Placówki oświatowe coraz częściej poszukują opiekunów dzieci przy przejściu przez jezdnię. Mogą oni liczyć na pracę przede wszystkim w tych szkołach, które usytuowane są w pobliżu dróg o dużym natężeniu ruchu. Szkoły wysyłają oferty zatrudnienia przede wszystkim do urzędów pracy. Jak wskazuje Katarzyna Ostrowska z Urzędu Pracy m.st. Warszawy, w przypadku gdy pracodawca, a więc szkoła, zagwarantuje zatrudnienie osoby bezrobotnej, która będzie nadzorować bezpieczne przejście dzieci przez jezdnię w wyznaczonym miejscu, wówczas urząd pracy sfinansuje przeszkolenie takiej osoby. Kandydat ubiegający się o to stanowisko musi odbyć szkolenie w zakresie kierowania ruchem drogowym. Jest ono organizowane odpłatnie przez wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego. Program szkolenia określa rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji. - U nas taki kurs trwa 18 godzin i kończy się egzaminem w formie testu. Za udział w szkoleniu trzeba zapłacić 300 zł - wyjaśnia Roman Bańczyk, dyrektor wojewódzkiego ruchu drogowego w Katowicach. Pomimo tego, że niektóre szkoły są usytuowane w pobliżu dróg szybkiego ruchu, nie wszyscy dyrektorzy ze względu na brak pieniędzy, mogą zatrudnić osobę dbającą o bezpieczeństwo ucznia. - Nasza placówka korzysta z pomocy straży miejskiej - mówi Zofia Jakubowska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 76 w Falenicach. W jej przekonaniu jednak dobrze jest, gdy o bezpieczeństwo dzieci dbają specjalnie w tym celu zatrudnione osoby. Podobnego zdania jest Joanna Teterek, wicedyrektor SP nr 109 w Warszawie. Jej placówka również wystąpiła do urzędu pracy o pomoc w znalezieniu opiekuna dzieci. - Taka osoba jest bardzo potrzebna, bo szkoła znajduje się na obrzeżach miasta, gdzie jest duży ruch i nie ma sygnalizacji świetlnej. Szukamy osoby, która nie tylko posiada uprawnienia do takiej pracy, ale także jest spostrzegawcza i sprawna fizycznie. Jolanta Lipszyc, dyrektor Biura Edukacji Urzędu Miasta Stołecznego Warszawa. W Łodzi przy najbardziej niebezpiecznych przejściach dla pieszych powinno stać 26 "kapturków". Siedmiu z nich ma etaty w szkołach i faktycznie przed nimi stoi. Pozostałych 19 miało być zatrudnianych przez wydział edukacji. Ale pracuje tylko kilku. - Rezygnują. Powód? Głównie to niskie zarobki - opowiada Dorota Szafran, wicedyrektorka wydziału edukacji Urzędu Miasta Łodzi.