Czy ulice bez znaków, a skrzyżowania bez świateł mogą w ogóle funkcjonować? Mogą, i zdaniem ekspertów są bezpieczniejsze od oznakowanych. Według naukowców skrzyżowanie, na którym nie ma żadnych znaków, jest bezpieczniejsze. Bo kierowcy nie będąc pewni, że mają pierwszeństwo, zwalniają i przejeżdżają krzyżówkę ostrożniej. Według tej teorii wszechobecne pasy, wysepki i ostrzeżenia usypiają tylko naszą czujność. Do takich wniosków już kilka lat temu doszli Brytyjczycy. A ostatnio do zwolenników ograniczenia w stawianiu znaków dołączyły władze holenderskiego miasteczka Drachten. Tam zainicjowano projekt tzw. nagich ulic i okazał się on sukcesem. Po usunięciu znaków oraz sygnalizacji liczba wypadków i kolizji na największym skrzyżowaniu w mieście spadła z 40 do dwóch rocznie. - Bez ograniczeń lepiej się kontrolujemy i zachowujemy na drodze - nie ma wątpliwości nadkom. Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy podlaskiej policji. - Szczególnie w Białymstoku kierowcy jeżdżą na pamięć. Wystarczy wyłączyć światła na skrzyżowaniu al. Piłsudskiego z ul. Sienkiewicza i od razu widać, jak kierowcy, mówiąc wprost, głupieją. Nie mniej jednak zwalniają i usiłują jechać ostrożnie. Zdaniem podlaskich policjantów likwidacja znaków i sygnalizacji jest ryzykowna, bo na pewno spotkałaby się z ostrymi protestami kierowców. - Początki na pewno byłyby trudne, ale może warto się do tego przymierzyć, skoro na świecie takie rozwiązania eliminują drogowe tragedie - dodaje Dobrzyński. Jako pierwsi znaki i sygnalizacje świetlne zaczęli eliminować drogowcy w Nowej Soli. - Jesteśmy zwolennikami takiego rozwiązania w stu procentach. Od czterech lat wdrażamy je w życie etapami. Chcemy docelowo doprowadzić do tego, aby wszystkie skrzyżowania były bez znaków, wyjątkiem mają być drogi tranzytowe - mówi Andrzej Drozdek ze starostwa powiatowego w Nowej Soli. Kiedy cztery lata temu w Nowej Soli zaczęto likwidować znaki i ograniczenia, kierowcy protestowali. Dziś już tego nie robią, wręcz pozytywnie wypowiadają się na temat tych innowacji. W Toruniu władze miasta zdecydowały się na likwidację sygnalizacji na skrzyżowaniach równorzędnych i drogach osiedlowych. - Sami kierowcy się do nas zgłaszali i prosili o takie rozwiązania - mówi Agnieszka Kobus-Peńsko, rzeczniczka toruńskiego zarządu dróg. - Tam, gdzie zlikwidowaliśmy oznakowania i sygnalizację, naprawdę wyeliminowaliśmy wypadki. Kierowcy jeżdżą wolniej i o to chodziło. W białostockim departamencie dróg i transportu o pomyśle nie słyszano. - Jak to bez znaków i świateł? - dziwił się Krzysztof Turosiński z departamentu dróg. - Nie wyobrażam sobie, jak przy takim natężeniu ruchu miałoby funkcjonować skrzyżowanie w centrum Białegostoku. Chcę uspokoić kierowców. My na pewno nie wprowadzimy takiego rozwiązania. Jest ono z innego świata. Zdaniem dyrektora Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej Dariusza Ciszewskiego to dobre rozwiązanie, ale tylko w takich miastach, gdzie kultura kierowców jest na wysokim poziomie. - Kiedy w 1999 r. byłem w Niemczech, zadziwiała mnie uprzejmość na drodze. Tam rzeczą naturalną jest to, że co drugi kierowca, który jedzie główną drogą, wpuszcza tych z drogi podporządkowanej. U nas takie zjawisko nie istnieje i dlatego "nagie drogi" na pewno się nie sprawdzą - ocenia Ciszewski, szef KPKM.