W ubiegłym tygodniu opublikowaliśmy artykuł Jana Zasela pt.: “I stało się...” (http://www.grupaimage.pl/?s=prd&i=informacja&id=15874). Autor powołuje w nim ubiegłoroczny wyrok sądu za spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym skazujący zarówno kandydata na kierowcę jak i instruktora nauki jazdy (wypadek miał miejsce w trakcie lekcji nauki jazdy). Tę poruszającą kwestię nie rozpatruje pod kątem winy i jej braku, a skupia się na kwestii procesu kształcenia. Powołując się na swoje wieloletnie doświadczenia Zasel analizuje zdarzenie od strony rzeczowej, powołuje tu termin sztuka kierowania. Słowem sztuka określa się poziom opanowania wiadomości i umiejętności, a więc wiedzy w jakiejś dziedzinie, w stopniu gwarantującym sprawne i bezpieczne wykonywanie tych czynności – pisze. Surowo oceniony został proces edukacji przyszłych kierowców. W skróceniu polega on na tym, że adept sztuki kierowania, po wysłuchaniu paru lekcji teoretycznych, najczęściej ograniczonych do wiadomości o znakach i sygnałach drogowych, jest wysyłany, pod nadzorem instruktora, do wykonywania ćwiczeń na drodze publicznej. Nazywa się to nauką jazdy. Nie jest to tożsame z nauką kierowania – taka notę otrzymała szkoła z Rzeczycy.
Jan Zasel o współczesnym procesie edukacji: opracowany i lansowany w latach 60-tych ubiegłego wieku przez dra Munscha (RFN) i przyjęty oraz stosowany przez niemal wszystkie kraje europejskie, powinien składać się z trzech członów: technika - dynamika - taktyka. Nie wnikając w szczegóły, które się opracowuje na poziomie metodyki konkretnego przedmiotu i konspektu zajęć, technika to opanowanie odpowiedniego poziomu wiadomości teoretycznych z prawa o ruchu drogowym i budowy samochodu oraz działania jego mechanizmów. Dynamika to ćwiczenie czynności motorycznych w dziedzinie władania przyrządami sterowania samochodem oraz ćwiczenia z dynamiki samochodu, jako narzędzia ruchu, czyli umiejętności. Bez należytego opanowania pierwszego i drugiego członu nie wolno adepta wypuścić, za kierownicą samochodu, na drogę publiczną. Na drodze publicznej następują już tylko ćwiczenia z taktyki ruchu. Polegają one na skorelowaniu wiedzy nabytej w pierwszym i drugim etapie edukacji z praktycznym kierowaniem samochodem.
I właśnie, nie aspekt prawny, a edukacja kandydatów na kierowców stała się przedmiotem wypowiedzi naszych Czytelników, oto one:
Bronisław Sz.:Od lat obserwuję sytuację, iż szkoły nauki jazdy nie uczą trudnej sztuki kierowania, ale uczą "jak zdać egzamin". Dopóty nie wyeliminujemy tego zjawiska, nic się nie zmieni. Brawa dla Autora za próbę przywracania statusu egzaminatora!
Mirosław M. - OSK"Mar-Pol": Postawię przewrotne pytanie, czy w obecnym systemie szkolenia kierowców opłaca się dobrze szkolić kandydatów na kierowców. Odpowiedź jest niestety negatywna. Wpływ na to ma wiele czynników, wysoki i nowoczesny poziom szkolenia kosztuje. Zalew rynku szkoleniowego firmami "krzak" jest potężny. Promocje typu kat. B za 899-999 zł to normalność. Za taką kwotę nie jest możliwe wyszkolenie kierowcy bez oszukiwania kursanta - 30 godz. praktycznej nauki jazdy: 10 zł netto pracy instruktora + 10 zł paliwo + 10 podatki i ubezpieczenia instruktora w tym naprawy pojazdu, obsługa kredytu + 10 zł brutto dla ośrodka = 40zł/h jazdy. 30 godz. X 40 zł = 1200 zł, plus szkolenie teoretyczne, czyli utrzymanie sali wykładowej, materiały dydaktyczne, amortyzacja np. symulatora jazdy, MINIMALNA CENA KURSU 1400 zł. Dodam, że przy tej stawce wynagrodzenie instruktora jest niskie. Skoro mamy ceny urzędowe na przeglądy techniczne pojazdów, koniecznością jest ustalenie minimalnej stawki za szkolenie kandydatów na kierowców oraz zmiany w egzaminowaniu i szkoleniu kierowców. Środek ciężkości należy przesunąć w stronę egzaminu teoretycznego, zmieniając bazę pytań na niejawną, wyeliminuje to z rynku firmy "krzak". Kierowca nie zagląda do Kodeksu Drogowego po uzyskaniu uprawnień /95% nigdy tego nie zrobi/, natomiast umiejęności praktyczne i doświadczenie z każdym dniem będzie powiększał. Tylko czy lobby WORD-ów jest skłonne do takich zmian, przecież średnio za 15 min. egzaminu kasują 112 zł, natomiast w OSK 40 zł/h jazdy. Są rzeczy ważne i ważniejsze, nie zawsze te ważniejsze mają siłę przebicia....... PS. na "tapecie" jest Ustawa o Kierujących Pojazdami, ale biurokraci wiedzą lepiej.....
Adam:Ciekawy komentarz. Obszerny. Wydaje się rzeczowy. Tylko wniosek końcowy jakiś dziwny. Autor proponuje kolejny twór biurokratyczny, na bazie ITS. Chyba po to, aby kogoś wyręczać. Przecież od dawna się pisze, że:
1. Prawo o ruchu drogowym jest nieprecyzyjne. I nic.
2. Testy na egzaminie są bardzo ułomnie skonstruowane i nie sprawdzają wiedzy kandydata. Rzetelna znajomość przepisów i ich praktycznego stosowania nie gwarantuje zdania teorii. Trzeba znać testy!!!!!! Które w dodatku zawierają błędy!
3. Szkolenie zdominowały firmy oferujące najniższe ceny. Jakość nie ma znaczenia?
4. WORD-y rywalizują zdawalnością! Zdawalnością nie interesują się Ośrodki Szkolenia Kierowców. Ciekawe?
Czy powołanie jednego więcej tworu zmieni to?
Maciej:Komentarz ciekawy, choć trochę powierzchowny. Dotyka mimo wszystko kilku kluczowych kwestii będących bolączkami procesu kształcenia i egzaminowania. Podpisuję się pod końcowymi wnioskami. Obecny egzamin teoretyczny sprawdzający zdolność zapamiętywania a nie wiedzę kandydata na kierowcę to zwyczajna kpina. Przygotowywaniem programów nauczania też powinien się ktoś zająć, tak samo jak weryfikacja używanych w tym procesie pomocy dydaktycznych. Nie do końca rozumiem jednak systemu technika - dynamika - taktyka, w którym to tylko ostatni element ćwiczony powinien być na drodze. Przecież to jest niemożliwe w obecnych warunkach. Żeby tak było każdy osk musiałby dysponować czymś na wzór miasteczka ruchu drogowego, a nie placem o powierzchni 120m kw. gdzie dynamiki na pewno wyćwiczyć się nie da. Pozwolę sobie na koniec ustosunkować się do słów przedmówcy p. Bronisława Sz. Szanowny panie chyba wyciągnął pan błędne wnioski z powyższego artykułu. Ja dostrzegam ogólna krytykę systemu, a pan "przywracanie statusu egzaminatora!" Na pański zarzut, że szkoły nie uczą sztuki kierowania, a jak zdać egzamin odpowiem tak: zgadza się, tylko gdyby egzamin weryfikował posiadanie sztuk, o której pan wspomina tego by właśnie uczono. Winą za istniejący stan rzeczy należy obwiniać i system szkolenia i egzaminowania. Nie można zapominać jednak, że osk są działającymi na wolnym rynku przedsiębiorstwami, a oczekiwaniem ich klientów jest zdanie egzaminu. Wordy funkcjonują natomiast zupełnie w innym środowisku i myślę, że to właśnie na tym poziome najłatwiej dokonywać merytorycznych korekt.
Jan Zasel, ...i niech się nie stanie...
(Fot.: PD@N©JM 326-1) < Jan Zasel, ekspert prawa drogowego
Z satysfakcją przeczytałem komentarze do poprzedniej mojej publikacji. Muszę zaakcentować, że problemy natury prawnej dotknąłem o tyle tylko, ile było potrzebne do usytuowanie rozpatrywanego zdarzenia. Poddałem w wątpliwość przepis stanowiący, że uczeń, ćwiczący na drodze publicznej pod nadzorem instruktora, czy też zdający egzamin, został uznany kierującym. Natomiast ciężar mojego wywodu skierowałem na sprawy procesu kształcenia i egzaminowania. Bo tu, także wynika to z komentarzy czytelników, jest przysłowiowy pies pogrzebany.
Co do komentarzy Czytelników można stwierdzić, że komentatorzy na ogół potwierdzają moje stanowisko. Wynika z nich, że niski poziom kształcenia, bo niska stawka opłat za uczestnictwo w kursie, a niski poziom egzaminowania, bo współzawodnictwo między WORD’ami o odsetek zdających itd. itp. Czyli powstało obłędne koło. Czytelnicy nie pokusili się o wskazanie, wskutek czego znaleźliśmy się w tym obłędnym kole. Przecież krasnale do tego nie doprowadzili. Nasuwa się wniosek, że my, Polacy, nie potrafimy niczego przyzwoicie zorganizować. Ogłaszamy żałobę narodową przy okazji katastrof drogowych, a nie próbujemy odwrócić to fatalne zjawisko, co skutecznie uczyniono w cywilizowanych krajach. W moich wywodach zawarłem tezę, że wskutek wątpliwego poziomu kształcenia ginie spory odsetek ofiar wypadków drogowych.
Co do niektórych szczegółowych spraw zawartych w komentarzach. Pan M. M. (OSK “Mar-Pol”) pyta: czy w obecnym systemie opłaca się dobrze szkolić? Odpowiem: nie. Za dobre wyszkolenie trzeba policzyć odpowiednio wysoką opłatę. To też po pierwszej takiej próbie potencjalny kandydat pójdzie do konkurenta i ten przeszkoli za stawkę o połowę niższą. I błędne koło się zamknęło. Dalej pan M. M. mówi: “środek ciężkości należy przenieść na stronę egzaminu”. Brawo kolego. Jestem też tego zdania. Ponieważ nadzoru nad szkoleniem nie ma, dobry i obiektywny egzamin pełniłby zarazem funkcję nadzoru.
Skoro już wiadomo, że niczego nie potrafimy robić sami (wszystkie wytwórnie, lub prawie wszystkie przekazaliśmy obcym przedsiębiorcom) może i kształcenie kierowców trzeba przekazać obcym firmom. Ta nasza niemoc jest jednak przerażająca.
Pan Adam powiada, że końcowy wniosek z moich wywodów, odnośnie utworzenia Rady Programowej i ewentualne ulokowanie jej w ITS, jest dziwny. Myślę nadal, że wniosek jest realny, a Rada Programowa jest potrzebna. Kształcenie kierowców jest potężną działalnością. Ktoś musi nadać temu rozsądne kierunki i formy. Nikt tego nie czyni. A przecież jest ogrom przed taką Radą. Dalej pan Adam o nieprecyzyjnych przepisach. Jeżeli chodzi o przepisy regulujące przebieg ruchu zarzut ten jest przesadzony. A przecież nauczanie obejmuje ten fragment tzw. kodeksu drogowego.
Pan Maciej potwierdza słuszność moich wywodów. Stwierdza przy tym, że moja koncepcja budowy procesu kształcenia oparta o hasła: Technika – dynamika – taktyka nie jest zrozumiała. Zastrzegłem tam, że temat podałem hasłowo. Szersze opisanie procesu kształcenia wedle tego schematu nie zmieściłoby się w źródle publikacji, z którego korzystamy. Być może uda mi się to opisać w publikacji pod nazwą “metodyka nauczania w procesie kształcenia kierowców”, nad którą pracuję w zwolnionym tempie mając wątpliwości, czy wobec obłędnego koła, na którym się znalazło kształcenie kierowców, ktokolwiek będzie tym zainteresowany.
Serdecznie pozdrawiam kolegów, którzy zareagowali na moje wywody – Jan Zasel