O jeden most za daleko. Tak można by określić skrótowo wrażenie, jakie wywołuje wywiad z Krzysztofem Wójcikiem, zamieszczony w tygodniku Prawo Drogowe z 10.2014. Treść wywiadu bezbłędna i na wysokim poziomie merytorycznym. Rzecz w tym, że pan Wójcik poszedł dalej pomijając etap poprzedzający. Mianowicie, tzw. zachód nasamprzód realizował program driving. Kiedy my nauczaliśmy jazdy, oni nauczali kierowania i doskonalili dobór metod nauczania. Można to zobrazować tak. Gdy polski obywatel znalazł się na terenie Szwecji i musiał otrzymać prawo jazdy tego kraju, albowiem Szwecja wówczas nie uznawała wydanych u nas tych dokumentów, odpowiedni urząd skierował go do szkoły kierowców w celu uzyskania opinii o kwalifikacjach. Po wykonanych pod nadzorem nauczyciela tamtejszej szkoły kilku ćwiczeniach, tenże nauczyciel oznajmił, że owszem, kandydat do szwedzkiego prawa jazdy jeździć już umie, natomiast ma spore braki w opanowaniu sztuki kierowania. Oczywiście ćwiczenia odbyły się na mikro poligonie, stanowiącym elementarne wyposażenie szkoły kierowców. Osobiście lansowałem pogląd, że interesująca nas szkoła to szkoła kierowców, a interesujące nas nauczanie to nauczanie kierowania. Niby nic, a znaczy wiele.
Jak to się stało, że tzw zachód jest na etapie nauczania kierowania, a my jeszcze drepczemy za nim i jesteśmy na etapie nauczania jazdy? Otóż rewolucja ustrojowa spowodowała, że na obszar Polski "wjechało" w krótkim okresie czasu parę milionów samochodów. Nie były wprawdzie w rewelacyjnym stanie technicznym, ale w stosunku do "malucha" panującego wówczas na naszych drogach były to Roll-Roys'e. Gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na edukację. Powstało naprędce organizowanych tysiąc szkół kierowców. Z konieczności musiało dojść do uproszczenia systemu naboru kadry nauczającej i metod kształcenia. Uproszczono etap "technika-taktyka-dynamika". Mamy więc spory odłam kierowców słabo przygotowanych do kierowania samochodem na współczesnej drodze.
"Eco-driving" brzmi zachęcająco. Widzę w Warszawie samochód z szyldem "Driving School". To jednak, tak jak nachalne naśladowanie amerykańskich obyczajów, nie uczyni nas Amerykanami. Amerykanie (także europejczycy) nie uczą tzw czystego driving'u. Wyposażają kandydata na kierowcę w odpowiedni zasób wiadomości i umiejętności niezbędnych do realizacji tego hasła podczas praktycznego kierowania. Przypomnę, że to z inicjatywy Amerykanów przyjęto w ubiegłym wieku tzw normę kalifornijską drastycznie ograniczającą zawartość substancji szkodliwych dla środowiska w spalinach samochodów. Natomiast jak w praktyce kierowania realizować eco-driving uczą dziś instrukcje techniczne precyzyjnie opracowane przez wytwórnie pojazdów.
Jaki stąd wniosek? Myślę, że należy podjęć próbę podniesienia poziomu kształcenia kandydatów na kierowców. Eco-driving traktować jako hasło programu kształcenia, które może być realizowane w podobny sposób, jak postawa kierowcy wobec innych uczestników ruchu. W przeszłości lansowano hasło "kultura kierowcy", które miało być hasłem programowym. Byłem temu przeciwny twierdząc, że nie ma wyizolowanego zjawiska kultury na drodze. Jest w człowieku osobista kultura lub jej nie ma. Jeśli nie ma to fakt ten daje znać o sobie także na drodze. J.Z.

Jan Zasel, ekspert z zakresu prawa drogowego, autor książek (505-28 fot. jola michasiewicz)