
(Fot.: PD@N 385-38)
Mamy zbyt wąskie drogi, na których rządzą tiry. Centra miast są źle oznakowane, a na parkometrach brak informacji po angielsku. Za to w razie biedy kierowcy chętnie sobie pomagają. Tak nas widzą obcokrajowcy. Polski kierowca za granicą ma kiepską opinię. Holendrzy piszą o nas, że - jeśli chodzi o styl - jesteśmy "nowymi pieprzonymi Marokańczykami". Prowadzimy na podwójnym gazie i za nic mamy przepisy. Anglicy na ukuli nawet specjalne określenie: PCD (Polish Crazy Driver - polski szalony kierowca). Bo jeździmy pod prąd na autostradach i przyspieszamy na zakrętach, powodując u Brytyjczyków ostre napady paniki. Co ciekawe, o ile za granicą tubylec widzi zmotoryzowanego Polaka jako Huna, to po przyjeździe do Polski optyka zmienia się diametralnie. Obcokrajowcy wystawiają nam dużo wyższe noty, jakby - zanurzeni w polskiej rzeczywistości dziurawych dróg, bezsensownych korków i sprzecznych przepisów - zaczynali rozumieć, skąd w Polaku bierze się frustracja. Przy tym przybysze bezlitośnie krytykują organizację ruchu, oznakowanie jezdni itp. – czytamy w “Gazecie Wyborczej”. I dalej dziennik analizuje: system rejestracji pojazdów w Polsce – wskazując na wiele nonsensów w tym zakresie; omawia możliwości parkowania pojazdów, zasady, a właściwie ich brak; niejasne przepisy, brak informacji w innym niż polski języku. Najbardziej jednak przeraża obcokrajowca to, co dzieje się na ulicach – czytamy, a tu o niebezpiecznym wyprzedzaniu; tiry, wąskie drogi, pobocza zarośnięte drzewami, zakorkowane centra miast, nieprzewidywalność kierowców. Obcokrajowcy nie rozumieją też zasady “zielonej strzałki”. Przeczytajmy jak nas widzą i jak o nas piszą, niestety nie ma tu zbyt wiele optymizmu.