W całym kraju obchodzona była "Niedziela modlitw za kierowców". Krajowy duszpasterz kierowców ks. Marian Midura: "Każdego niemal dnia słyszymy o tym, jak wielu ludzi ginie w wypadkach na naszych drogach. Ludzie wierzący nie mogą być obojętni na ten wielki narodowy problem. Aby to zmienić, zwracamy się do naszych kierowców, pieszych i rowerzystów z apelem i zapraszamy do wspólnej modlitwy". Komisja Episkopatu Polski rozesłała po kraju list zatytułowany "Rachunek sumienia kierowcy i pieszego". Przypomina w nim tegoroczne wystąpienie Biskupów Śląskich. O tym, że "Każde świadome przekroczenie przepisów ruchu drogowego, a więc narażanie na niebezpieczeństwo życia własnego lub innych ludzi jest grzechem przeciwko piątemu przykazaniu Bożemu - nie zabijaj."
(Fot.: PD@N 383-67)
Redakcja “Gazety pl” rozmawiała z ks. Marianem Miturą:
Czy to naprawdę grzech, kiedy na przykład na drodze z dopuszczalną prędkością 50 km na godzinę pojadę sobie 60?
Ks. Marian Midura: - Tego oczywiście nie da się tak jednoznacznie ustalić. Grzech musi być popełniony świadomie, dobrowolnie, dotyczyć poważnej materii. Kiedy na przykład kierowca szarżuje, pędzi 150 km na godzinę przez teren zabudowany, opony mu piszczą przy najmniejszym manewrze, kiedy widzą to wszyscy - ludzie, którzy na widok takiego osobnika pukają się w czoło, policjanci, którzy go zatrzymują i wypisują mandat, to takie zachowanie kierowcy jest grzechem. Przekroczenie dozwolonej prędkości o 10 km na godzinę... No cóż, często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że jedziemy nieco za szybko, wtedy o grzechu mówić nie można.
Tylko czy kierowcy w ogóle zdają sobie z tego sprawę? Czy łączą przykazania z odpowiednim zachowaniem się za kierownicą? Czy na przykład ktoś się księdzu z łamania przepisów na drodze spowiadał?
- Coraz częściej. Nie tak dawno, w Warszawie, pewna pani opowiadała mi w trakcie spowiedzi o tym, że znacznie przekroczyła prędkość, w dodatku wiozła w samochodzie dwoje dzieci. Prosiła o radę, jak się pilnować, jak do tego nie dopuścić. Powiedziałem jej, żeby myślała nie tylko o sobie, ale także o dzieciach, żeby nie czekała z opamiętaniem, aż będzie za późno. Aby do spowiedzi nie musiał wysyłać jej policjant, który ją wtedy zatrzymał i wypisał mandat.
Wróćmy do kwestii grzechu. W liście rozsyłanym przez episkopat pisze ksiądz, że obrazki z św. Krzysztofem w samochodzie, czy różańce okręcone wokół samochodowego lusterka to... pogaństwo. Naprawdę nie można nic takiego wozić w aucie?
- Można. Zależy tylko jak się w tym aucie zachowujesz. Jeśli obwiesisz się różańcami, cały samochód okleisz obrazkami ze świętymi, na błotniku narysujesz sobie rybę, znak pierwszych chrześcijan, a za kierownicą zachowujesz się jak demon wcielony - to wszystko to czyste pogaństwo. Albo jesteś chrześcijaninem i dajesz temu świadectwo, albo nie. Żaden obrazek, znak nic wtedy kierowcy nie pomoże.
Tylko czy to w ogóle się trochę nie kłóci? Dobry chrześcijanin, zawsze wybaczający, chętny do ustępstw. I dobry kierowca. Przecież czasem trzeba pojechać dynamicznie, wcisnąć się tu i ówdzie, zakombinować. Nawet policja mówi - ruszaj dynamicznie ze skrzyżowania, bo korkujesz miasto.
- Ależ skąd. Dynamicznie jeździliśmy na rajdzie Paryż-Dakar. A na polskiej drodze - w jakim celu? Najważniejsze powinno być właśnie spokój i bezpieczeństwo. Czasem trzeba ustąpić, zrozumieć innego kierowcę, zamrugać światłami w ramach przeprosin, jeśli coś na drodze się przeskrobało, a nie dyskutować, kto jest ważniejszy. Tylko że u nas, niestety, wciąż traktuje się samochód jako coś więcej niż zwykły użytkowy przedmiot. Właścicielom dobrych aut wciąż się wydaje, że kiedy siedzą za ich kierownicą, stają się kimś innym, lepszym, większym. Stąd potem historie: żona zarysowała lakier na samochodzie męża, a on na to - rozwód!