Legislacja

Unijne przepisy drogowe nie są skuteczne

22 sierpnia 2007

Odbierający prawo jazdy muszą podpisać oświadczenie, że przez co najmniej 185 dni w roku przebywają w Polsce. Teoretycznie ma to ukrócić bezkarność piratów drogowych. Tylko teoretycznie – komentuje “Gazeta Wyborcza”. I uzasadnia: załatwiając związane z wydaniem prawa jazdy formalności, trzeba nie tylko się wylegitymować i zapłacić za dokument. Każdy musi podpisać oświadczenie, że ze względu na związki rodzinne lub zawodowe przez co najmniej 185 dni w roku przebywa w naszym kraju. - Wynika to z dyrektywy unijnej, taki dokument podpisuje się we wszystkich krajach Wspólnoty - mówi Krzysztof Kisielewski, dyrektor wydziału ewidencji i rejestracji toruńskiego magistratu. Przyczyną wprowadzenia dodatkowych formalności najpierw była turystyka związana z wyrabianiem prawa jazdy. Młodzi Niemcy masowo przyjeżdżali do zachodnich części Polski, m.in. do Szczecina, bo egzaminy w Polsce nie dość, że były dla nich tańsze, to jeszcze łatwiejsze. W ten sposób niemieckie urzędy traciły pieniądze, które mogły zarobić na świeżo upieczonych kierowcach. Przede wszystkim jednak unijne zapisy zakazują posiadania dwóch dokumentów w różnych krajach. Jeśli wyjeżdżam na emigrację np. do Anglii, po półrocznym pobycie muszę wyrobić sobie angielskie prawo jazdy. Polskie odsyłane jest do kraju, tu urzędnicy je niszczą. Po powrocie do kraju, żeby odzyskać uprawnienia do jeżdżenia po naszych drogach, muszę stawić się w urzędzie z angielskim dokumentem i wymienić go na polski. W ten sposób zawsze mam tylko jedno prawo jazdy. Takie przepisy mają ukrócić bezkarność piratów drogowych. Jak? Załóżmy, że wyjeżdżam na emigrację do Anglii. Po sześciu miesiącach wyrabiam angielskie prawo jazdy. Policja łapie mnie na jeździe po pijanemu. Sprawa trafia do tamtejszego sądu, dostaję karę - np. dwuletni zakaz siadania za kierownicę, a moje prawo jazdy jest zatrzymane. Przyjeżdżając do Polski, nie mam dokumentu, który mogłabym wymienić na nasze prawo jazdy. Nawet jeśli wezmę się na sposób i zrobię od nowa kurs oraz zdam egzamin, moje postępki na Wyspach wyjdą przy załatwianiu formalności, bo wydział ewidencji i rejestracji będzie miał informację, że kiedyś już miałam uprawnienia, moje polskie dokumenty zostały wymienione na angielskie, a te z kolei zatrzymane. Nie pozostaje mi nic, jak tylko czekać na koniec kary, jaką wymierzył mi zagraniczny sąd. Dyrektor Kisielewski przyznaje jednak, że unijne zapisy mają luki, dając pole do popisu piratom drogowym. Przyjmijmy, że jadąc na podwójnym gazie po Anglii, policja łapie mnie, zanim wymieniłam polskie prawko na tamtejsze. Sprawa tak samo trafia do sądu i tak samo na dwa lata kończy się moja kariera kierowcy. Ale tylko w Anglii. Moje dokumenty, zgodnie z przepisami, zostają odesłane do miejsca, gdzie je wydano, czyli do Polski. Wracam do kraju i nasz urząd musi mi moje prawo jazdy zwrócić. Zakaz sądowy wydany na Wyspach nie obowiązuje bowiem poza granicami. W ten sposób mogę legalnie codziennie wsiadać do auta i jeździć, gdzie dusza zapragnie - poza Anglią. Drugim powodem, dla którego unijne przepisy nie są do końca skuteczne, jest trudność w ich egzekwowaniu. Swoboda poruszania się wewnątrz Wspólnoty jest bowiem praktycznie nieograniczona - otwarte granice sprawiają, że przepływ ludzi jest prawie w ogóle niemonitorowany. Stąd trudno określić, gdzie dana osoba przebywa i jak długo to trwa. Nie ma też żadnych instrumentów prawnych, które kontrolowałyby, czy po ponadpółrocznym pobycie za granicą dopełniłam obowiązku wymiany prawa jazdy. - Zapisy mają ewidentne luki, uniemożliwiające ich pełną realizację - przyznaje dyrektor Kisielewski. - Najlepszym rozwiązaniem byłoby ujednolicenie prawa, które sprawiłoby, że zakaz prowadzenia samochodu w jednym kraju automatycznie obowiązywałby w całej Unii. Wiem, że są plany wprowadzenia takich zapisów.

Słowa kluczowe prawo jazdy Unia Europejska