Nowy system sygnalizacji świetlnej stosowany jest w Białymstoku od czerwca ubiegłego roku. Przebudowano wtedy skrzyżowania przy kościele św. Rocha i zamontowano pierwsze wideodetektory, aby rozładować tworzące się często korki. Teraz problem praktycznie nie istnieje - można tamtędy swobodnie przejechać – poinformowała “Gazeta Wyborcza”. - Od strony technicznej wygląda to tak, że kamera umieszczona przy światłach rejestruje liczbę pojazdów obecnych w danym momencie na skrzyżowaniu. Zaprogramowana jest tak, że w razie gdy na jakimś wlocie tworzy się korek, wysyła informację do sterownika sygnalizacji, który zapala tam światło zielone - mówi Zbigniew Dziejma z departamentu dróg i transportu. W Białymstoku sporo jest jeszcze skrzyżowań, gdzie stosuje się tzw. system stałoczasowy. Światła są tak ustawione, że zapalają się np. co 20 s, niezależnie od natężenia ruchu. Najwięcej jest jednak ulic z zamontowanymi w nawierzchni tzw. pętlami indukcyjnymi. Urządzenia te reagują na ilość przejeżdżających przez dany odcinek samochodów i kiedy jest ich więcej - zielone światła zapalają się częściej. - System ten co prawda jest dobry dla kierowców, ale nie sprawdza się, jeżeli chodzi o koszty. Żeby zamontować taką pętlę, trzeba kuć asfalt. Urządzenia często muszą być wymieniane na nowe, bo szybko niszczą się w toku eksploatacji. W ciągach skrzyżowań na odcinku ul. Sienkiewicza - ul. Jagienki i na ul. Antoniukowskiej (od wlotu ul. Owsianej do ul. Wierzbowej) istnieją tzw. zielone fale. Gdy pojazd ma zielone światło na jednym skrzyżowaniu i zmierza przepisową prędkością do następnego, kierowca ma teoretycznie pewność, że będzie miał zielone - mówi Janusz Ostrowski z departamentu inwestycji. Uczestnicy ruchu narzekają jednak na takie rozwiązanie. W praktyce jest bowiem tak, że trzeba jechać raz szybciej, raz wolniej i nie da się tego robić cały czas z tą samą prędkością. Jak przekonuje Ostrowski, zdecydowanie najlepszym systemem jest więc wideodetekcja. Urzędnicy obiecują, że z czasem będzie ona stosowana w całym mieście.