Wyasfaltowane, równe drogi przebiegające przez malownicze zakątki Beskidów kuszą rowerzystów. Niestety, wjazd na nie jest zabroniony – informuje “Gazeta Wyborcza”. Złamanie zakazu może kosztować nawet 500 zł. Beskidzkie lasy pocięte są siecią wygodnych, leśnych dróg. Zakazy nie dotyczą tylko pracowników Lasów Państwowych i firm wykonujących leśne prace. Oczywiste, że na leśne drogi nie mogą wjeżdżać samochody, ale rowerzyści nie wytwarzają przecież spalin ani nie hałasują - dziwi się Adam G., miłośnik rowerów z Katowic. Wiesław Legierski z Urzędu Gminy w Istebnej, organizator maratonów w kolarstwie górskim, też nie może się nadziwić, że leśne drogi są zamknięte dla rowerzystów. - To byłaby wspaniała atrakcja dla turystów. W Czechach po podobnych drogach można jeździć - mówi Legierski. Andrzej Kudełka, zastępca nadleśniczego w Wiśle wyjaśnia, że drogi, o których marzą rowerzyści, są przeznaczone dla straży pożarnej oraz ciężarówek, które wywożą wycięte drzewa. - Z powodu masowej wycinki drzew, na drogach panuje spory ruch. Nie są to miejsca bezpieczne dla rowerzystów - mówi Kudełka. Dodaje też, że w niektóre rejony Beskidów, jak np. Barania Góra, rowerzyści nie powinni wjeżdżać z powodu ochrony przyrody. - To nie są nasze wymysły. Na takiej drodze, tuż za zakrętem może leżeć pień albo błoto naniesione przez ciągnik. Dla pędzącego rowerzysty skończy się to tragedią. Po zakończeniu prac postaramy się udostępniać nasze drogi rowerzystom - zapowiada Józef Worek, nadleśniczy z Ujsoł.