Przegląd prasy

Rowerzyści „klientami” sądów 24-godzinnych

30 marca 2007

Jak działają sądy 24-godzinne? Irytują policję, cieszą adwokatów, zamiast rozliczać pseudokibiców, zajmują się głównie pijanymi rowerzystami - komentuje "Metro". Statystyki sprawdzili dziennikarze "Gazety Wyborczej" na przykładzie Wrocławia. Było tam 160 spraw przed sądami 24-godzinnymi. Przed Sądem Rejonowym Wrocław Fabryczna nie stanął żaden pseudokibic, a spraw dotyczących drobnych przestępców było ledwie kilka. Najgłośniejsze to pijany mężczyzna, który zbił szybę w barze, i rolnik, który utopił psa. Najwięcej przed sądami staje pijanych rowerzystów. Najbardziej z sądów 24-godzinnych mogą być zadowoleni adwokaci. Zgodnie z prawem we wszystkich sprawach muszą być angażowani z urzędu. Za jeden proces każdy dostaje 360 zł. W dwa tygodnie skarb państwa wydał na nich ponad 57 tys. zł. Na jednego dyżurującego mecenasa wypada ok. 650 zł. - Miałem dwie sprawy. Każda trwała 10 minut, zarobiłem 720 zł plus VAT - opowiada wrocławski adwokat. Jeden z jego klientów, architekt zatrzymany na rowerze, miał w wydychanym powietrzu 0,8 promila alkoholu. Gdyby nie tryb przyspieszony, nigdy nie zatrudniłby adwokata. Prezes Sądu Rejonowego Wrocław Fabryczna Wojciech Łukawski: - Jeżeli będzie ich tak wiele przez cały rok, to na samych adwokatów wydam więcej, niż ministerstwo przeznaczyło na sądy 24-godzinne w swoim budżecie. Niezadowoleni mogą być policjanci. Bo przed "normalny" sąd oskarżonych wzywa się za pomocą wezwań. Tymczasem pijanego rowerzystę wszędzie muszą wozić - najpierw do izby wytrzeźwień, potem do komisariatu, stamtąd do prokuratury i wreszcie do sądu.

Słowa kluczowe rowerzyści sądy 24-godzinne