Z przymrużeniem oka - powtarzając za Wieszczem
- ,,Mówię - bom smutny - i sam pełen winy”
„Koń jaki jest, każdy widzi” - stwierdzono już w XVIII wieku w pierwszej polskiej encyklopedii.
Gdzie indziej pojawiła się stara mądrość plemienia Dakotów nazwana Teorią zdechłego konia.
Teoria zdechłego konia to satyryczna, a zarazem niezwykle trafna metafora, która pokazuje, jak ludzie, społeczności, służby próbują rozwiązywać nierozwiązywalne problemy, unikając tego, co powinno jawić się jako oczywiste: skoro koń zdechł - należy z niego zejść.
Główna myśl jest prosta: jeśli uświadamiasz sobie, że siedzisz na martwym koniu, najbardziej rozsądną decyzją będzie zejść i ruszyć dalej pieszo.
Jednak w rzeczywistości często robimy coś zupełnie przeciwnego - zaprzeczamy faktom i kurczowo trzymamy się iluzji, marnując czas, energię i zasoby na próby tchnienia życia w coś, co już dawno umarło.
Zazwyczaj w takiej sytuacji:
- Kupujemy nowe siodło dla zdechłego konia, licząc, że to coś zmieni.
- Zmieniamy mu dietę, choć od dawna już nie je.
- Wymieniamy jeźdźca, wierząc, że problem tkwi w osobie na grzbiecie.
- Zwalniamy stajennego i zatrudniamy nowego, spodziewając się lepszego efektu.
- Uruchamiamy programy szkoleniowe dla zdechłych koni, oczywiście z większym budżetem.
- Rewidujemy definicję słowa „martwy”, przekonując siebie, że koń jeszcze ma potencjał.
A do tego jeszcze:
1. Wmawiamy sobie, że jest nadzieja i trzeba tylko chwilę poczekać.
2. Okładamy zdechłego konia mocniej, jakby to kwestia motywacji.
3. Mówimy: „Zawsze tak jeździliśmy!”
4. Organizujemy konferencje, sympozja i warsztaty na temat: „Jak wskrzesić konia”.
5. Tłumaczymy sobie i innym, że nasz zdechły koń to i tak najlepsze, co mogliśmy mieć.
6. Siadamy obok i błagamy: „Nie bądź zdechły, proszę…”
7. Kupujemy drogie akcesoria, by stworzyć iluzję ruchu.
8. Zmieniamy kryteria: „zdechły” to teraz dopiero taki, który już się rozkłada.
9. Zbieramy kilka zdechłych koni w stadko, licząc, że ilość przerodzi się w jakość.
10. Wynajmujemy ekspertów od zdechłych koni.
Brzmi absurdalnie? A jednak właśnie tak często postępujemy w życiu, kiedy nie potrafimy odpuścić jałowych spraw, martwych pomysłów, wypalonych relacji czy przestarzałych modeli działania. Nie przyznajemy się do oczywistego, bo to boli. Bo tak jest wygodniej. Bo wstyd się przyznać.
A prawda jest prosta i bezlitosna: koń zdechł - zejdź z niego. Nie trzymaj się tego, co umarło. Nie karm iluzji. Nie dekoruj pustki. Przyznaj się. Pożegnaj. Podziękuj. I idź dalej - żywy i wolny.
Polski system szkolenia i egzaminowania jest co najmniej nieefektywny. Osłodzić surowość takiej oceny może jedynie fakt, iż nie jest jedynym ułomnym systemem w naszej państwowej rzeczywistości. Obok niego nie lepiej funkcjonują chociażby system ochrony zdrowia czy system edukacji. Taki stan wynika m.in. z realnej niechęci do istotnych zmian, które powinny być realizowane adekwatnie do zmieniającej się rzeczywistości. Zmienia się radykalnie rynek usług, za zmianami w legislacji nie nadążają już najtęższe umysły, człowiek, pojazd i droga dawno już nie te same. Jedynie stałe pozostają przyzwyczajenia. Sposoby szkolenia i egzaminowania istotnie się „zestarzały”, a może - uwzględniając wyżej przytoczoną teorię - po prostu zdechły. I gdyby było tak wszędzie można by powtórzyć: „trudno - taki mamy klimat”. Ale tak nie jest. Bo przykłady wielu krajów, chociażby Szwecji czy Wielkiej Brytanii udowadniają, że jednak można inaczej. Skutkiem tego jest permanentnie niezadowalający i drogo nas wszystkich kosztujący stan bezpieczeństwa ruchu drogowego. Na pytanie „dlaczego tak jest?” nie wystarcza już odpowiedź, że za wypadki i kolizje odpowiada przypadek „niedostosowania prędkości do warunków ruchu”. Oswojona część społeczeństwa jest tym już zupełnie niezainteresowana, część przestała już wierzyć, że są możliwe zmiany, inna grupa dobrze chce ale do końca nie wie jak?
I żeby nie zanudzić czytelnika „wysokim stopniem ogólności i abstrakcji” skupię się na czterech tezach.
Pierwsza: potrzebna jest standaryzacja szkolenia i egzaminowania. Praktycznie zaczęliśmy o niej mówić 35 lat temu i nadal jej nie wypracowaliśmy. Nie pomogły wielokrotne reformy przepisów i instrukcji. Każdy „po swojemu szkoli kandydatów na kierowców, kandydatów na instruktorów, kandydatów na egzaminatorów czy kandydatów na instruktorów techniki jazdy. Wyniki egzaminów w ww. obszarach zbyt często ocierają się o kwestie przypadku. Przebieg ich balansuje nierzadko na krawędzi absurdu.
Druga: potrzebna jest nowa koncepcja tworzenia kadr instruktorów i egzaminatorów. Największy problem, z którym dziś przychodzi nam się zmierzyć, to postępująca pauperyzacja profesji instruktorów i egzaminatorów. Swoista defraudacja autorytetów i związany z tym kryzys profesjonalizmu.
Mając ten najtrudniejszy cel na uwadze potrzeba jak najszybciej „odświeżyć” poza programami szkoleń składy wykładowców kursów oraz członków wszelkich komisji egzaminacyjnych. Chociażby poprzez transparentne i zobiektywizowane zasady ich doboru. Nie może dalej rządzić tu zasada ,,chęci szczerej” popartej przynależnością do określonego stada „krewnych i znajomych Królika” (Kubusia Puchatka i Królika przepraszam za rodzące się u czytelników iluzoryczne skojarzenia).
Trzecia: potrzebna jest nowa koncepcja tworzenia pytań egzaminacyjnych w zakresie wszystkich omawianych tu kwalifikacji. Tworzone - jedynie ilościowo - pytania jako nowe wino będą tylko dalej rozrywać stare bukłaki. I tu trzeba twardo powiedzieć: dość wydumanej na meandrycznych przepisach amatorszczyzny i wygodnictwa posługiwania się sformułowaniami „zawsze”, „tylko”, lub logicznym prawem podwójnej negacji. Tu potrzeba prawdziwie nowej koncepcji.
Czwarta: potrzeba zmiany staroświeckiego kryterium oceny: „osoba egzaminowana uzyskuje negatywny wynik części praktycznej egzaminu jeżeli dwukrotnie nieprawidłowo wykonała to samo zadanie egzaminacyjne”. To bardzo niesprawiedliwe kryterium - szczególnie gdy w większości przypadków jest stosowane w formie przypominającej matematyczne działanie mnożenia: wystarczy aby jeden czynnik ( element zadania ) był zerem - aby iloczyn (ocena wykonania zadania) dawał podstawę do negatywnej. Idealnym przykładem jest tu chociażby egzamin weryfikacyjny kandydata na egzaminatora: w zadaniu pierwszym kandydat sprawdza dwanaście elementów. Nie sprawdza jednego z obowiązkowych trzynastu - jeżeli występują. Otrzymuje ocenę negatywną. W kolejnej próbie wykonania tego samego zadania sprawdza nadal 12 z 13 elementów. Sprawdza niesprawdzony w pierwszej próbie i nie sprawdza sprawdzonego. I jaka ocena? „N” I jakże często ta formuła jest przenoszona na inne egzaminy, w tym na egzamin kandydata na kierowcę? I czego tu nie rozumiecie?
Zginęli Grecy, zginęli Trojanie - a stare kryterium na wieki zostanie…. Oby tak nie było….
Potrzeba odważnych zmian. I powtórzmy za Horacym: ,,Połowę pracy ma za sobą, kto dobrze zaczął, miej więc odwagę być mądrym i zacznij”. Odważmy się być mądrzy.
Tomasz Matuszewski, b. instruktor, egzaminator, Egzaminator Nadzorujący w WORD Warszawa, Prezes Ogólnopolskiego Związku Wojewódzkich Ośrodków Ruchu drogowego