News tygodnia

Jakub Grabowski. Kto ma rację, kiedy kursant zostaje w samochodzie sam?

6 listopada 2026

Jakub Grabowski. Kto ma rację, kiedy kursant zostaje w samochodzie sam?
Jakub Grabowski, b. wieloletni instruktor nauki jazdy i egzaminator, z ramienia Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego nadzorujący działania word-ów (fot. ze zbiorów Autora)

Kto ma rację, kiedy kursant zostaje w samochodzie sam?

Wyobraźmy sobie zwyczajną godzinę jazdy. Kursant ma zmienić pas ruchu. Kontroluje sytuację w lusterku, po chwili spogląda tam jeszcze raz i pyta instruktora: „A na egzaminie mam patrzeć tak, żebym widział, czy tak, żeby egzaminator widział, że patrzę?”.

Można się uśmiechnąć. Tylko z czego właściwie się śmiejemy? Chłopak zadał całkiem rozsądne pytanie. Ktoś mu powiedział, że znajoma oblała, bo „za mało ruszała głową”. Ktoś inny poradził, żeby na egzaminie wszystko robić trochę wyraźniej. Więc próbuje ustalić, ile tego ruchu wystarczy. Miał się dowiedzieć, czy sąsiednim pasem może nadjeżdżać motocykl. Tymczasem bardziej zajmuje go to, co ze swojego miejsca zobaczy człowiek z arkuszem przebiegu egzaminu praktycznego.

Obaj, instruktor i egzaminator, chcieliby przecież, żeby ten chłopak dostrzegł motocyklistę. Jak doszliśmy do takiego stanu, że akurat tego kursant jest najmniej pewien?

Widok z prawego fotela

Instruktor i egzaminator siedzą w samochodzie po tej samej stronie. Rzadko jednak widzą tego samego człowieka w tych samych okolicznościach. Instruktor pamięta, ile pracy kosztowało kursantkę samodzielne włączenie się do ruchu. Wie, że na ostatnich jazdach znakomicie sobie radziła. Egzaminator widzi, jak dziś wyjeżdża przed nadjeżdżający samochód. Ona może być dobrze przygotowana i tego dnia popełnić poważny błąd. Interwencja może być słuszna, nawet jeśli instruktor ma pełne prawo powiedzieć: „Wiem, że ona potrafi”. Pod jednym warunkiem. Że na tym zdaniu nie skończy się rozmowa o tym, co zaszło.

W drugą stronę działa to podobnie. Z jednego nieudanego manewru trudno odtworzyć trzydzieści godzin szkolenia. Wystarczy jednak, że egzaminator zapyta zdającego: „Kto pana tego uczył?”, a ten wróci do szkoły z przekonaniem, że właśnie oceniono tam również jego instruktora. Jeśli w odpowiedzi od instruktora usłyszy: „A, u tego pana to wiadomo”, będzie miał już dwie opinie o fachowcach i wciąż żadnej odpowiedzi na pytanie, co powinien zrobić inaczej.

Są też sprawy, w których odwoływanie się do różnicy perspektyw niewiele pomoże. Kursant płaci za pełny czas zajęć. Ma prawo go otrzymać. Jeżeli egzamin wewnętrzny sprowadza się do wpisu w dokumentacji, trudno potem mieć pretensje do WORD, że dopiero tam ktoś po raz pierwszy poprosił kandydata o samodzielną jazdę i pozwolił mu się przekonać, z czym sobie jeszcze nie radzi. Właściciel OSK dobrze wie, ile czasem kosztuje uczciwa rozmowa z klientem, który ma już upatrzony termin egzaminu. Warto, żeby instruktor prowadzący taką rozmowę miał w nim oparcie.

Zdający ma równie mocne prawo oczekiwać, że egzaminator wskaże mu konkretny błąd i wyjaśni ocenę bez upokarzania. Wynik negatywny może być w pełni uzasadniony, a sposób, w jaki potraktowano człowieka, może zasługiwać na krytykę. Uznanie jednej z tych rzeczy nie wymaga przemilczenia drugiej.

Legitymacja do zwrotu

Kto bywa na branżowych forach i grupach Facebookowych, rozpozna ten rodzaj rozmowy. Instruktor opisuje skrzyżowanie, na którym kursanci mają kłopot, i pyta kolegów, jak oni tłumaczą wybór pasa. Pada odpowiedź: „A ty w ogóle masz uprawnienia?”. Za chwilę ktoś dodaje: „Myślałem, że to grupa dla instruktorów”. Zanim ktokolwiek zdąży zapytać o oznakowanie wlotu, zapada już decyzja o zwrocie legitymacji.

Jest w tym coś z piaskownicy, zwłaszcza gdy po kilkunastu komentarzach nikt już nie pamięta, o które skrzyżowanie chodziło. Tyle, że cenę tej zabawy łatwo przeoczyć. Czyta ją również początkująca instruktorka. Ma podobną wątpliwość. Właśnie dowiedziała się, że rozsądniej będzie o nią nie pytać. Nazajutrz wsiądzie do samochodu z kursantem i będzie musiała jakoś mu to skrzyżowanie wytłumaczyć.

Na pierwszych zajęciach zapewniamy ludzi, że mogą nas pytać o wszystko. Ilu z nas z takim samym spokojem zadałoby proste pytanie we własnej grupie zawodowej? A przecież czasem najbardziej przydaje się kolega, który po dwudziestu latach pracy potrafi napisać: „Ja uczę tego inaczej. Pokaż, proszę, jakie znaki widzi kierowca od swojej strony”. Jest szansa, że obaj czegoś się wtedy dowiedzą.

Co zostało z pytania o egzamin?

Różnice w zdawalności potrafią być na tyle duże, że zdający, instruktorzy i dziennikarze mają pełne prawo pytać o przyczynę. Odpowiedź „każdy egzamin jest inny” może być początkiem wyjaśnienia. Trudno uznać ją za wyczerpującą, jeżeli rozbieżność utrzymuje się przez dłuższy czas. Z kolei sam procent nie powie, co konkretny kandydat zrobił na skrzyżowaniu i jak zachował się egzaminator. Żeby to ocenić, trzeba zajrzeć do sprawy.

W publicznych polemikach można prześledzić moment, w którym to zasadne pytanie schodzi na dalszy plan. Przy nazwisku egzaminatora pojawia się przezwisko. W odpowiedzi czytamy rozważania o intencjach albo uczciwości autora publikacji. Głos zabierają następni, każdy w obronie swoich. Przybywa osób gotowych powiedzieć, co sądzą o bohaterach sporu. Znacznie trudniej znaleźć odpowiedź na pytanie zdającego: „Czy moją jazdę oceniono uczciwie?”.

Środowisko ma prawo bronić kolegi przed krzywdzącą etykietą. Jest mu jednak winne także uczciwość wtedy, gdy materiał potwierdzi błąd. Dziennikarz, który ujawnia nieprawidłowość, wykonuje potrzebną pracę. Tym większe znaczenie ma precyzja jego słów. Do przezwiska przyklejonego człowiekowi w nagłówku rzadko kto później dopisuje sprostowanie.

Prawo do drugiego spojrzenia

Egzaminator podejmuje decyzję w kilka sekund, czasem z nogą nad hamulcem. Osoba analizująca skargę może zatrzymać nagranie i obejrzeć ten sam moment kilka razy. Jest w tym nierówność, o której nadzór powinien pamiętać. To, co staje się oczywiste za trzecim odtworzeniem, mogło wyglądać inaczej z prawego fotela. Uczciwa ocena wymaga odtworzenia również tego, co egzaminator mógł wiedzieć chwilę przed interwencją.

Można zrozumieć egzaminatora, który kwestionuje ustalenie kontroli i mówi: „Proszę cofnąć nagranie o kilka sekund. Wtedy zobaczycie, dlaczego zahamowałem”. Właśnie takich wyjaśnień potrzeba. Znacznie trudniej przyjąć argument: „To ja tam byłem, więc nikt nie ma prawa tego oceniać”. Marszałek województwa sprawuje ustawowy nadzór nad przeprowadzaniem egzaminów. Dla zdającego możliwość złożenia skargi ma sens tylko wtedy, gdy ktoś rzeczywiście sprawdzi jego zastrzeżenia. Dla egzaminatora ta sama procedura może oznaczać, że wobec publicznie postawionego zarzutu nie zostanie sam ze swoim słowem.

Przy kontroli konieczna jest taka sama dokładność, której oczekuje się od egzaminatora. Który moment przesądził o ocenie? Co wynika z nagrania, czego na nim nie widać i jakie znaczenie mają złożone wyjaśnienia? Podpis urzędnika nie zastąpi odpowiedzi na te pytania, tak samo jak nie zastąpi jej wieloletni staż egzaminatora za kierownicą.

Wieczorem na parkingu

Trwa dyskusja o reformie szkolenia i egzaminowania. Projekt UD402 zakłada położenie większego nacisku na decyzje podejmowane w rzeczywistym ruchu. Już sam spór o przyszłość placu manewrowego pokazuje, że można rozsądnie bronić odmiennych stanowisk. Jeden z nas pyta, jak bez wydzielonego zadania rzetelnie sprawdzić panowanie nad pojazdem. Drugi chce wiedzieć, ile o gotowości do jazdy mówi bezbłędne powtórzenie dobrze wyćwiczonej próby. Chętnie posłuchałbym obu, zwłaszcza gdyby najpierw przyjrzeli się tej samej sytuacji.

Jest wieczór. Początkująca kierująca cofa z miejsca parkingowego. Obok stoi „dostawczak”, zza którego niewiele widać. W szybie sklepu mignęło odbicie wózka zakupowego. Chwilę później zza samochodu wysuwa się jego przednie kółko. Koleżanka na fotelu pasażera mówi: „Jedź, przecież cię puszcza”, bo kierowca czekający w alejce rzeczywiście machnął ręką. Tyle że zgodził się poczekać za siebie. O człowieku pchającym wózek wie zapewne tyle samo co nasza kierująca.

W takich chwilach przydaje się to, co w szkoleniu kierowców określamy jako hazard perception – umiejętność dostrzegania rozwijającego się zagrożenia na tyle wcześnie, żeby mieć jeszcze czas na spokojną reakcję. Jest tu również miejsce na matrycę GDE (Goals for Driver Education). Jej sens łatwo uchwycić, kiedy po takim ćwiczeniu zapytamy kursantkę: „Co się zmieniło, kiedy kierowca pokazał ci, że czeka?”. Może odpowie: „Zrobiło mi się głupio, że przeze mnie stoi”. Właśnie dowiedziała się o sobie czegoś, czego nie wyczyta z instrukcji cofania. Potrafi panować nad pojazdem, a mimo to cudza uprzejmość wystarczyła, żeby chciała ruszyć wcześniej, niż sama uważała za rozsądne.

Chciałbym, żebyśmy na warsztatach zrobili dla takiej rozmowy trochę miejsca. Wystarczy jeden anonimowy przypadek, po jednym instruktorze i egzaminatorze oraz ktoś, kto analizuje te problemy. Niech każdy wskaże chwilę, w której sam zdecydowałby się zareagować, i powie dlaczego. Może się okazać, że jeden wcześniej dostrzegł kółko wózka, a drugi lepiej zauważył presję wywieraną na kierującą. Z takiego spotkania instruktor ma szansę zabrać na jutrzejszą jazdę dobre pytanie. Egzaminator – trafniejsze słowa do omówienia decyzji zdającego. To wystarczający powód, żeby usiąść razem, nawet jeśli po spotkaniu nadal będą się różnić w sprawie placu.

A chłopak, który pytał, jak wyraźnie ma spojrzeć w lusterko? Któregoś dnia po raz pierwszy pojedzie sam. Włączy kierunkowskaz i zechce zmienić pas. Fotel obok będzie pusty. Nikt już nie będzie sprawdzał, czy ruch głową był dostatecznie wyraźny. Ważne będzie, czy w porę dostrzegł motocyklistę. O tym akurat moglibyśmy porozmawiać przy jednym stole.

Jakub Grabowski, b. wieloletni instruktor nauki jazdy i egzaminator, z ramienia Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego nadzorujący działania word-ów