Orzeczony został wyrok 4,5 roku więzienia za spowodowanie wypadku w Warszawie (zdarzenie miało miejsce 6 maja 2011 r.), w wyniku którego zginęły trzy osoby, a czwarta została ranna. Paweł Cz. jechał ulicą Puławską z prędkością – 130 km/godz. Świadkowie zgodnie oceniali, iż kierowca jechał agresywnie. Biegli obliczyli potem, że mercedes pędził środkowym pasem z prędkością blisko 130 km na godz. Przed skrzyżowaniem z ul. Malczewskiego kierowca nagle gwałtownie zmienił pas na prawy, przed nim jechał bowiem (z normalną prędkością) nissan. Dopiero wtedy dostrzegł opla, który skręcał w Malczewskiego. Nacisnął hamulec. Dzieliły ich dokładnie 54 metry. 1,4 sekundy później doszło do zderzenia. Pasażerka opla zmarła na miejscu, kierowca niedługo potem w szpitalu. Ich jedyny syn, 19-letni wówczas Dominik, uczył się tego dnia do matury. Egzaminy miały się zacząć już po weekendzie. Ale to nie koniec. Zgnieciony przez mercedesa opel uderzył w budynek stacji benzynowej i sunął dalej, zgarniając z chodnika czekającego przed zebrą pieszego. On też zginął na miejscu. Poważnie ranny został też pasażer, którego wiózł 27-letni Paweł Cz. On sam wyszedł z auta o własnych siłach. Był spokojny: - Zajechał mi drogę, nic nie mogłem zrobić - mówił. Prędkość była szokująca – podkreślał sędzia. Jednak sprawa nie była jednoznaczna, a rozstrzygnięcie nie było oczywiste. - Mamy tu do czynienia z problemem, nad którym kilkakrotnie pochylał się już nawet Sąd Najwyższy - zaznacza mec. Tadeusz Wolfowicz, pełnomocnik rodziny dwóch ofiar. Bo oskarżony pędził co prawda ponad miarę, ale miał pierwszeństwo przejazdu. Adwokat Piotr Kruszyński argumentował: - Rozumiem tragedię rodziny, ale uważam, że kierowca opla przyczynił się do spowodowania wypadku, naruszył przepisy. Skręcał w lewo. Pan Cz., to prawda, jechał za szybko, ale miał zielone światło. Poprosił o wyrok w zawieszeniu. Na zwróconą przez strony uwagę, że Cz. nigdy nie próbował nawiązać kontaktu z pokrzywdzonymi, nie przeprosił, mecenas odparł: - To nie cynizm z jego strony. On do dziś jest w szoku. Słowo przepraszam nie padło jednak do końca. Cz. nie przyznał się do winy. Poprosił tylko o łagodny wyrok.
Sędzia nie miał wątpliwości. - To oskarżony ponosi wyłączną odpowiedzialność za ten wypadek i jego tragiczne skutki. Naruszył w sposób skrajny zasady bezpieczeństwa w ruchu drogowym - mówił. - Sąd nie rozumie, jak można się poruszać z taką prędkością w takim miejscu. Przecież obok toczyło się normalne życie. Ktoś jechał rowerem, ktoś samochodem. Chodnikiem, stosunkowo wąskim, spacerował ojciec z dziećmi. Sąd skazał Pawła Cz. na 4,5 roku więzienia i odebrał na dziesięć lat prawo do prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych. Dodatkowo będzie musiał pokryć koszty procesu, pełnomocników strony przeciwnej i wypłacić 40 tys. zł osieroconemu Dominikowi. Sędzia Piotrowski zdecydował też, że Paweł Cz. musi natychmiast oddać prawo jazdy. To, że oskarżony, mimo poważnych zarzutów, mógł cały czas zasiadać za kierownicą, sąd nazwał "kuriozalną sytuacją". Paweł Cz. odpowiadający do tej pory z wolnej stopy opuścił sąd w kajdankach. Po zakończeniu rozprawy sędzia zdecydował o jego tymczasowym aresztowaniu. Wyrok nie jest prawomocny.