Rozmowy

Elżbieta Wiśniewska. Wzrośnie niebezpieczeństwo pieszych i rowerzystów!

22 lutego 2021

Elżbieta Wiśniewska. Wzrośnie niebezpieczeństwo pieszych i rowerzystów!
Elżbieta Wiśniewska, dr nauk ekonomicznych, biegła sądowa, z zamiłowania rowerzystka (fot. ze zbiorów Autorki oraz fot. Jolanta Michasiewicz)

Redakcja poprosiła o głosy w dyskusji nad rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy – Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 911 – kliknij). Przypomnijmy procedowanie rozpocznie się już na najbliższym – środowym posiedzeniu Sejmu RP. Dziś dr Elżbieta Wiśniewska – rowerzystka. Czekamy na dalsze wypowiedzi (tygodnik@prawodrogowe.pl )

         28 stycznia 2021 r. Rada Ministrów opublikowała własne dzieło pod tytułem Zmiana ustawy - Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw. Przypatrzmy się na początek uzasadnieniu tej propozycji.

         W ostatnich latach pojawiło się na rynku bardzo wiele rożnych pojazdów o napędzie elektrycznym. Są to pojazdy:

* dające ich użytkownikom poczucie bycia eko, utylizacja akumulatorów odbywa się poza postrzeganiem użytkowników,

* niewymagające wysiłku przy przemieszczaniu się, gwarantujące, że żaden brzuszek nie schudnie,

* cieszące władze miasta, bo zmniejszające liczbę samochodów w centrum skutecznie utrudniające poruszanie się pieszym i rowerzystom o co przecież chodzi,

jednym słowem same korzyści.

         Przepisy nie zezwalały na użytkowanie tych pojazdów na drogach publicznych, gdyż nie posiadały one homologacji. Powstały też firmy udostępniające te pojazdy użytkownikom, co powinno cieszyć, gdyż gospodarka się rozwija, powstają miejsca pracy. Niestety, gdy przyjrzeć się bliżej obraz traci na swojej różowości. Właściciel kawiarni, baru czy restauracji, gdy chce otworzyć ogródek na miejskim chodniku płaci miastu wysokie opłaty za jego zajęcie. Firma, która na miejskim terenie urządza wiele punktów prowadzenia działalności polegającej na wynajmie pojazdów, nie płaci nic. Taki model biznesowy nazywa się prywatyzacją zysków przy uspołecznianiu kosztów.

         Ewidentnie zaistniał problem wymagający rozwiązania. Czy projekt ustawy miał służyć jego rozwiązaniu? Oczywiście nie. Zajrzyjmy do uzasadnienia.

         Zaczyna się ono od stwierdzenia, że dotąd status tych pojazdów nie był uregulowany. Nie do końca można się z tym zgodzić, gdyż przepisy jasno mówiły, że pojazdy, poza rowerami, wymagają homologacji. Nie ma homologacji nie ma prawa poruszania się po drogach publicznych. Autorzy zdawali sobie sprawę z bezprawności, ale dyskretnie to przemilczeli. Uzasadnienie brzmiało: ”Przedmiotowa zmiana jest niezbędna z uwagi na liczbę takich pojazdów uczestniczących w ruchu drogowym.” Obrazując to przykładem, skoro wielu ludzi kradnie, trzeba zmienić kodeks karny ustalając w jaki sposób można kraść by było to legalne.

         Dzieło wprowadza dwa rodzaje pojazdów – hulajnogę elektryczną i urządzenia transportu osobistego oraz urządzenia wspomagające ruch. Zostawmy na razie na boku pojazdy zajmijmy się urządzeniami wspomagającymi ruch i ich użytkownikami. Nasze kulawe Prawo o ruchu drogowym zachowywało dotąd pewien standard:

* mamy dwie grupy uczestników ruchu pieszych i kierujących pojazdami,

* dla tych pierwszych są chodniki, dla drugich jezdnie,

*korzystanie z części drogi przeznaczonej dla innej grupy jest możliwe w ściśle opisanych warunkach.

         Najwyraźniej komuś to przeszkadzało. Mamy więc grupę uczestników ruchu, którzy nie są pieszymi ani kierującymi. Takich nazywaliśmy pieszczotliwie koniokrowami, bo to ani koń, ani krowa, ale nadal zwierzę gospodarcze.

         Autorzy dzieła zadbali by nie było już jasnego podziału na chodniki dla pieszych i jezdnie dla kierujących.

         Wprowadzają też do ruchu urządzenia, które nie są pojazdami. Niewątpliwe dzięki temu zabiegowi akt prawny stanie się bardziej jasny i zrozumiały dla adresatów jak nakazuje § 6. Rozporządzenia Zasady techniki prawodawczej – „Przepisy ustawy redaguje się tak, aby dokładnie i w sposób zrozumiały dla adresatów zawartych w nich norm wyrażały intencje prawodawcy.”

         Nieprawdaż? Z góry zaznaczam, że to ironia.

         Ciągnąc wątek urządzenia wspomagającego ruch to jest nim deskorolka. Zwykła, znana od lat deskorolka. Trzeba przyznać, że autorzy dzieła podeszli do jej używania kreatywnie. Gdy osoba na niej jedzie jest opisaną wyżej koniokrową, ale jak ją pcha to już jest całkiem prawilnym pieszym. Zastanówmy się czym się rożni jazda na deskorolce od pchania jej.

         W obu przypadkach jedna stopa jest na deskorolce, druga ją popycha. I teraz bingo. Jak stopę popychającą postawimy na deskorolce to jesteśmy użytkownikiem urządzenia, jak nie to pieszym.

         Prosta czynność jak dostawienie drugiej stopy na deskorolce a jaka zmiana. Przekraczając jezdnię bez dostawienia stopy osoba ma obowiązek korzystania z przejścia dla pieszych, gdy ją dostawi jest obowiązana korzystać odpowiednio z przejazdu dla rowerzystów albo przejścia dla pieszych.

         Jest to niewątpliwie arcydzieło sztuki legislacyjnej. Trzeba bowiem pamiętać, że jeżeli droga jest dwujezdniowa z wyspą lub azylem to mamy dwa przejścia dla pieszych, ale tylko jeden przejazd ze wszelkimi tego konsekwencjami dla pierwszeństwa. I nie da się tego zmienić nawet sygnalizacją świetlną.

         Drugi ważny wątek wiążący się min z pchaniem deskorolki dotyczy prędkości pieszego. W uzasadnieniu znajdują się rozważania na temat ustalenia jaka powinna być prędkość pieszego. W cytowanych opracowaniach prędkość pieszego szacowana jest na podstawie prędkości chodu. Ale tylko w uzasadnieniu. W projekcie prędkość pieszego jest definiowana jako prędkość pieszego. A że pchający deskorolkę jest pieszym to prędkość pieszego wzrasta do 15 km/h.

         I komu ta prędkość chodu przeszkadzała?

         Ograniczenia poruszania się do prędkości zbliżonej do prędkości pieszego odgrywają w całym projekcie ważną rolę, w wielu momentach wręcz kluczową. Z drugiej strony racjonalność prawodawcy uważana jest za paradygmat. Mimo, że niektórzy go kwestionują należy postawić wprost pytanie.

         Czym kierowali się autorzy projektu podwyższając tak drastycznie prędkość pieszego w stosunku do prędkości chodu, o której mowa w uzasadnieniu?

         Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest zalegalizowanie status quo – poruszania się hulajnogami elektrycznymi z dużą prędkością po chodnikach. Oczywiście w celu poprawy bezpieczeństwa.

Poprawa bezpieczeństwa bardzo dobrze wygląda na sztandarach. A konkretnie tak: „Potrzeba wprowadzenia zmian przewidzianych w projekcie ustawy wynika m.in. z oczekiwań społecznych oraz potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa niechronionych uczestników ruchu drogowego.”

         Za to w praktyce…

         Niechronionymi uczestnikami ruchu są przede wszystkim piesi i rowerzyści. Pierwsza z tych grup oczekiwała usunięcia hulajnóg elektrycznych z chodników. Tym społecznym oczekiwaniom dawała wyraz w mediach społecznościowych. Należy w tym miejscu nadmienić, że hulajnogi elektryczne to pojazdy. I to jest druga przesłanka by usunąć je z chodników.

          A co mamy? Jadący hulajnogami elektrycznymi i urządzeniami transportu osobistego zostali teoretycznie odesłani na jezdnie. Tylko teoretycznie, bo mają obowiązek korzystać z infrastruktury rowerowej, a gdy jej brak z innych jezdni, ale tylko wówczas, gdy dozwolona jest na nich prędkość do 30 km/h.

          Brzmi dobrze, ale dróg z infrastrukturą rowerową lub ograniczeniem prędkości jest bardzo mało.

          Oczekiwania społeczne były i są zupełnie inne. Piesi chcieliby chodzić po chodnikach bezpiecznie bez obaw, że zostaną rozjechani przez pędzący pojazd.

          W projekcie zastosowano dwa sprytne myki.

          O pierwszym – odesłaniu na jezdnie była mowa wyżej. Brzmi dobrze, ale jedynie na papierze, bo w rzeczywistości zapis legalizuje jeżdżenie pojazdami po chodniku.

          Chodnik nie jest już dla pieszych on jest dla pojazdów.

          Ktoś mógłby napisać, że te pojazdy będą jechać po chodniku z prędkością pieszego, więc bezpiecznie. Ale tu pojawia się drugi myk.

          W uzasadnieniu, gdy mowa o prędkości pieszego określa się ją jako prędkość chodu. Myk polega na tym, że w projekcie co najmniej dwukrotnie ją podniesiono sprytnie definiując pieszego.

          Przypadek? Nie sądzę.

          Po prostu cały ten zgiełk był potrzebny by zalegalizować niebezpieczny i ciągle jeszcze nielegalny proceder jeżdżenia pojazdami po chodniku. I to jeżdżenia szybko.

          W uzasadnieniu jest przecież wyraźnie napisane, że „Projekt może pozytywnie wpływać na działalność mikro-, małych i średnich przedsiębiorców, gdyż przepisy w zakresie przewidzianym w projekcie ustawy mogą stanowić zachętę dla podmiotów świadczących usługi wypożyczania lub sprzedaży hulajnóg elektrycznych i urządzeń transportu osobistego, zarówno tych obecnie prowadzących taką działalność - dla jej rozszerzenia, jak i nowych podmiotów - dla rozpoczęcia działalności w obszarze takich usług.”

          Trudno oczekiwać, że istotne i zgodne z oczekiwaniami pieszych ograniczenie poruszania się tych pojazdów po chodnikach realizowało by taki szczytnie określony cel.

          Za to podniosłoby bezpieczeństwo pieszych.

          O tym jakie priorytety w relacji bezpieczeństwo vs. biznes przyświecały autorom jeszcze lepiej świadczy fakt, że nie wprowadzili obligatoryjnej opłaty za zajęcie pasa drogi naliczanej od każdego wypożyczanego pojazdu.

          O tym, że władza nie kocha rowerzystów od dawna donoszą wiewiórki.

          Projekt tylko to potwierdza.

          Hulajnogi elektryczne i inne podobne pojazdy mają być skierowane na ścieżki rowerowe. Ścieżki mają określoną przepustowość. Zgodnie z przepisami szerokość ścieżki rowerowej powinna być dostosowana do natężenia ruchu rowerów. I to nie ma się zmienić za to na ścieżkach ma pojawić się bardzo wiele nowych pojazdów oraz uczest