Gdy dwa lata temu ministerialne salony witały nowych użytkowników, znów wstąpiła w nas nadzieja, że bezpieczeństwo na drogach dostanie nową szansę i nie zniknie na zawsze, przywalone kurzem w ministerialnych szafach.
Nie pomyliliśmy się - wyciągnięta z czeluści segregatorów, a może z ledwo zipiących twardych dysków, pachnąca naftaliną ustawa o dodatkowych szkoleniach kierowców znów ujrzała światło dzienne. Jakaż to była radość!
Ktoś sobie przypomniał, że nadal prawie 2000 osób ginie co roku na naszych drogach.
Nic, tylko bić brawo - może tym razem się uda. W końcu wszystko lepsze niż nic.
Jako oficjalnie zarejestrowane stowarzyszenie mogliśmy wziąć udział w konsultacjach społecznych. Tak też się stało - zarejestrowaliśmy się i po pewnym czasie otrzymaliśmy zaproszenie. Przygotowaliśmy się merytorycznie, uwzględniając zarówno interes społeczny, jak i koszty, które muszą być akceptowalne, oraz to, kto i gdzie powinien prowadzić takie szkolenia.
Oczywiście, by szkolenia uświadamiające miały sens, muszą je prowadzić powołane i przygotowane do tego jednostki, czyli ODTJ-ty - posiadające odpowiednią infrastrukturę oraz Instruktorzy Techniki Jazdy, którzy mają wiedzę i doświadczenie w tym zakresie. Tak przygotowaną opinię wysłaliśmy do Ministerstwa Infrastruktury, pełni nadziei, że tym razem…
Snuliśmy plany, jak przeprowadzić koordynację i przygotować szkolenia wewnętrzne, jaki powinien być program, by był prosty i skuteczny. Prawie śniliśmy o bezpieczniejszych drogach i uratowanych ludzkich życiach.
Kiedy przyszła odpowiedź, nasze rozczarowanie trudno było opisać. Ministerstwo postanowiło „nagrodzić” jakimś substytutem szkolenia jedynie tych, którzy są recydywistami wykroczeń drogowych?!
Nie edukacja, nie uświadamianie - kara.
Ustawa jest tak absurdalna, że równie dobrze można by uznać, że pirat drogowy, który ma „odrobić pańszczyznę”, przejeżdża obok komendy Policji, zatrąbi, zahamuje i - nie wysiadając z auta - pojedzie dalej. Acha, wcześniej musi jeszcze zrobić przelew, żeby ktoś zza firanki spojrzał, czy „dobrze mu poszło”.
Czy taki epilog historii ustawy o dodatkowym doszkalaniu kierowców jest frustrujący? Oczywiście, że tak - to pytanie retoryczne. Trupy na drogach nie są „sexy”, a politycy najwidoczniej walczą o clickbaity. Wszystko, co wiąże się z sięganiem do kieszeni podatnika, jest dla nich niewygodne.
Miliardowe koszty leczenia ofiar wypadków jeszcze nikomu nie zaszkodziły w sondażach, ale prewencja, za którą suweren musiałby zapłacić, już tak. Saldo między jednym a drugim… kogo to obchodzi. Tragedie rodzinne, wykluczenie, życiowe konsekwencje? Przecież to nie wina panów w garniturach.
Dużo ciekawszym i chwytliwszym tematem jest wprowadzenie możliwości prowadzenia auta od 17. roku życia, bo to brzmi dobrze: „my dajemy”. Moi koledzy zapraszani są do telewizji i radia, by komentować ten pomysł, bo „w innych krajach można”. A ja pytam: czy ci, którzy chcą tych zmian, pytają właściwe osoby?
My możemy powiedzieć: tak, to mógłby być jakiś kierunek - ale… i tu zaczyna się długa lista.
Czy pytano o to psychologów?
Czy 17-letnia osoba jest emocjonalnie wystarczająco dojrzała?
Ja odpowiedź znam - ale czy znają ją ci, którzy wpadli na ten pomysł?
Czym jest jazda samochodem i jak wielki udział mają w niej emocje?
Czy jako społeczeństwo liczymy się z kosztami takiej decyzji?
Prawie co tydzień giną w samochodach młodzi ludzie, a wraków tych aut często nie da się rozpoznać. To nie są błędy w „normalnej” jeździe. Auto wyglądające jak rzucony o ścianę model z Lego nie jechało 10 km/h za szybko.
Kto przygotuje kampanię edukacyjną? Jak długo potrwa zanim ustawa wejdzie w życie?
Kto przygotuje tych młodych, szczególnie narażonych ludzi?
Ktoś może zapytać: „Czy przypadkiem nie jesteś hipokrytą, skoro sam zrobiłeś prawo jazdy w wieku 16 lat?”. Tak - zrobiłem. I właśnie dlatego nie popieram tego pomysłu. Przy ponad trzydziestokrotnie mniejszym ruchu w pierwszych sześciu miesiącach miałem trzy kolizje. Tylko pogięte blachy, ale to była połowa lat 70., wolniejsze auta i zupełnie inne natężenie ruchu.
Szczerze przyznaję: z moim temperamentem, wyobraźnią i podejściem, w dzisiejszej rzeczywistości jest duża szansa, że tych słów bym już nie napisał.
Konkludując: Dodatkowych doszkoleń nie będzie (bo przecież jeździmy doskonale), za to szansa na nieprzygotowanych 17-latków jest duża - i to jest „sexy”.
Pozostaje nam wierzyć… wierzyć głęboko, że nadal będziemy ginąć na drogach w liczbie nie większej niż 2000 rocznie.
Tomasz Pacek, instruktor/trener techniki jazdy, członek Zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Instruktorów Techniki Jazdy z siedzibą w Warszawie