(Fot.: PD@N©JM 326-1) < Jan Zasel, ekspert prawa drogowego
Stało się to, co mogło się już stać wiele razy i stawało się, niekoniecznie podczas nauki, a dopiero po otrzymaniu przez kandydata na kierowcę prawa jazdy, tylko nie rozważano tego na publicznym forum. Jak dowiedzieliśmy się w ostatnim czasie z przekazu telewizyjnego stało się to w Rzeczycy. Mianowicie adeptka sztuki kierowania samochodem została, bez należytego przygotowania, wypuszczona na drogę publiczną by tam, pod nadzorem nauczyciela, wykonywać ćwiczenia z umiejętności kierowania samochodem. Nadto, narzędzie służące do ćwiczeń (samochód) nie było w odpowiednim do panujących warunków stanie technicznym (opony nie przydatne do jazdy po nawierzchni ośnieżonej), a warunki ruchu powinny były wykluczyć prowadzenie ćwiczeń. Skutek można było przewidzieć: zdarzenie drogowe, które pociągnęło za sobą dwie ofiary śmiertelne.
Fakt ten wywołał szeroki odzew, zwłaszcza w środowisku kształcenia kierowców. Zabierający głos w tej kwestii niestety skoncentrowali swoje rozważania w kierunku: kto zawinił, ledwie dotykając spraw procesu kształcenia. Znalazły się także rozważania, czy prawo regulujące kwestię odpowiedzialności za powstały wypadek podczas procesu nauki pozwala na jednoznaczne wskazanie, kto jest winien.
Cokolwiek powiemy dalej, na wstępie trzeba stwierdzić, że my, tak zabierający głos w dyskusji, jak i piszący te słowa, nie możemy niczego wyrazić na temat winy kogokolwiek z uczestników zdarzenia, jako że nie mamy wszystkich materiałów obrazujących jego przebieg i okoliczności towarzyszące. Nadto, orzekanie o winie kogokolwiek lub jej braku przysługuje w naszym systemie prawnym wyłącznie sądom niezawisłym.
Spróbujmy teraz uogólnić to, co zostało powiedziane podczas szerokiej dyskusji o zdarzeniu, a także to, co należałoby jeszcze powiedzieć i uczynić.
Jedna z zasad prawa rzymskiego mówi (w przybliżeniu): nie ma przestępstwa bez prawa. W konkretnym przypadku jest prawo (odpowiednie postanowienia kodeksu karnego), a więc prawo karne i odpowiednie postanowienia ustawy Prawo o ruchu drogowym, a więc prawo materialne. Zatem skoro jest zdarzenie nadzwyczajne i jest prawo to jest i przestępstwo. Z tego też założenia zapewne wyszli przedstawiciele organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w Radzyniu Podlaskim. Organy ścigania doprowadziły uczestników zdarzenia, adeptkę i nauczyciela, do organu wymiaru sprawiedliwości, czyli do Sądu, a ten wymierzył sprawiedliwość. Nasuwa się jednak refleksja, czy nie mamy do czynienia z porzekadłem: cygan zawinił, a kowala powiesili. Dojście do prawdy materialnej prowadzi po przez system procedur sądowych, które mogą tu być uruchomione.
Rozważmy zdarzenie od strony rzeczowej. Otóż podczas mojej wieloletniej służby w Sadzie Wojewódzkim dla m.st. Warszawy w charakterze biegłego w dziedzinie, najogólniej, rekonstrukcji zdarzeń drogowych, ukształtował się termin sztuka kierowania. Termin ten był wielokrotnie używany podczas oceny zachowań kierowców. Słowem sztuka określa się poziom opanowania wiadomości i umiejętności, a więc wiedzy w jakiejś dziedzinie, w stopniu gwarantującym sprawne i bezpieczne wykonywanie tych czynności. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że słowo wiedza używane powszechnie przez polskich polityków może nas mylić. Mianowicie używają go oni mając na myśli wiadomości albo informacje. Wiedza bowiem, to składowa: wiadomości i umiejętności.
W rozważanym przypadku, adeptka sztuki kierowania samochodem podjęła edukację w uprawnionej do tego placówce oświatowej (szkole). Rzecz w tym, że proces edukacji stosowany w Radzyniu Podlaskim (niestety nie tylko w Radzyniu) zatrzymał się na poziomie lat 60-tych ubiegłego wieku. W skróceniu polega on na tym, że adept sztuki kierowania, po wysłuchaniu paru lekcji teoretycznych, najczęściej ograniczonych do wiadomości o znakach i sygnałach drogowych, jest wysyłany, pod nadzorem instruktora, do wykonywania ćwiczeń na drodze publicznej. Nazywa się to nauką jazdy. Nie jest to tożsame z nauką kierowania.
Nie miała ona wystarczających podstaw do wykonywania ćwiczeń w ruchu na drogach publicznych. Współczesny proces edukacji kandydata na kierowcę, opracowany i lansowany w latach 60-tych ubiegłego wieku przez dra Munscha (RFN) i przyjęty oraz stosowany przez niemal wszystkie kraje europejskie, powinien składać się z trzech członów: technika - dynamika – taktyka. Nie wnikając w szczegóły, które się opracowuje na poziomie metodyki konkretnego przedmiotu i konspektu zajęć, technika to opanowanie odpowiedniego poziomu wiadomości teoretycznych z prawa o ruchu drogowym i budowy samochodu oraz działania jego mechanizmów. Dynamika to ćwiczenie czynności motorycznych w dziedzinie władania przyrządami sterowania samochodem oraz ćwiczenia z dynamiki samochodu, jako narzędzia ruchu, czyli umiejętności. Bez należytego opanowania pierwszego i drugiego członu nie wolno adepta wypuścić, za kierownicą samochodu, na drogę publiczną. Na drodze publicznej następują już tylko ćwiczenia z taktyki ruchu. Polegają one na skorelowaniu wiedzy nabytej w pierwszym i drugim etapie edukacji z praktycznym kierowaniem samochodem.
Przechodząc do prawnego aspektu sprawy musimy stwierdzić, że prawo karne, które opisuje zdarzenie zwane wypadkiem drogowym, jest wystarczająco precyzyjne i nie nasuwa wątpliwości.
Inaczej przedstawia się sprawa z prawem materialnym, czyli prawem o ruchu drogowym. Mianowicie, podstawowa ustawa z dnia 1 lutego 1983 r.- Prawo o ruchu drogowym (Dz. U. Nr 6, poz. 35), której projekt był opracowany z udziałem wybitnych znawców dzieła, jak prof. K Buchała (U.J.), czy prof. A. Bachrach (P.A.N.) kwestię kto kieruje regulowała w sposób klarowny i jednoznaczny: art. 68. ust.1. “Kierującym może być osoba, która osiągnęła wymagany wiek i jest sprawna pod względem fizycznym i psychicznym oraz ma wymagane umiejętności do kierowania w sposób nie zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego i nie narażający kogokolwiek na szkodę. Ust. 2. Kierować pojazdem może osoba, która ponadto ma do tego uprawnienie, stwierdzone odpowiednim dokumentem.”
Natomiast po zmianach ustrojowych ustawa Prawo o ruchu drogowym była wielokrotnie poddawana nowelizacji. Jak mawiał prof. Belka, zaczęło się majstrowanie nad ustawą. Według stanu na dziś kwestię kto kieruje ujęto następująco: “Art. 87. 1. kierującym może być osoba, która osiągnęła wymagany wiek i jest sprawna pod względem fizycznym i psychicznym oraz spełnia jeden z warunków określonych w pkt 1 – 3: 1) posiada wymagane umiejętności do kierowania w sposób nie zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego i nie narażający kogokolwiek na szkodę oraz wymagany dokument stwierdzający uprawnienie do kierowania”. Dotąd postanowienie tego art. wydają się prawidłowe. Natomiast dalsze postanowienia, ustępu 1: “2) odbywa, w ramach szkolenia, naukę jazdy odpowiednio przygotowanym pojazdem pod nadzorem instruktora; 3) zdaje egzamin państwowy odpowiednio przystosowanym pojazdem pod nadzorem egzaminatora.” nasuwają poważne wątpliwości. O ile sformułowania zawarte w ust. 1 pkt 1 określają status prawny kierującego, to sformułowania zawarte w pkt 2 i 3 zdają się określać status fizyczny człowieka za kierownicą. Nie wiemy, jaką funkcję miały one pełnić w zamyśle pomysłodawcy. Wygląda na to, że rozmijają się one z rzeczywistością i stanowią swojego rodzaju pułapkę dla adepta sztuki kierowania. Skoro jego tu określono mieniem kierujący, to on, siadając za sterami samochodu, bierze na siebie odpowiedzialność za to, jakie skutki wywoła swoim zachowaniem się. A przecież jego czynności mają fizyczny charakter - wykonywanie ćwiczeń pod nadzorem instruktora; kierującym stanie się dopiero, gdy spełni warunki określone w ust. 1 pkt 1.
Podobnie wygląda sytuacja egzaminatora (pkt 3). W obu tych przypadkach wskazuje się osoby instruktora i egzaminatora, jako nadzorujących. Tak więc w razie powstania zdarzenia drogowego podczas nauki lub podczas egzaminu, pozostawia się do uznania sądu, jaką brzemię odpowiedzialności nałoży na adepta, a jaką na nadzorujących. Znalazło się tu kompletne pomieszanie pojęć. Przy czym dziwić musi fakt, dlaczego egzaminatorzy przyjęli na siebie brzemię odpowiedzialności za ewentualne zdarzenie drogowe skoro ich funkcja polega na zupełnie czym innym, mianowicie na sprawdzeniu – w imieniu Państwa Polskiego – czy adept ma opanowaną sztukę kierowania w stopniu wystarczającym do sprawnego i bezpiecznego kierowania samochodem w ruchu na drogach publicznych.
Materiał przedstawiony w dyskusji i rozważania nad przebiegiem zdarzenia, jakie miało miejsce w Rzeczycy, muszą wywołać naszą zdecydowaną reakcję. Nie ma bowiem najmniejszej wątpliwości, że – nazwijmy to delikatnie – słabości panującego u nas procesu kształcenia kandydatów na kierowców mają swoje spore odbicie w statystyce liczby wypadków drogowych, zabitych i rannych.
Nasuwają się następujące wnioski:
1.Taki poziom kształcenia kandydatów na kierowców jaki poziom egzaminowania. Powinno to skłonić do całkowitego przeorganizowania egzaminów. Testy mają dawać odpowiedź na pytanie: czy kandydat umie realizować przepisy prawa o ruchu drogowym, a nie czy zna ich teksty – jak to jest dzisiaj; sprawdzenie umiejętności kierowania powinno być poprzedzone sprawdzeniem znajomości dynamiki samochodu; wreszcie cały egzamin powinien być nastawiony na sprawdzenie kwalifikacji kandydata, a nie kontrolę egzaminatora, którego status to osoba zaufania publicznego.
2.Właściwy poziom egzaminowania, w swej ubocznej funkcji, spełnia rolę nadzoru nad kształceniem kierowców, którego to nadzoru dziś nie ma. Niemniej jednak, ażeby wyjść z tego błędnego koła – niski poziom egzaminów to i niski poziom kształcenia, a niski poziom kształcenia to i niski poziom egzaminów – proces kształcenia trzeba wesprzeć odpowiednim uzbrojeniem szkół kierowców. Mam tu na myśli powołanie Rady Programowej. Jej zadaniem – przykładowo - powinno być: projektowanie programów kształcenia; inicjowanie opracowań w zakresie technicznych środków nauczania i metodyki nauczania; wydawanie opinii o technicznych środkach nauczania i metodyce; przygotowywanie projektów programów kształcenia kandydatów na nauczycieli kierowców; przygotowywanie programów egzaminowania.
Funkcje Rady Programowej mógłby wykonywać Instytut Transportu Samochodowego, którego kilka agend już szczątkowo tym się zajmuje. Wymaga to nadania tej instytucji odpowiedniego statutu.