Poniżej publikujemy kolejną wypowiedź [kliknij] w ramach dyskusji nad zmienianą ustawą o kierujących pojazdami [kliknij]. Wypowiada się Czytelnik PRAWA DROGOWEGO@NEWS, którego przemyślenia dotyczą odpowiedzi na pytanie: Czy naprawdę potrzebujemy jeszcze większej kontroli szkolenia kierowców? Podsumowuje: - Powiem teraz coś, czym prawdopodobnie narażę się części właścicieli OSK. Sam prowadzę szkołę jazdy, ale uważam, że nie powinno być formalnego obowiązku odbywania szkolenia wyłącznie za pośrednictwem ośrodka szkolenia kierowców.
- Jestem instruktorem nauki jazdy z prawie trzydziestoletnim doświadczeniem. Przez ten czas przechodziłem różne fascynacje systemami szkolenia, metodami nauczania i samą organizacją kursów. Nazbierałem trochę tytułów i uprawnień, ale z perspektywy czasu mój pogląd na funkcjonowanie szkolenia kierowców zaczął się zmieniać.
Oczywiście szanuję zdanie osób, które proponują większą cyfryzację, dokładniejsze rejestrowanie zajęć czy zwiększenie nadzoru nad OSK. Kiedy jednak patrzę na kolejne pomysły, mam wrażenie, że każda następna osoba próbuje dołożyć swój kamyczek do stworzenia systemu permanentnej kontroli. Cyfrowa karta kursanta, zapis każdej godziny, kilometrów, trasy, pojazdu, instruktora i kursanta. Później zapewne kamery, GPS i kolejne obowiązki dokumentacyjne.
Tylko czy naprawdę na tym polega główny problem polskiego systemu szkolenia?
Moim zdaniem nie chodzi przede wszystkim o brak nadzoru. Trzeba raczej poukładać cały system zgodnie z tym, jak funkcjonują ludzie: kursant, instruktor i właściciel szkoły jazdy. Obecnie odpowiedzialność za jakość szkolenia rozmywa się pomiędzy OSK, kierownikiem, instruktorem, urzędem i kolejnymi systemami informatycznymi.
Powiem teraz coś, czym prawdopodobnie narażę się części właścicieli OSK. Sam prowadzę szkołę jazdy, ale uważam, że nie powinno być formalnego obowiązku odbywania szkolenia wyłącznie za pośrednictwem ośrodka szkolenia kierowców.
Czy kursant rzeczywiście potrzebuje szkoły jazdy jako instytucji? Czy może przede wszystkim potrzebuje dobrego instruktora?
Jeszcze żadna szkoła sama w sobie nikogo nie nauczyła prowadzenia samochodu. Robi to konkretny instruktor. To on siedzi obok kursanta, obserwuje jego zachowanie, tłumaczy błędy, buduje właściwe nawyki i ocenia, czy dana osoba jest gotowa do samodzielnej jazdy.
Spójrzmy więc, co obecnie zostaje z tradycyjnego OSK.
Teorii można już nauczyć się samodzielnie. Istnieje wiele profesjonalnych platform szkoleniowych, jak choćby materiały Grupy IMAGE. Kursant może przygotować się do teorii bez udziału w wykładach organizowanych przez OSK, zdać egzamin teoretyczny w WORD i dopiero później rozpocząć szkolenie praktyczne.
Szkolenie z pierwszej pomocy również mogłoby być prowadzone poza OSK, na przykład przez ratowników medycznych albo wyspecjalizowane firmy. Moim zdaniem takie szkolenie mogłoby być bardziej praktyczne i profesjonalne, a przy większej skali prawdopodobnie również tańsze.
Skoro wykłady stacjonarne nie są konieczne, sala wykładowa przestaje być niezbędna. Biuro również nie jest kursantowi potrzebne do nauczenia się jazdy. Umowę można podpisać przez internet, płatności wykonać online, a terminy jazd ustalać w aplikacji lub telefonicznie.
Jeżeli dodatkowo zrezygnowalibyśmy z obowiązku posiadania własnego placu manewrowego, z całego zaplecza OSK zostałyby dwa najważniejsze elementy: samochód szkoleniowy i instruktor.
I właśnie na nich powinien skupić się system.
Nie widzę powodu, dla którego instruktor posiadający odpowiednie uprawnienia, własny samochód szkoleniowy i działalność gospodarczą nie mógłby samodzielnie prowadzić szkolenia praktycznego. Oczywiście musiałby spełnić określone wymagania. Powinien mieć aktualne uprawnienia, prawidłowo przygotowany i oznakowany pojazd oraz możliwość rejestrowania szkolenia w systemie. Kursant powinien też wiedzieć, gdzie może zgłosić skargę na nieprawidłowości.
Nie chodzi mi więc o całkowity brak zasad. Chodzi o usunięcie tych obowiązków, które nie mają realnego wpływu na jakość nauki jazdy.
Ciekawym przykładem jest Wielka Brytania. Z tego, co wiem, nie ma tam obowiązkowej minimalnej liczby jazd z zawodowym instruktorem. Kandydat może uczyć się także z osobą towarzyszącą, która spełnia określone warunki. Mimo tego wiele osób i tak korzysta z pomocy profesjonalnych instruktorów i często wykupuje sporą liczbę godzin.
Nie twierdzę, że powinniśmy bezpośrednio kopiować rozwiązania brytyjskie. Ten przykład pokazuje jednak, że można oddzielić naukę prowadzenia samochodu od obowiązku przechodzenia całego szkolenia przez jedną konkretną instytucję.
Nie proponuję też likwidacji szkół jazdy. OSK nadal powinny istnieć, ale jako możliwość, a nie jedyna dopuszczalna forma szkolenia.
Dla wielu kursantów renomowana szkoła, która organizuje teorię, pierwszą pomoc, jazdy, płatności i wszystkie formalności, nadal będzie najwygodniejszym rozwiązaniem. Wielu instruktorów również nie będzie chciało zakładać własnej działalności, kupować samochodu czy samodzielnie pozyskiwać klientów. Będą woleli pracować w większym ośrodku.
OSK mogłyby więc dalej działać jako firmy skupiające instruktorów, budujące markę, zapewniające samochody i przejmujące całą obsługę kursanta. Nie powinny jednak być obowiązkowym pośrednikiem.
Kursant miałby wybór pomiędzy dużą szkołą jazdy, mniejszym lokalnym OSK albo samodzielnym instruktorem pracującym na własne nazwisko.
Osobną sprawą jest odpowiedzialność za wyniki szkolenia. Obecnie statystyki przypisuje się głównie do OSK, chociaż kursanta szkoli przecież konkretny człowiek. Moim zdaniem wyniki powinny być przypisywane przede wszystkim do instruktora prowadzącego.
Nie oznacza to, że instruktora należałoby automatycznie karać za niską zdawalność. Na wynik wpływają również predyspozycje kursanta, sposób egzaminowania, lokalny WORD i wiele innych czynników. Słaba zdawalność mogłaby jednak być sygnałem, że warto sprawdzić sposób prowadzenia szkolenia przez daną osobę.
Można byłoby na przykład raz w roku wytypować do kontroli instruktorów znajdujących się wśród 5 lub 10 procent osób z najniższą zdawalnością w danym regionie. Dodatkowo można kontrolować niewielką grupę instruktorów wybraną losowo oraz tych, na których regularnie wpływają skargi.
Taka kontrola nie powinna polegać wyłącznie na sprawdzaniu podpisów, godzin i dokumentacji. Powinna dotyczyć rzeczywistego sposobu prowadzenia zajęć, komunikacji z kursantem, realizacji programu i przygotowania do samodzielnego poruszania się po drodze. Być może mogłyby je prowadzić odpowiednio przygotowane osoby delegowane przez WORD albo inny niezależny podmiot. Chodziłoby o sprawdzenie poziomu szkolenia, a nie tylko formalności jak czynią to obecnie urzędnicy.
W takim systemie instruktor wiedziałby, że odpowiada za jakość swojej pracy. Obecnie ta odpowiedzialność często się rozmywa. Teoretycznie OSK powinno kontrolować instruktora, ale w praktyce instruktorów brakuje i właściciele szkół często cieszą się, że ktokolwiek chce jeszcze przychodzić do pracy.
Sam instruktor również nie ponosi większej odpowiedzialności. Ma przeprowadzić trzydzieści godzin, wypełnić dokumenty i zrobić egzamin wewnętrzny. Jeżeli kursant kilka razy nie zda egzaminu państwowego, trudno wskazać osobę, która faktycznie odpowiada za jakość jego przygotowania.
Nie wierzę, że zamontowanie kamer, GPS-ów i kolejnych urządzeń kontrolnych rozwiąże ten problem.
Jeżeli instruktorowi i kursantowi zależy wyłącznie na formalnym ukończeniu kursu, znajdą sposób, żeby dokumentacja się zgadzała. Nawet nagrywany egzamin wewnętrzny można przeprowadzić na wcześniej przygotowanej, najłatwiejszej trasie. Na nagraniu wszystko będzie wyglądało dobrze, a rzeczywisty poziom przygotowania kursanta nadal może być słaby.
Technologia może ułatwiać organizację i ograniczać najbardziej oczywiste nieprawidłowości. Cyfrowa karta kursanta może zastąpić papierowe dokumenty. Nie powinna jednak zmieniać się w system ciągłego śledzenia każdej minuty i każdego kilometra jazdy.
Żaden system informatyczny nie sprawi, że niezaangażowany instruktor nagle zacznie dobrze uczyć. Nie zastąpi wiedzy, cierpliwości, umiejętności obserwowania kursanta i poczucia odpowiedzialności za wypuszczenie człowieka na drogę.
Podobnie patrzę na egzaminy wewnętrzne. Są potrzebne jako element dydaktyczny. Kursant powinien przejechać trasę bez ciągłych podpowiedzi i zobaczyć, z czym nadal sobie nie radzi. Nie jestem jednak przekonany, czy egzamin wewnętrzny musi być kolejną obowiązkową formalnością.
Jeżeli wyniki będą przypisane do konkretnego instruktora, sam instruktor będzie zainteresowany tym, żeby nie wysyłać na egzamin państwowy osoby nieprzygotowanej. Każdy kolejny niezdany egzamin będzie wpływał na jego statystyki i może zwiększyć prawdopodobieństwo kontroli.
Dobry instruktor nadal będzie przeprowadzał egzamin wewnętrzny, ale dlatego, że jest on przydatny w nauczaniu, a nie dlatego, że trzeba wypełnić kolejną rubrykę.
Umożliwienie instruktorom samodzielnej działalności zwiększyłoby też konkurencję. Najlepsi mogliby pracować na własny rachunek i budować renomę pod swoim nazwiskiem. OSK musiałyby konkurować nie tylko ceną i reklamą, ale również jakością zatrudnianych instruktorów i organizacją szkolenia.
Nie obawiam się przy tym drastycznego spadku cen. Już dzisiaj pomiędzy szkołami jazdy występują bardzo duże różnice cenowe, a mimo to funkcjonują zarówno droższe, renomowane ośrodki, jak i tańsze szkoły.
Kursant miałby po prostu większy wybór. Mógłby wybrać kompleksową obsługę renomowanego OSK, jazdy z cenionym samodzielnym instruktorem albo najtańszą ofertę. Jedni wybiorą cenę, inni doświadczenie, opinię i jakość.
Słabi instruktorzy będą istnieli niezależnie od liczby kamer, formularzy i systemów informatycznych. Jeżeli komuś nie chce się angażować w pracę, żadna aplikacja go do tego nie zmusi.
Moim zdaniem cała dyskusja o reformie szkolenia kierowców powinna zacząć się od prostego pytania: kto faktycznie odpowiada za przygotowanie kursanta?
Odpowiedź jest prosta. Konkretny instruktor.
To jego wiedza, zaangażowanie i sposób pracy mają największy wpływ na poziom przyszłego kierowcy. System powinien więc wzmacniać pozycję dobrych instruktorów, umożliwiać im samodzielne prowadzenie szkolenia i jednocześnie rozliczać ich z jakości pracy.
Szkoły jazdy powinny pozostać, ale jako jedna z możliwości, a nie obowiązkowy pośrednik. Cyfrowa karta może być przydatnym narzędziem, ale nie powinna być fundamentem systemu opartego na coraz większej nieufności i ciągłym nadzorze.
Zamiast kontrolować wszystkich i rejestrować każdy kilometr, lepiej sprawdzać tych instruktorów, których wyniki, skargi albo losowy wybór rzeczywiście kwalifikują do kontroli.
Mniej kontroli wszystkich, a więcej realnej odpowiedzialności konkretnego instruktora. Moim zdaniem właśnie w tym kierunku powinna pójść reforma szkolenia kierowców.
Czytelnik PRAWA DROGOWEGO@NEWS, instruktor z 30-letnim doświadczeniem

