Ekspert wyjaśnia

Dlaczego w szkołach jazdy nie uczymy kierowania? (cz. 3)

30 stycznia 2011

eb698657fbc2c164906e3543ca62a2b2cdbb3d65Fot.: PD@N 370-1jm

Pytanie: W poprzednich numerach tygodnika opublikowaliśmy pytanie Jana Zasela (eksperta z dziedziny ruchu drogowego, autora wielu książek): dlaczego w naszych szkołach nie uczymy właśnie kierowania. Chodzi o panowanie nad dynamiką samochodu, gdy jest w ruchu. Oczywiście do tego jest potrzebny, nie koniecznie wielki, poligon. Do tablicy odpowiedzi w pewnym sensie wywołany został Sebastian Wesołowski, instruktor i wykładowca Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy w Toruniu. Podsumowując swoją wypowiedź - o którą redakcja tygodnika poprosiła - powiedział: “długo jak instruktorem nauki jazdy będzie mógł zostać praktycznie każdy, tak długo szkolenie kierowców będzie jednym wielkim bałaganem. Tak długo jak żenująco niskie będą ceny kursów i przez to płace dla instruktorów, tak długo instruktorzy nie będą szanowani i nie będą fachowcami z prawdziwego zdarzenia! " Zapytaliśmy naszych Czytelników co sądzą w tej sprawie, czy rzeczywiście jakość szkoleń kandydatów na kierowców pozostawia wiele do życzenia. Odpowiedział Stefana Rzońca (znany w środowisku szkoleniowiec, wychowawca młodych instruktorów). Dyskusję podjęli:

Odpowiedzi:

Jan Zasel: W Tygodniku PRAWO DROGOWE @ NEWS” z 10-16.01.2011 r. wypowiedział się nauczyciel kierowców pan Stefan Rzońca. Z satysfakcją i uwagą odczytuję każdą wypowiedź w tej ważnej tematyce. Nie muszę bowiem uzasadniać, że w kwestii bezpieczeństwa w ruchu drogowym nie mamy czym się pochwalić. Musimy sobie uświadomić, że przyczyną tego smutnego stanu jest, w jakiejś mierze, także poziom kształcenia kandydatów na kierowców.

W swej interesującej wypowiedzi pan Rzońca zbyt hojnie szafuje cudzysłowem przy słowie fachowiec w stosunku do osób z poza szkół kierowców. Jest chyba w tym trochę przesady. Jeżeli bowiem przyjmiemy, że słowo to przyporządkujemy osobie mającej pełną znajomość procesu kształcenia kierowców, to, jak się zdaje, poza szkołami kierowców są również takie osoby. Rzecz w tym, że służby kierujące procesem kształcenia kierowców, podobnie jak służby zarządzania ruchem, zostały po rewolucji 89 (tak w uproszczeniu nazywam zmiany ustrojowe) rozwiązane. Skutkiem tego jest żywioł w kształceniu kierowców i w ruchu drogowym. Ale, jak powiedział pewien filozof, żyć trzeba. Oczywiście w tym chaosie powstawały szkoły kierowców i - jak trafnie zauważył pan Rzońca - słuchacze szukają tanich szkół. Rozwinęła się więc konkurencja na taniość, a nie na jakość. Ale to nie wina szkół. Albowiem taniość i bylejakość szkolenia może się spokojnie rozwijać ponieważ nie ma surowego, ale rzeczowego i obiektywnego egzaminu. To swoiste sprzężenie zwrotne spowodowało, że poziom kształcenia jest byle jaki, a poziom bezpieczeństwa ruchu tragiczny.

Co do programu kształcenia, jest on nijaki. Przy czym przesadą byłoby twierdzenie, że program decyduje o poziomie kształcenia. Dla nauczyciela wystarczy zgrabnie napisana sylwetka absolwenta szkoły kierowców, oczywiście dla nauczyciela bez cudzysłowu. Natomiast gwarantem rzetelnego nauczania będzie zawsze dobry egzamin.

Termin “wyprowadzanie samochodu z poślizgu”, o którym to zjawisku mimochodem wspomina Pan Rzońca pozostanie sloganem tak długo, jak długo będzie temat realizowany metodą wykładu. Trzeba bowiem uczyć nie wyprowadzania samochodu z poślizgu, a poczucia poślizgu i unikanie poślizgu. To jednak można realizować w grupie tematycznej “dynamika ruchu”, o realizacji której w większości szkół kierowców nie mają dziś pojęcia. Praktykę kształcenia kierowców można by porównać do rzeki: rzeka wybiera taki nurt, po którym łatwiej przepływa. Jest więc to żywioł nie kierowany przez cywilizowanego człowieka.

W dyskusji wokół tematyki kształcenie kierowców jakoś dotąd nie zabrali głosu egzaminatorzy bądź pracownicy WORD’ów. Interesujące byłby ich stanowiska w kwestii poziomu egzaminów kandydatów na kierowców. Zdaję sobie sprawę z niezręcznego ich położenia. Bo przecież WORD ma zarabiać i dostarczać pieniądze do budżetu terenowego. Póki to czyni nikomu nie przyjdzie do głowy by, obok troski o pieniądze, zatroszczyć się także o bezpieczeństwo ruchu drogowego. Z uporem maniaka będę twierdził, że pożądane efekty kształcenia osiągniemy tylko wtedy, gdy szkoły kierowców zaczną realizować część procesu kompletnie zaniechaną, mianowicie dynamikę ruchu. Żeby jednak to realizowały - musi ona być sprawdzana podczas egzaminu.

Co do egzaminu, obowiązujący system pozwala na stwierdzenie, że kandydat zna formalne znaczenie (brzmienie) reguł ruchu drogowego i treść znaczeniową znaków i sygnałów drogowych i że potrafi władać pojazdem samochodowym w normalnych warunkach na drodze. Na pewno nie daje on szansy na upewnienie się, czy tenże kandydat rozumie reguły ruchu i umie je stosować w praktyce kierowania. Nie daje również szansy na sprawdzenie, czy kandydat ma opanowaną dynamikę pojazdu.

Odnosi się wrażenie, że system egzaminu jest skierowany na kontrolę egzaminatora. Przykład – zastosowanie kamery w samochodzie egzaminacyjnym.

Egzaminy w Polsce wolnej rozpoczęły się już w latach 20-tych ubiegłego wieku. Wtedy i wiele lat po II-giej wojnie światowej egzaminator był obdarzany społecznym zaufaniem tak, jak w wielu krajach cywilizowanych. Obecnie egzaminatora system traktuje jako potencjalnego przestępcę. Owszem, były przypadki zejścia niektórych egzaminatorów na tę drogę. Trzeba więc opracować odpowiedni system doboru i przygotowania kandydatów do tej odpowiedzialnej funkcji, a nie traktować wszystkich jako potencjalnych przestępców.

Tak więc jeśli mamy ambicję bycia we wspólnocie narodów jako równorzędny partner powinniśmy nie tylko poprawić system kształcenia kandydatów na kierowców, ale i zmienić system egzaminowania, w tym także system doboru i przygotowania do tej niezwykle ważnej funkcji kandydatów na egzaminatorów. Jan Zasel

Wojciech Szajnert: Witam serdecznie. Moim zdaniem podejście proponowane przez P. Sebastiana Wesołowskiego i P. Jana Zasela nie jest wystarczające do osiągnięcia odpowiedniego poziomu wyszkolenia kierowców w Polsce. Opiera się ono bowiem na założeniu, że główną podstawą bezpiecznej jazdy jest rozumienie dynamiki samochodu, kontrola ewentualnych poślizgów i nauka wykonywania manewrów awaryjnych. W mojej opinii jest to pogląd tylko częściowo słuszny.

Po pierwsze, popatrzmy na przyczyny wypadków w Polsce. Trzy czwarte wypadków jest wynikiem niedostosowania prędkości do warunków, nieprzestrzegania pierwszeństwa, nieprawidłowego wyprzedzania, nieprawidłowego zachowania kierujących wobec pieszych i nieprawidłowych zachowań pieszych wobec kierujących. Czy aby na pewno umiejętność prowadzenia samochodu w poślizgu, awaryjne omijanie przeszkody i awaryjne hamowanie są w stanie zaradzić choćby większości z tych zdarzeń? I ilu z nich w ogóle da się zaradzić, jeśli już do nich doszło?

Po drugie, chciałbym zobaczyć osobę, która choćby po trzech kursach doskonalenia techniki jazdy umie poprowadzić samochód w poślizgu (jeśli już takowy się wydarzy) przy typowych prędkościach pozamiejskich (80-100 km/h), w realnej sytuacji drogowej. Takich umiejętności na takim kursie się nie zdobędzie – wymaga to po prostu dużo większej ilości ćwiczeń, i to wykonywanych przy dużo wyższych prędkościach niż te stosowane podczas szkoleń. Mówię to jako osoba, która pasjonuje się doskonaleniem techniki jazdy i wzięła udział w szeregu takich kursów. Kursy doskonalenia techniki jazdy, mimo ogólnie pożytecznej funkcji, niestety nie uczą umiejętności, które dla bezpiecznej jazdy są najważniejsze, a jeśli uczą – to niewystarczająco, bo nauczyć w wystarczającym stopniu nie są w stanie.

Dużo bardziej realną umiejętnością, i do tego taką, którą można skutecznie wykształcić u kierowców, jest tzw. jazda defensywna, a więc umiejętność niedopuszczania do sytuacji niebezpiecznych dzięki obserwacji drogi, utrzymywaniu marginesu bezpieczeństwa, przewidywaniu i wczesnemu eliminowaniu zagrożeń. I nie chodzi tu bynajmniej o poślizgi, ale o sytuacje, które są prawdziwym źródłem niebezpieczeństwa w prawdziwym środowisku drogowym w Polsce (patrz wyżej).

W naszym kraju prawie nikt tego nie uczy. Poza ogólnikami (“zachowaj szczególną ostrożność”, “miej oczy dookoła głowy” itd.) jest to temat praktycznie nieistniejący w mediach, oficjalnej propagandzie i szkoleniu kierowców zarówno przed, jak i po otrzymaniu prawa jazdy. Wydaje się tak uważać również ustawodawca, dla którego (jak można wnioskować z istniejących aktów prawnych) istnieją tylko szkolenia organizowane na płycie poślizgowej.

W Wlk. Brytanii, która jak wiadomo może poszczycić się nieporównanie bezpieczniejszym środowiskiem drogowym od Polski, jazda defensywna stanowi podstawę doskonalenia techniki jazdy. Tego rodzaju szkolenia odbyło tam już kilkaset tysięcy osób. Natomiast szkolenie w dziedzinie manewrów awaryjnych jest traktowane jedynie jako uzupełnienie, bo rozsądny kierowca nie dopuszcza do sytuacji, w których musiałby takie manewry wykonywać - zbyt wielkie jest ryzyko, że sobie nie poradzi albo że po prostu na taki manewr zabraknie miejsca lub czasu. Może więc warto wziąć przykład z kraju, który jest skuteczniejszy w dziedzinie BRD?

Podsumowując: szkolmy kierowców tak, aby nauczyli się obserwować i przewidywać, i nie dopuszczać do sytuacji awaryjnych. To dużo bardziej realistyczne podejście, niż uczenie wychodzenia z poślizgu, bo i tak prawie nikogo nie uda się nauczyć wykonywania takich manewrów w realnych warunkach drogowych, a nawet jeśli, to i tak taka umiejętność jest dalece niewystarczająca, aby bezpiecznie prowadzić samochód. Pozdrawiam, Wojciech Szajnert, (www.superjazda.blogspot.com )

Marcin Kukawka: Mając na uwadze słowa Pana Stefana chciałbym trochę sprzeciwić się Jego twierdzeniom i oprzeć się używanym argumentom dotyczącym szkolenia, programów nauczania i jakości. Zgadzam się z Panem, że obowiązujące ceny kursów są zdecydowanie za niskie, aby prawidłowo i porządnie wyszkolić kandydata na kierowcę stąd sam prowadząc szkołę nie obniżam ceny, aby pozyskać w ten sposób coraz więcej osób na kursie. Nie mogę jednak zgodzić się z twierdzeniami, że obowiązujące programy szkolenia nie pozwalają uczyć techniki kierowania. Przecież wszystkie zagadnienia umieszczone na karcie przeprowadzonych zajęć można poprowadzić, albo zgodnie z regułami techniki kierowania, albo byle jak i tylko w takim zakresie jaki wymagany jest na egzaminie. Jedni uczą tylko tego do czego służą poszczególne dźwignie i przełączniki, ale są przecież instruktorzy, którzy od samego początku uczą prawidłowej pozycji za kierownicą, prawidłowego operowania kołem kierownicy, umiejętności hamowania z systemem ABS itp. mając do tego stosowną wiedzę i umiejętności. Czy takie nauczanie to coś złego? W aspekcie samych instruktorów nauki jazdy, kursów, które przygotowują ich do pracy itp. myślę że warto by było umieścić inny artykuł i poddać jego treść dyskusji. Jak proponuję tytuł: "Dlaczego instruktorzy nauki jazdy się SZMACĄ?" Ostre słowa? Pewnie tak, ale czy tak trochę nie jest? Skoro korepetycje z matematyki, fizyki, j.angielskiego itp. kosztują średnio 50 zł za godzinę to uważam, że instruktor nauki jazdy powinien zarabiać minimum tyle samo, co za tym idzie kurs prawa jazdy powinien kosztować np. 3000 zł lub więcej. Czy ludzie przestaliby wówczas robić prawo jazdy? Nie sądzę. W zamian jednak instruktorzy mieliby możliwość podnosić swoje umiejętności, wiedzę, brać udział w fakultatywnych szkoleniach. Marcin Kukawka, HigH Szkoła Jazdy

Temat bardzo interesujący, może drażliwy, ale zdecydowanie ważny, nawet na miarę życia ludzkiego. Ustawa o kierujących pojazdami trafiła właśnie do podpisu prezydenckiego, następnie zostanie wydrukowana, a po roku od tej daty zacznie obowiązywać. Wśród wielu zapisów zobowiązanie instruktorów nauki jazdy do szkoleń. Może w ramach tych zobowiązań każdy instruktor nauki jazdy powinien “zaliczyć” kilka godzin szkolenia w zakresie techniki jazdy? Piszcie Państwo do nas: tygodnik@pawodrogowe.pl

Pytanie zadał: Jan Zasel, ekspert prawa drogowego