Fotoradary, które miały poprawiać bezpieczeństwo na drogach, dla wielu gmin okazały się także dobrym sposobem na podreperowanie dochodów i walkę z bezrobociem. Do ich obsługi zatrudniani są ludzie bez pracy, a mandaty zasilają budżety gmin setkami tysięcy złotych - donosi “Dziennik”. Jednym z pierwszych miast, które kupiło fotoradary był położony w zachodniopomorskiem 2,2 tys. Biały Bór. Urządzenie było niezbędne, bo w mieście krzyżują się dwie drogi krajowe, a podróżujący nimi kierowcy niezbyt chętnie zdejmowali nogę z gazu. "Sprawdza się znakomicie. Robi zdjęcia doskonałej jakości, więc z identyfikacją kierowców nie mamy problemów" - mówi w rozmowie z “Dziennikiem” burmistrz Franciszek Kwaśniewski. Dzięki fotoradarom w ciągu roku samorząd zarobił na mandatach prawie 2 mln zł, czyli ponad 10 proc. budżetu, a pracę w dotkniętej 26-proc. bezrobociem gminie znalazło dziesięć osób, które zajmują się wyłącznie obsługą urządzenia oraz obróbką i wysyłaniem zdjęć. Zainteresowanie fotoradarami jest tak duże, że firmy zajmujące się ich sprzedażą i wynajmem ledwo nadążają z realizacją zamówień. Jan Radziwiłł z zielonogórskiego "Metra" codziennie odbiera przynajmniej kilka telefonów z pytaniami od zainteresowanych gmin. Według Radziwiłła, samorządy doskonale wiedzą, że to dobry interes, bo nawet niewielka gmina dzięki jednemu tylko fotoradarowi jest w stanie wystawić większą liczbę mandatów niż cała mazowiecka policja. Podobne rozwiązanie wprowadzili w 2002 roku Francuzi. Nakłady poniesione na instalację zintegrowanych fotoradarów zwróciły się już po ośmiu miesiącach. Dziś roczne utrzymanie 1500 radarów kosztuje nad Sekwaną ok. 40 mln euro, a wpływy z mandatów to kwota ok. 300 mln.