Kierowca, któremu skradziono prawo jazdy, dopiero po otrzymaniu jego wtórnika może znowu usiąść za kierownicą. Przepisy są w tej kwestii bezwzględne – przypomina “Rzeczpospolita”. Samochód można prowadzić, posiadając ważny, uprawniający do tego dokument. Jeśli go nie mamy, to niezależnie od powodu, siadając za kierownicą, popełniamy wykroczenie. W razie kontroli drogowej trzeba się liczyć z mandatem w wysokości 50 zł. Zgodnie z ustawą - Prawo o ruchu drogowym prawo jazdy zalicza się do tych dokumentów, które są ważne tylko w postaci oryginałów. Nie można ich zastąpić żadnym tymczasowym zaświadczeniem. Ani z policji o zgłoszeniu kradzieży, ani otrzymanym z urzędu komunikacji, które potwierdziłoby zdobyte już uprawnienia do kierowania pojazdem. - Takie zaświadczenia nie są i nigdy nie będą tak dobrze zabezpieczone przed fałszerstwem jak oryginalny dokument - tłumaczy nadkom. Krzysztof Hajdas z biura prasowego KGP. Na wydanie wtórnika urząd komunikacji właściwy dla miejsca zamieszkania wnioskodawcy ma 30 dni. Zdarza się, że nowy dokument można dostać już po tygodniu; tak jest np. w Urzędzie Komunikacji Miejskiej Warszawa-Śródmieście. Nierzadko jednak okres ten bywa o wiele dłuższy, jeśli od czasu otrzymania prawa jazdy zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Wówczas czasochłonne jest zgromadzenie wszystkich niezbędnych dokumentów i przesłanie ich z urzędu do urzędu. Konsekwencje okazują się poważniejsze, jeśli osoba, która utraciła prawo jazdy, jest zawodowym kierowcą. Problemu nie stanowi już 50-złotowy mandat, ale zawieszenie w obowiązkach służbowych. Jeśli kierowca jest zatrudniony na zasadzie umowy o pracę, może w takiej sytuacji wziąć urlop. Jeżeli jednak wszystkie wolne dni wykorzystał, to np. pracując w stołecznych Miejskich Zakładach Autobusowych, może się zwrócić do pracodawcy. - Jesteśmy w stanie wystąpić do urzędu gminy o przyspieszenie procedury wydania nowego prawa jazdy z ważnych powodów. Takie sytuacje miały już miejsce - mówi Adam Stawicki, rzecznik prasowy MZA. Gorzej, jeśli kierowca jest jednoosobową firmą i świadczy usługi na podstawie umowy-zlecenia na rzecz np. korporacji taksówkowej czy firmy logistycznej. Brak dokumentu realnie uniemożliwia mu zarabianie pieniędzy. Kiedy rozpoczęło się masowe wymienianie praw jazdy z książeczkowych na plastikowe, okazało się, że problem luki w przepisach faktycznie istnieje. Z powodu liczby składanych wniosków nowe dokumenty wydawano po kilku tygodniach. Ministerstwo Transportu przygotowało wtedy projekt ustawy, która umożliwiała prowadzenie pojazdów bez prawa jazdy, ale na podstawie dokumentu tymczasowego wydanego przez urząd komunikacji. Projekt utknął między resortami i od tamtej pory nikt nie zajmował się tą sprawą – komentuje dziennik.