Jak relacjonuje “Gazeta Krakowska” konające zwierzę czekało godziny na pomoc. Ludzie oskarżają urzędników o znieczulicę. I relacjonuje: Potrącony przez samochód pies przez kilka godzin dogorywał w przydrożnym rowie w Maszkienicach. Mieszkańcy przez kilka godzin próbowali sprowadzić dla niego pomoc. Dopiero wieczorem psa uśpił weterynarz skierowany wreszcie do wsi przez urzędnika. - Czy pies musiał się męczyć tak długo? - pytają miejscowi. Nie wiadomo, kto potrącił psa. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że stało się to przedwczoraj, po godzinie 10 rano. Odrzucone do rowu zwierzę nie było w stanie poruszać się o własnych siłach. Ludzie chcieli pomóc. Dzwonili na policję i do gminy. W końcu urzędnik z pobliskiego Dębna przyjechał na miejsce. Ale w ślad za nim nie pojawiła się pomoc weterynaryjna. Pracownik gminy ustalił, kto jest właścicielką psa, rozmawiał ze staruszką i wrócił do innych obowiązków. - Możemy podejmować interwencję tylko wtedy, gdy pies jest bezpański - tłumaczył Grzegorz Brach, wójt gminy Dębno. Właścicielka psa to niedołężna staruszka, można było się domyślić, że nie poradzi sobie ze sprowadzeniem pomocy – mówi świadkowie wydarzenia. Informacja o konającym psie dotarła nawet do Zarządu Dróg Powiatowych, a drogowcy zatelefonowali do wsi. Pytali, czy trzeba sprzątnąć martwe zwierzę. Żyjące ich nie interesowało. Weterynarz pojawił się późnym popołudniem. Leszek Baran twierdzi, że problem zgłosił mu wtedy urzędnik z Dębna. - Pies miał przetrącony kręgosłup, bez szans na wyleczenie - mówi. Uśpił go za zgodą właścicielki. Świadkowie zdarzenia komentują: tu nie chodziło o trzymanie się litery prawa, tylko o aspekt moralny i wychowawczy.