Przegląd prasy

Brakuje chętnych na STOP-ków

11 września 2007

Tylko kilka osób w Warszawie czuwa nad bezpieczeństwem dzieci na pasach. – Pilnujących najmłodszych jest zdecydowanie za mało – uważają władze dzielnic. Czy będzie ich jeszcze mniej? – pyta “Życie Warszawy”. O STOP-ków, czyli osoby przeprowadzające dzieci przez pasy, zabiega już kilka warszawskich podstawówek. Znalezienie odpowiednich kandydatów nie jest łatwe, bo warunki ich pracy są bardzo ciężkie. – Zarabiam 800 zł na rękę, pracując osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu. Od tak długiego stania bolą nogi, a gdy jest brzydka pogoda, to się marznie – wylicza Iwona Matysiak, która jako STOP-ka pracuje w Szkole Podstawowej nr 118. Rodzice dzieci uczęszczających do podstawówek, gdzie pracują przeprowadzacze, są bardzo zadowoleni z ich pracy. Dlatego dyrektorzy szkół położonych przy ruchliwych ulicach starają się o zatrudnienie STOP-ków. Na Białołęce potrzebna jest jedna taka osoba, na Ochocie brakuje co najmniej dwóch. Podobnie jest w innych dzielnicach. W sumie w Warszawie brakuje ponad trzydziestu przeprowadzaczy – podsumowuje dziennik. Problemy ze STOP-kami zaczęły się, odkąd o ich zatrudnianie muszą starać się same szkoły. Od 1997 roku, kiedy przeprowadzacze pojawili się na ulicach, robiły to urzędy pracy. Z braku zainteresowanych ofertami system ten został niedawno zmieniony. – Dzięki przeprowadzaczom wiem, że syn nie zrobi sobie krzywdy, kiedy będzie szedł do szkoły. To bardzo mnie uspokaja – mówi Andrzej z podwarszawskiego Józefowa. – Zresztą nasza pani STOP jest dla dzieciaków niemal jak ciocia. Pogania je, kiedy przechodzą za wolno, upomina, gdy mają niezawiązane buty lub rozpięty plecak. Uczniowie bardzo ją lubią – dodaje. Podobny stosunek dzieci mają do pani Iwony. – Lubię dzieci i uważam, że to bardzo ważne, aby ktoś pomagał im bezpiecznie wrócić do domu – mówi przeprowadzaczka. – Ulicą, przy której pracuję, jeździ mnóstwo ciężarówek. Jak widzę, że jakiś samochód jedzie bardzo szybko, wiem, że się nie zatrzyma. Niestety, dzieci nie zdają sobie z tego sprawy, dlatego przeprowadzacze są potrzebni – dodaje STOP-ka. Niestety, nie wszystkie szkoły mogą pozwolić sobie na zatrudnianie przeprowadzacza. – Kiedyś mieliśmy własnego STOP-ka. Niestety, zwolnił się z pracy z powodu niskich zarobków. Chcielibyśmy zatrudnić taką osobę jeszcze raz, ale cały czas nikt nie odpowiada na naszą ofertę – mówi nam dyrektorka jednej ze szkół na Mokotowie. Gdyby nie interwencja rodziców, pani Iwona też odeszłaby w tym roku. – Szkoła nie miała pieniędzy na utrzymanie mojego stanowiska. Na szczęście rodzice nie pozwolili, żebym odeszła – mówi.