Nie milkną echa wypadku w Krakowie, gdzie 26 letni bandyta drogowy zabił małżeństwo, ranił i osierocił 8-miesięczne dziecko. Hubert B. jechał „szybki i bezpiecznie”, jak wstępnie oszacowano, w miejscu, gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 30 km/h jechał z prędkością 70 km/h, tj. o 133% większą. Wjechał na chodnik i stało się, z jazdy szybkiej i bezpiecznej zrobiła się jazda szybka i ZABÓJCZA. I ten bandyta drogowy podczas przesłuchania nie przyznał się do spowodowania wypadku drogowego i wyjaśnił, że przyczyną zdarzenia była mokra i nierówna jezdnia. Podobno zawodowo zajmował się promowaniem samochodów. Kilka dni wcześniej chwalił się spełnieniem marzeń, zakupem samochodu o mocy silnika 400 KM. A wcześniej tak wypowiadał się w internecie: „Ktoś cię nagrywa i w sumie jak odwalisz coś takim samochodem, to zaraz będziesz na "Stop Chamie", bo to, co się czasem pojawia na takich wrzutkach właśnie, na jakichś "Piratach drogowych", to jest jakiś skandal, nie? Zwykłe zachowania, a trafia to do internetu. Tak że trochę stresik” (źródło: https://www.o2.pl/informacje/ujawnili-slowa-huberta-b-takie-nagranie-przed-tragedia-w-krakowie-7322195174693056a).
Skandalem to była cytowana wypowiedź Huberta B i jego zachowanie na ulicy w Krakowie.
Zero pokory po wypadku.
Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego taki Hubert B., czy Sebastian M., którzy mieli odwagę przekraczać dozwoloną prędkość, gdy dojdzie do wypadku, na Sali sądowej nie mają odwagi przyznać: Tak Wysoki Sądzie, przekroczyłem prędkość, ponieważ jeżdżę szybko i (nie)bezpiecznie, a ograniczenia prędkości są bzdurnie ustawione i mnie nie dotyczą.
Odwagi panowie, nie brakowało wam jej podczas jazdy z zabójczą prędkością, to niech wam nie brakuje też jej teraz przed wymiarem sprawiedliwości.
Adwokat Jan Wilk, tak napisał o karaniu kierowców łamiących przepisy ruchu drogowego: „Jeden wielki terror, państwo policyjne i wręcz mafijne metody ściągania haraczu od przypadkowych ofiar - kierowców; zwykłe polowanie z nagonką na pechowców. To wstyd i hańba, że Państwo Polskie traktuje swoich obywateli jak podludzi do rąbania”. Dalej podaje, że polskie prawo o ruchu drogowym niemal w całości opiera się o zasadę prewencji - a nie represji, tzn. że kierowcy są karani „na wszelki wypadek”, nawet wtedy, gdy nikt nie został przez ich działania pokrzywdzony. „To powoduje, że każdy - nawet jak nie wyrządzi ŻADNEJ szkody i nie spowoduje ŻADNEGO REALNEGO ZAGROŻENIA jest traktowany jak przestępca i karany tylko za pecha”. (źródło: https://nczas.info/2026/08/31/jeden-wielki-terror-panstwo-policyjne-i-wrecz-mafijne-metody-sciagania-haraczu-jacek-wilk-ostro-o-polowaniu-na-kierowcow-w-polsce/).
I takie słowa wypowiada prawnik, osoba z wyższym wykształceniem, adwokat, który być może broni oskarżonych o spowodowanie wypadków drogowych używając powyższej argumentacji. A może też reprezentuje poszkodowanych i wówczas udowadnia, że właśnie przez przekroczenie dozwolonej prędkości doszło do wypadku.
Prewencja panie prawniku, to również karanie za wykroczenia, zanim dojdzie do skutku, takiego jak np. w Krakowie. Nie rozumie pan tego? Gdyby było więcej kontroli drogowych, więcej ukaranych za łamanie przepisów ruchu drogowego zanim dojdzie do nieszczęścia, to może nie byłoby wypadków spowodowanych przez Łukasza Ż., Sebastiana M. Huberta B. i wielu, wielu innych. Jeżeli pan tego nie rozumie, to zastanawiam się, jak pan ukończył studia prawnicze.
Zacytuję panu moje ulubione powiedzenie Kubusia Puchatka: „Wypadek to dziwna rzecz, nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy”. I po to jest to prewencyjne karanie (jak pan to nazwał), aby wypadek się nie wydarzył.
Kiedyś opiniowałem wypadek, w którym kierowca samochodu osobowego potrącił na oznakowanym przejściu dla pieszych dwie osoby. Obrońca sprawcy wypadku użył takich słów: „piesi to nie święte krowy, żeby wchodziły na przejście dla pieszych, kiedy im się chce”. Ten sam adwokat w sprawie, w której był pełnomocnikiem rodziny osoby, która zginęła na przejściu dla pieszych stwierdził: „przejście dla pieszych, to jedyne miejsce, gdzie pieszy ma prawo czuć się bezpieczny”.
Postawę owego adwokata pozostawiam bez komentarza do oceny przez czytelników.
Uważam i od lat podnoszę, że część wypadków i przekraczania prędkości w Polsce wynika ze złego systemu szkolenia i egzaminowania kandydatów na kierowców. Moim zdaniem podczas szkolenia w wielu ośrodkach (nie we wszystkich) nie wskazuje się na zagrożenia płynące z przekraczania dozwolonej prędkości jazdy.
Kilka lat temu przeprowadziłem badania, zapytałem instruktorów nauki jazdy i egzaminatorów o skutek w aspekcie technicznym przekroczenia prędkości o 10 km/h. Wśród egzaminatorów 50% znało prawidłową odpowiedź, wśród instruktorów zaledwie DWÓCH!!! Ale wszyscy instruktorzy stwierdzili, że temat ten poruszają w czasie szkoleń. Albo oszukali mnie i nie szkolą o tym, albo opowiadają bzdury.
I gdyby Hubert B. podczas kursu na prawo jazdy posiadł wiedzę, jaki wpływ na bezpieczeństwo na drodze ma przekroczenie prędkości „tylko” o 10 km/h, być może krytycznego dni nie pędziłby w Krakowie. Gdyby prawnik Jan Wilk posiadałby tę wiedzę, nie pisałby takich bzdur, jakie wcześniej zacytowałem. No chyba, że to są ci nieśmiertelni, do których wiedza techniczna nie dociera, a wypadki mogą przydarzyć się innym a nie im. Oni jeżdżą szybko i bezpiecznie, aż do tego pierwszego razu, do pierwszego wypadku, który w końcu się wydarzy.
W odniesieniu do wypadku w Krakowie przedstawię moje ulubione wyliczenia. Jadą dwa takie same samochody, a w nich kierowcy o takich samych zdolnościach psychomotorycznych. Jeden jedzie z prędkością 30 km/h, drugi 70 km/h. Mokra nawierzchnia. Oba samochody są w tym samym miejscu i w tym samym czasie kierujący podejmują decyzję o gwałtownym hamowaniu. W miejscu, w którym zatrzyma się samochód jadący z prędkością 30 km/h, ten drugi (jadący z prędkością 70 km/h) na w dalej liczniku ma prędkość 70 km/h (nie zdążył jeszcze nacisnąć na pedał hamulca) i zatrzyma się 38,5 m za miejscem, w którym stanął pojazd jadący z prędkością 30 km/h. Poniżej wykres z analizy przeprowadzonej z wykorzystaniem programu CYBID TITAN.

W ostatnich dniach głośno jest również o wykroczeniu właściciela Kanału Zero, w którym redaktor Łukasz Zboralski prowadzi podkanał Drogowe Zero, piętnując m.in. przekraczanie przez kierowców dozwolonych prędkości. W tymże Kanale Zero jego właściciel tak wypowiadał się: „Pamiętajcie, że chore zapie*dalanie jest oznaką deficytów intelektualnych. Mówiąc prościej - d*bilizmu. Ten problem nie zniknie, dopóki komuś będzie imponowało, że druga osoba potrafi nogą mocno zrobić tak... wcisnąć pedał. Nawet małpa, i to przygłupia małpa, potrafi wcisnąć pedał. Więc naprawdę nie ma się czym chwalić. Każdy dureń potrafi wcisnąć pedał i w efekcie czego samochód pojedzie szybko. Ale... to nic chwalebnego.”(źródło: https://www.donald.pl/artykuly/BybWkMDc/stanowski-ktory-kiedys-mowil-ze-szybka-jazda-autem-to-oznaka-dbilizmu-wlasnie-stracil-prawo-jazdy).
Po czym kilka dni temu sam na obszarze zabudowanym „zapie*dalał” (cytat z jego wypowiedzi) z prędkością 110 km/h (o 120% większą od dozwolonej), został zatrzymany przez policjantów, zapłacił mandat w wys. 3.000 pln i ma zatrzymane prawo jazdy na 3 miesiące. Nie byłoby w tym nic aż tak gorszącego opinię publiczną, gdyby nie jego wcześniejsza zacytowana powyżej wypowiedź i fakt, iż w ciągu 2 lat było to jego drugie ujawnione (które w rzeczywistości nie wiemy) przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h. Wniosek - mentalność Kalego - wy inni, jeśli przekraczacie prędkość jesteście debilami, ja były kandydat na Prezydenta RP mogę jeździć „szybko i bezpiecznie”. Na szczęście do czasu - teraz redaktor przesiądzie się na rower.
Panie prawniku Janie Wilk - i na tym właśnie polega profilaktyka: były kandydat na Prezydenta RP przynajmniej przez 3 miesiące samochodem nie stworzy zagrożenia na drodze i nie zrobi nikomu krzywdy, o ile zastosuje się do zakazu jazdy przez 3 miesiące.
Wracając do Huberta B. - na razie przez 3 miesiące, a później przez kilka lat będzie przeżywał znacznie większy „stresik” niż w przypadku pokazania jego wyczynów na STOP CHAM. Tylko że kara, jaką otrzyma za zabicie dwóch osób nie przywróci im życia, a dziecku nie przywróci rodziców. Czy Hubert B. zdaje sobie sprawę, jaką krzywdę wyrządził temu maluszkowi? Nie sądzę. Dla mnie ten dzieciak to też jest ofiara wypadku drogowego.
Wojciech Pasieczny, ekspert brd., b. policjant ruchu drogowego w stolicy, biegły sądowy zajmujący się rekonstrukcją wypadków drogowych, wiceprezes Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym