Ekspert wyjaśnia

Tajemniczy mandat z Francji

31 października 2009

Pytanie: Francuska firma zarządzająca autostradami zażądała od małżeństwa z Łodzi ponad 50 euro. Łodzianie, właściciele mercedesa, byli zaszokowani, bo tym autem nigdy nie wyjeżdżali zagranicę - informuje łódzka “Gazeta Wyborcza”. Dziennik relacjonuje dalej: w marcu Janina i Andrzej Kozłowscy (personalia zmienione) dostali pismo z łódzkiego wydziału komunikacji. Urzędnicy przekazali im ponaglenie do zapłaty, które dostali z firmy Autostrady Południowe we francuskim Narbonne. Kozłowscy dowiedzieli się, że mieli zapłacić 42 euro i nie zapłacili, dlatego firma przypomina im o długu i nakłada jeszcze 10 euro kary. Kozłowscy byli w szoku. Ich mały mercedes, którego kupili jesienią 2006 r., nigdy nie przekroczył granicy. Wyliczyli, że musieliby pokonać ponad 4 tysiące kilometrów, a ich samochód - od momentu gdy go kupili - nie miał tyle na liczniku. Auta nikomu też nie pożyczali. Wyjaśnienia sprawy podjęła się Joanna, synowa państwa Kozłowskich, z wykształcenia prawniczka: - We francuskim dokumencie był tylko numer rejestracyjny samochodu i ani słowa wyjaśnienia, o jaką opłatę chodzi. Wyjaśnianie zaczęli od łódzkiego magistratu. "Sytuację traktuję jako pomyłkę. Domniemywam, że ktoś posłużył się numerem rejestracyjnym naszego auta. W piśmie nie ma informacji o marce auta, które miało nasze numery i żadnych danych o wykroczeniu, które miał popełnić jego kierowca" - napisała właścicielka auta. Odpowiedź rzuciła nieco światła na tajemniczy dług z Francji. Łódzcy urzędnicy wyjaśnili, że chodzi prawdopodobnie o nieopłacony przejazd przez autostradę, a oni są tu jedynie pośrednikami i radzą wyjaśnić sprawę w Regionalnej Dyrekcji Eksploatacji w Narbonne. Więcej nie pomogli. - Dokumenty z zagranicy trafiają zwykle do kancelarii prezydenta miasta, ponieważ wystawcom mandatu udaje się po numerze rejestracji ustalić miasto, z którego pochodzi właściciel auta - tłumaczy Mirosław Pilarski, dyrektor wydziału praw jazdy i rejestracji pojazdów. - Urząd przesyła mandaty do nas, bo my mamy bazę adresów właścicieli pojazdów. Przesyłamy więc pismo do adresata, ale jesteśmy tylko "przekaźnikiem" tej korespondencji. Joanna: - Byliśmy skłonni dla świętego spokoju zapłacić te 50 euro. Ale co będzie, jeśli za jakiś czas przyjdzie kolejne wezwanie do zapłaty na ten numer rejestracyjny? Na znacznie wyższą kwotę? Płacąc raz, w pewnym sensie przyznajemy się do odpowiedzialności za inne ewentualne długi. Dlatego postanowiliśmy do końca wyjaśnić tę sprawę. W piśmie z Francji nie ma żadnych dowodów, żadnych zdjęć z kamery przemysłowej, informacji o marce i kolorze samochodu czy okolicznościach zdarzenia. Nie ma nic, nawet numeru rachunku, na jaki należałoby wpłacić pieniądze. Zaczęła się korespondencja międzynarodowa (każdy list to wydatek około 10 zł). "Wyjaśniam, że pojazd ten od dnia zakupu nigdy nie przekroczył granicy polskiej. Nie wyjeżdżaliśmy nim za granicę, ani nikomu go nie użyczaliśmy" - napisała właścicielka mercedesa do Narbonne. Do tej pory nie dostała odpowiedzi. Nic nie dała też prośba o pomoc w wyjaśnieniu sprawy wysłana do polskiej ambasady w Paryżu. Łodzianka czekała kilka tygodni, ale odpowiedź nie przyszła. - Nie znamy francuskiego, aby wyjaśnić tę sprawę przez telefon - mówi pani Joanna. - Zastanawiamy się, co będzie dalej. Czy będziemy musieli sami pojechać do Narbonne? Czy firma z Francji przyśle nam komornika?

Odpowiedź – Dyrektor Mirosław Pilarski:Mandatów z zagranicy przychodzi niewiele, kilkanaście rocznie. Najczęściej jest to przekroczona prędkość lub brak wykupionej winiety. Wydział nie kontroluje, czy mandaty zostają opłacone, nie słyszał też o innych przypadkach wystawionych niesłusznie.

Słowa kluczowe Francja mandaty