Od kilku miesięcy temat zdawalności egzaminów na prawo jazdy nie schodzi z nagłówków. Statystyki egzaminatorów, patologiczne przypadki zdawalności na poziomie 3-5%, ogromne różnice między WORD-ami. Dobrze, że o tym mówimy, ale jest druga strona tego medalu, o której milczymy, i która jest problemem co najmniej równie poważnym. Zdawalność kursantów poszczególnych ośrodków szkolenia kierowców.
Prawdziwy obraz tego, co dzieje się w branży, pojawia się dopiero wtedy, gdy schodzimy na poziom poszczególnych ośrodków szkolenia w obrębie jednego powiatu. Zdawalność kursantów jednej szkoły jazdy potrafi wynosić 60%, a szkoły z tej samej miejscowości 15% i nikt nie zadaje pytania, dlaczego tak jest. Nikt nie pyta czy ta druga szkoła w ogóle szkoli ludzi, czy tylko zbiera pieniądze i podpisuje dokumenty. A odpowiedź na to pytanie zna każdy, kto w tej branży.
Fałszywa dokumentacja, fikcyjne egzaminy. Powiedzmy sobie wprost to, co każdy w naszym środowisku doskonale wie. Istnieją ośrodki, które systematycznie fałszują dokumentację szkoleniową. Karty przeprowadzonych zajęć wypełniane hurtowo, z datami wstecznymi, bez faktycznego przeprowadzenia szkolenia. Egzaminy wewnętrzne, które są czystą fikcją, gdzie stuprocentowa zdawalność wewnętrzna i jednocyfrowa na egzaminie państwowym to standard. To dowód na to, że ktoś świadomie wypuszcza nieprzygotowanych ludzi na egzamin. Istnieją ośrodki, w których kursant odbywa 20 godzin jazdy, a w dokumentach figuruje 30. Istnieją ośrodki, w których wykłady teoretyczne to włączony projektor w pustej sali, a lista obecności jest pełna nazwisk.
To nie są jednostkowe przypadki, które można zbyć machnięciem ręki. To jest model biznesowy sporej części branży, oparty na prostej kalkulacji: im szybciej i taniej przepchniemy kursanta przez system, tym więcej zarobimy. Jakość szkolenia w tym modelu jest kosztem, który trzeba minimalizować, a nie wartością, o którą warto dbać.
Od około dekady instruktor prowadzący szkolenie nie musi pisemnie potwierdzać, że kursant osiągnął wymagany poziom wiedzy i umiejętności. Nikt realnie nie ponosi odpowiedzialności za wypuszczenie nieprzygotowanego człowieka na egzamin państwowy. Szkoła jazdy nie ma żadnego interesu w tym, żeby kogokolwiek zatrzymać, a wręcz przeciwnie, im szybciej kursant „przeleci" przez kurs, tym szybciej zwolni miejsce dla następnego. A ta szkoła, która uczciwie powie kursantowi „potrzebujesz jeszcze kilku godzin", traci go na rzecz konkurencji, która powie „jesteś gotowy, idź na egzamin". Wyścig, w którym przegrywają wszyscy oprócz tych, którzy oszukują.
Nadzór, który istnieje wyłącznie na papierze. NIK nie pozostawiła w tej sprawie żadnych złudzeń i to nie jest moja opinia, tylko oficjalne stanowisko instytucji, której zadaniem jest ocena funkcjonowania państwa. W każdym ze skontrolowanych starostw nadzór nad szkoleniem kierowców sprawowany był w sposób nierzetelny i nie przynosił oczekiwanych efektów. Nie w większości starostw. Nie w połowie. W każdym. Nigdzie nie kontrolowano, jak faktycznie wygląda praktyczna nauka jazdy w ruchu drogowym. Ośrodki ze stuprocentową zdawalnością wewnętrzną i katastrofalną zdawalnością państwową mogą spokojnie funkcjonować bez żadnych konsekwencji. Starostwa nie mają ani ludzi, ani kompetencji, ani narzędzi, żeby ten nadzór sprawować w sposób realny, a nie pozorowany. Urzędnik w wydziale komunikacji, który ma na głowie kilkadziesiąt innych spraw, nie jest w stanie ocenić jakości szkolenia praktycznego w trzydziestu ośrodkach na swoim terenie - wszyscy o tym wiedzą, łącznie z tymi ośrodkami, które na tym korzystają.
System jako całość. Cały system szkolenia i egzaminowania się zazębia, jedno napędza drugie, a odpowiedzialność rozmywa się na tyle podmiotów, że w praktyce nie ponosi jej nikt. Tymczasem uczciwy instruktor, który inwestuje czas w rzetelne szkolenie, który prowadzi prawdziwe egzaminy wewnętrzne i nie boi się powiedzieć kursantowi, że nie jest jeszcze gotowy, przegrywa rynkowo z oszustem, który robi wszystko szybciej, taniej i na papierze. Dopóki system nagradza nieuczciwość, a uczciwość czyni konkurencyjnie gorszą, dopóty nic się nie zmieni.
Dzisiejszy nadzór nad ośrodkami szkolenia kierowców nie działa, NIK to udowodniła czarno na białym, a Ministerstwo Infrastruktury nie planuje zmian legislacyjnych w tym zakresie. Samorządy nie dają sobie z tym rady i nie ma co udawać, że kiedykolwiek sobie dadzą, skoro nie dają sobie rady od lat. Transparentność, którą planuje wprowadzić PWPW w ramach projektu finansowanego z KPO, obejmująca dane o zdawalności egzaminatorów, instruktorów i ośrodków szkolenia, to bardzo dobry kierunek, i to właśnie dlatego, że samorządy ewidentnie sobie z tym nadzorem nie radzą. Żaden kandydat na kierowcę nie będzie przeglądał BIPu swojego starostwa powiatowego w poszukiwaniu statystyk zdawalności, bo po pierwsze nie wie, że takie dane istnieją, a po drugie nawet gdyby wiedział, to najczęściej ich tam nie znajdzie. Jeden centralny system, w którym każdy może sprawdzić zdawalność kursantów poszczególnych szkół jazdy w całej Polsce, to absolutne minimum, które powinno funkcjonować od lat.
Czym właściwie mierzymy jakość szkolenia? Ale tu dochodzimy do pytania, które trzeba postawić uczciwie: czy statystyka zdawalności w ogóle jest dobrym narzędziem do oceny jakości szkolenia? Tak jak przy egzaminatorach, jeśli ktoś ma rażąco niską/wysoką zdawalność, to oczywiście jest to sygnał, że coś jest nie tak - takie sytuacje nie powinny ciągnąć się latami bez żadnej reakcji. Jeśli ośrodek szkolenia przez lata utrzymuje zdawalność drastycznie poniżej średniej, to o czymś to świadczy i pytanie, czemu nikt konkretnie z tym nic nie robi.
Natomiast dobrze wiemy, że zdawalność ma swoje ograniczenia. Można wyszkolić kursanta jak w cyrku, nauczyć go perfekcyjnie wykonywać zadania egzaminacyjne, jeździć "wokół komina" 30 godzin i ten kursant egzamin zda, ale nie będzie potrafił jeździć, a prawo jazdy wsadzi do szuflady albo, co gorsza - wyjedzie na drogę i będzie zagrożeniem dla siebie oraz innych. Zdawalność OSK jest więc jakimś wskaźnikiem, ale jest wskaźnikiem miernym. I to, co mnie najbardziej boli, to fakt, że na ten moment jest to jedyny oficjalny wskaźnik szkolenia jaki mamy.
Mam nadzieję, że dojdziemy do tego, że cyfryzacja i transparentność przestaną być tylko hasłami. Że PWPW zrealizuje projekt z KPO. Że pojawi się legitymacja instruktora w aplikacji mObywatel. I że wreszcie będziemy mieli dostęp do danych, które naprawdę coś mówią o jakości szkolenia, a nie tylko o zdawalności egzaminu. Chociażby informację o tym, czy kursanci danego instruktora powodują wypadki lub popełniają wykroczenia w pierwszym roku od uzyskania uprawnień. To byłby realny wskaźnik. Oczywiście, instruktor nie ma wpływu na to, co kursant zrobi po odebraniu prawa jazdy, ale jeśli u danego instruktora na dziesięciu kursantów dziesięciu w pierwszym roku powoduje wypadek, to jest to sygnał, którego nie da się zignorować. Kiedy zestawimy zdawalność z wypadkowością w pierwszym roku od uzyskania uprawnień, dopiero wtedy będziemy mieli szerszy obraz tego, jak naprawdę wygląda jakość szkolenia w Polsce.
Niestety na ten czas jest tragicznie i nie jestem przekonany, że ten system da się naprawić w obecnym kształcie. Można łatać dziury, dokładać kolejne rozporządzenia, pisać kolejne raporty, ale to jest leczenie objawów zamiast choroby. Tu potrzeba budowy od zera, z nowymi narzędziami, nowymi mechanizmami nadzoru i przede wszystkim z realną wolą polityczną, żeby cokolwiek zmienić. Cytując tytuł raportu Najwyższej Izby Kontroli: System szkolenia kandydatów na kierowców - jest gorzej niż źle.
Andrzej Łapa,
instruktor nauki jazdy, autor petycji i wniosków dotyczących poprawy systemu szkolenia i egzaminowania kierowców w Polsce