Czy w tęgie mrozy kierowcy miejskich autobusów oszczędzają na paliwie i nie włączają ogrzewania? - pyta “Gazeta Stołeczna”. Szyby są pokryte szronem, z ust pasażerów bucha para, trzęsiemy się z zimna nawet w nowych solariach. Michał Powałka rzecznik prasowy Tramwajów Warszawskich zapewniał, że każdy motorniczy ma obowiązek jeździć z włączonym ogrzewaniem. To dlaczego w środku bywa niewiele cieplej niż na dworze? - Bo drzwi muszą się otwierać na każdym przystanku - odpowiedział. W ponad połowie autobusów mogą to już robić sami pasażerowie za pomocą "ciepłych" guzików, które wywalczyliśmy przed kilkoma zimami. Mimo to niektórzy kierowcy nadal czują się w obowiązku wyręczać ludzi niezależnie od tego, czy ktoś akurat wysiada albo wsiada. Skutek jest taki, że ci, którzy jadą dalej, trzęsą się z zimna, bo do środka wciąż wpada zimne powietrze. Najgorzej jest w starych ikarusach - niektóre jeżdżą z dziurawymi przegubami i szparami w oknach. A ciepłych guzików w nich nie ma, Adam Stawicki, rzecznik MZA, mówi, że tylna część ikarusów w ogóle nie jest ogrzewana, bo nie przewidział tego producent. Wszystkie autobusy są kontrolowane przed wyjazdem z zajezdni. Przy takich temperaturach jak obecnie kierowcy powinni włączać drugi stopień ogrzewania. Dlaczego w takim razie wyziębione bywają również najnowsze solarisy? Rzecznik Stawicki przypuszcza, że dochodzi do awarii ogrzewania już w czasie jazdy. Na mrozie psują się głównie drzwi.