Przegląd prasy

Na straży bezpieczeństwa

16 lutego 2009

W tygodniku “Polityka” czytamy: Policja drogowa pilnuje bezpieczeństwa i za to jej chwała, ale często wykorzystuje swoją przewagę, aby wyłącznie karać. Im bardziej rośnie frustracja policjantów (małe zarobki, ciężka służba, kłopoty rodzinne itp.), tym mocniej obrywa się kierowcom. Wprowadzenie mandatów płatnych nie policjantowi do ręki, ale na poczcie, obniżyło co prawda poziom korupcji wśród mundurowych, ale wyraźnie ich rozsierdziło. Teraz już nie ma zmiłuj. Punkty i mandaty wlepiane są za najmniejsze przekroczenie szybkości, za jazdę bez świateł mijania nawet w najbardziej słoneczny dzień, za niezapięty pas. Kierowca dopraszający się pouczenia (policjant zamiast karania może skorzystać z tej formy sankcji) słyszy czasem: – Ja nie jestem od pouczania, pouczać mogli pana w szkole.

W TVN Turbo (program “Uwaga pirat!”) kierowca tłumaczy się policjantom, że rozpoczął manewr wyprzedzania w dozwolonym miejscu, ale jadące blisko siebie tiry uniemożliwiły mu wskoczenie na prawy pas (co zresztą było widać na monitorze policyjnej kamery), dlatego manewr zakończył za przejściem dla pieszych. – Powinien pan przewidzieć, że będzie to przejście – mówi policjant. – Jak miałem to przewidzieć? Tam nie było żadnego znaku – broni się kierowca, wyraża skruchę i prosi o łagodny wymiar kary. Ale policjanci są niewzruszeni, karzą go maksymalnym mandatem i najwyższą liczbą punktów. Na sali sądowej skrucha działa na korzyść oskarżonego, w obliczu tych akurat policjantów z drogówki – wręcz przeciwnie. Ukarali kierowcę auta osobowego, a odpuścili kierowcom tirów, którzy jadąc w nieprzepisowej odległości jeden za drugim sprowokowali niebezpieczną sytuację. A przecież gdyby ukarany na widok przejścia dla pieszych (puste, w terenie niezabudowanym) raptownie zahamował, mógłby doprowadzić do wypadku.

Zmorą polskich szos są błędnie ustawione znaki drogowe. Jak kraj długi i szeroki kwitnie radosna twórczość regionalnych dyrekcji dróg (krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych). Znaki zakazu i nakazu nie budzą zaufania, bo tkwią w miejscach, w których nie są potrzebne, a nie ma ich tam, gdzie wydają się niezbędne. Polacy podróżujący za granicę są w stanie ocenić podstawową różnicę w oznakowaniu dróg tam i w Polsce. – Kiedy na przykład w Szwecji widzę znak ograniczający szybkość do 30 km na godzinę, zwalniam do 30, bo wiem, że to niezbędne dla bezpieczeństwa mojego i innych. W Polsce 30 na godzinę każą mi jechać tam, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba – mówi kierowca tira Jan Frączak. – Zdarza się, że były roboty drogowe, postawiono znak, roboty dawno się skończyły, a ograniczenie prędkości pozostało, bo ktoś zapomniał.