzeba się zbadać, że jestem w szoku, dlatego nie odczuwam bólu, ale mogłam sobie coś uszkodzić. Tłumaczyłam wówczas wszystkim, że przecież się nie uderzyłam, że poduszka nie wybuchła, że skończyło się na strachu. Cóż, na mój upór nie było mocnych. Dopiero następnego dnia okazało się, że mieli rację. Obudziłam się rano po nocy pełnej koszmarów, w których rozjeżdżało mnie tysiące samochodów, spadałam do Wisły, topiłam się, jeździłam na wózku inwalidzkim i... nie mogłam wstać. Bolało wszystko. Ledwo ruszałam szyją, piekielnie bolał kręgosłup, zwłaszcza w okolicy lędźwiowej, nie mogłam się schylić, bolały mięśnie nóg... Skończyło się na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Nie będę Ci opowiadać kolejnego koszmaru tej instytucji, w której obolała spędziłam 6 godzin, a poza wywiadem przeprowadzonym przez lekarza zrobiono mi tylko rtg kręgosłupa szyjnego i lędźwiowego, postawiono diagnozę (“skręcenie i naderwanie odcinka szyjnego kręgosłupa szyjnego, stłuczenie dolnej części grzbietu i miednicy”, nie stwierdzono innych zmian pourazowych) i odesłano do domu ze skierowaniem do specjalistycznej poradni chirurgii urazowo-ortopedycznej, receptą na leki przeciwbólowe i zaleceniem oszczędnego trybu życia. Miałam dosyć na ten jeden dzień. Kolejna noc i kolejne koszmarne sny. Rano usiłowałam zapisać się do poradni specjalistycznej, ale to marzenie ściętej głowy, terminy na połowę kwietnia, a jest połowa marca. Poszłam więc (raczej zostałam zawieziona) do lekarza pierwszego kontaktu, żeby mi coś doradził, bo samo zalecenie oszczędnego trybu życia mało było pomocne. Internista zalecił mi kołnierz i wysłał ze skierowaniem na cito do chirurga. Chirurg potwierdził konieczność noszenia kołnierza minimum przez 2 tygodnie. Jak widzisz morduję się w tym kołnierzu, łykam środki przeciwbólowe i czekam na wizytę w poradni specjalistycznej. Najbardziej dokucza mi kręgosłup lędźwiowy. Dłuższe siedzenie wykluczone, schylam się z trudem. Mówią, że tak może to trwać i kilka tygodni. Zastanawiam się, co by było, gdybym nie była zapięta w pasy????

Pytanie: Wielu kierowców po wypadku paraliżuje strach przed jazdą samochodem. Takie zaburzenie nazywane jest przez lekarzy zespołem stresu pourazowego (PTSD), to forma nerwicy związana z wyjątkowo traumatycznym przeżyciem. Uciążliwa dolegliwość, której objawy zwykle ujawniają się krótko po traumatycznych wydarzeniach, ale zdarzają się wieloletnie okresy utajnienia. Czy zaobserwowałaś u siebie podobny stan? Czy może jakieś specjalne myśli, gdy wsiadasz do auta?

ODPOWIEDŹ: Żeby sobie udowodnić, że nie boję się jeździć, już dwa dni po zdarzeniu wsiadłam w samochód (mam drugie auto). Pojechałam do sklepu osiedlowymi uliczkami. Było OK., ale ponieważ szyja bolała, nie mogłam się normalnie rozglądać, co jest konieczne przy kierowaniu pojazdem, szybko więc wróciłam do domu. Po tygodniu postanowiłam przetestować siebie ponownie. Szyja już mniej bolała, pomyślałam, że najlepiej będzie w nocy, kiedy jest mniejszy ruch. Pojechałam w kierunku centrum i z przerażeniem stwierdziłam, że ulice są pełne TIRów. Wszędzie widziałam TIRy... Spociłam się jak mysz, stanęłam na poboczu, odpoczęłam i... zawróciłam do domu. Mam jako kierowca spore doświadczenie, ale czuję, że coś jest nie tak, zaczęłam się bać dużych samochodów, wszelkich ciężarówek, autobusów. Lubiłam siedzieć za kierownicą, nie denerwowałam się nigdy tym, że jadę np. w tunelu - z prawej i z lewej duże samochody z naczepami albo przyczepami. Teraz widzę, że takie sytuacje mnie stresują. Nie wiem jak będzie dalej, nie wiem czy uda mi się przezwyciężyć ten strach. Póki co, prawie 3 tygodnie po zdarzeniu, niby wsiadam do samochodu odważnie, ale jak wydostaję się ze swojego osiedla na bardziej ruchliwe ulice odczuwam dyskomfort, kiedy obok mnie jedzie coś dużego. Staram się jeździć tyle, ile to konieczne. Zrezygnowałam z wyjazdu do rodziny na święta. Za miesiąc planowałam wyjazd na trasę ok. 800 km, chyba zrezygnuję, bo przecież TIRów po drogach jeździ mnóstwo. Nie wiem, czy wsiądę jeszcze do jakiegoś małego samochodu. Obecnie mam do dyspozycji dużą Dacię kombi, w której czuję się jako tako, bo taki samochód pewnie z lusterka TIRa jest widoczny. Może doświadczenie starego kierowcy przewalczy z czasem obecny strach. Nie wiem. Do tego przyznam się, że budzi mnie czasem w nocy jakiś koszmarny sen, z którego pamiętam tylko to, że ze wszystkich stron jadą na mnie jakieś ogromne auta. Wszystko razem powoduje, że ograniczam wsiadanie za kierownicę. Mam nadzieję, że to minie. Liczę też na to, że jeżeli sama sobie nie dam rady, to pomoże mi psycholog, a może psychiatra.

Pytanie: Dziękuję za tę rozmowę, ale może jeszcze jakaś rada dla Czytelników Tygodnika PRAWO DROGOWE@NEWS.

ODPOWIEDŹ: Po pierwsze, ale to chyba wynika ze stanu, w jakim obecnie jestem, przyglądać się, czy duże samochody mają dolne lusterka, w których widzą ze swojej wysokości takie małe autka jak mój Hyundai - jeżeli nie mają, to trzymać się od nich z daleka. Po drugie: ograniczenia prędkości w ruchu miejskim mają rację bytu - przekonałam się, że mała prędkość zarówno moja, jak i ciężarówki, która mnie staranowała, uratowała mi życie (masa ciężarówki przy dużej prędkości, mały samochód i duża prędkość, wolę nie myśleć o tym, że mogłam frunąć, a nie tylko “tańczyć” po jezdni). Po trzecie: zapinać pasy bezpieczeństwa - “wbiły” mnie w fotel już przy pierwszym uderzeniu, gdyby nie to, pewnie przy kolejnych uderzeniach z boku i z tyłu uderzyłabym w kierownicę, przesunęłabym się z fotela kierowcy w prawo lub w lewo, jakby się skończyło???? No i ostatnia rada: nie upierać się, natychmiast po wypadku jechać do szpitala, sprawdzać swój stan, bo w stresie nic nie boli.

Rozmowę przeprowadziła J. Michasiewicz (red. nacz. Tygodnika PD@N)

Pamiętajmy zawsze trzeba zachować szczególną ostrożność,

zawsze musimy mieć ograniczone zaufanie do innych uczestników ruchu drogowego.

 

Miałaś/eś wypadek drogowy – opisz swoje zdarzenie, niech ono będzie ostrzeżeniem dla innych. Czekamy: tygodnik@prawodrogowe.pl