Rozmowy

Paweł Żuraw. Czy kierowcy mogą/powinni zrozumieć pieszych, a piesi kierowców?

14 grudnia 2017

Paweł Żuraw. Czy kierowcy mogą/powinni zrozumieć pieszych, a piesi kierowców?
Paweł Żuraw - egzaminator i instruktor zaangażowany w problematykę bezpieczeństwa ruchu drogowego, doktor nauk ekonomicznych, pracownik Społecznej Akademii Nauk w Świdnicy (fot. ze zbiorów autora)

Czy kierowcy mogą zrozumieć pieszych, a piesi kierowców? To zadawane ostatnio najbardziej popularne pytanie w telewizyjnych blokach reklamowych, choć może po pewnym czasie wydawać się utartym i niewiele znaczącym sloganem, powinno nas wszystkich – uczestników ruchu drogowego – skłaniać do głębszej refleksji. Pytanie to można byłoby nawet sformułować nieco inaczej: Czy kierowcy powinni zrozumieć pieszych, a piesi kierowców? Słowo „powinność” ma niewątpliwie wymiar oznaczający: przymus, wewnętrzną mobilizację, ale również empatię, pobudzenie do myślenia i ocenę różnorodnych zachowań.

Odpowiedź oczywista, ale czy na pewno? Odpowiedź na postawione w tytule mojej wypowiedzi pytanie powinna być jak najbardziej twierdząca. Kierowcy i piesi powinni się wzajemnie rozumieć. Teza ta jest bezdyskusyjna. Ale czy stwierdzenie to jest realne? Obserwacje różnorodnych sytuacji na drogach pokazują, że powyższe założenie może być dalekie od ideału. Spróbujmy zatem dokonać prostej analizy.

Kodeksowe, „sztywne” regułki. Jak nietrudno jest zauważyć, wiele osób na kursach prawa jazdy uczy się kodeksowych, czasami wręcz sztywnych zachowań w określonych sytuacjach. Kursanci niejednokrotnie uczą się zachowań zero – jedynkowych. Cokolwiek by nie mówić o tych zachowaniach i reakcjach, są one zasadne, ale czy we wszystkich sytuacjach są skuteczne? Na pewno niekoniecznie. Trzeba podkreślić, że wielu instruktorów nauki jazdy, wykonując rzetelnie swoje obowiązki zawodowe, mówiąc kolokwialnie, dwoi się i troi, żeby u swoich kursantów ukształtować dobre nawyki. Nie zawsze się to udaje, bowiem nie wszyscy uczniowie mają zdolności szybkiego uczenia się i rozumienia treści, które są przekazywane przez nauczycieli. Dlatego ugruntowanie wiedzy wymaga niejednokrotnie długiego czasu, a także częstego łączenia teorii z praktyką. 

Krótkie intensywne kursy, ale czy efektywne? Niestety, w trakcie trwania kursu na prawo jazdy, nie ma takiej możliwości, aby z przysłowiowego „świeżaka” ukształtować w krótkim czasie stuprocentowego profesjonalistę. Oczywiście ktoś powie, że przecież od tego właśnie jest kurs, aby potencjalnych kandydatów na kierowców przygotować do pełnej samodzielności. Takie jest ogólne, społeczne oczekiwanie, ale czy jest ono w pełni możliwe do realizacji? Zauważmy, że w trakcie relatywnie krótkiego kursu, bo dwu, trzymiesięcznego, kształtujemy postawy na całe życie. Czy taki czas rzeczywiście wystarczy, aby u kursantów ugruntować wiedzę i nawyki? Zdecydowanie nie! Przyjrzyjmy się, ile trwa edukacja dzieci w szkołach podstawowych, ile czasu wynosi nauka w szkołach średnich, a ile lat trwają studia, które z definicji mają przygotować potencjalnego kandydata do zawodu, wykonywanego zazwyczaj do emerytury. Z kolei krótkie kursy na prawo jazdy, mają z założenia przygotować kandydatów na kierowców do samodzielności, która trwa niemalże do końca życia.

Serwis potrzebny w każdej dziedzinie życia. Nie chodzi oczywiście o to, aby kursy na prawo jazdy trwały kilka miesięcy lub kilka lat. Sprawa dotyczy tego, aby - mówiąc językiem technicznym (przepraszam za to słowo polonistów) - pomyśleć o „przeserwisowywaniu” każdej osoby, która otrzymuje upragniony dokument o nazwie prawo jazdy. Dyskusji na ten temat było już bardzo dużo. Jest wiele głosów za i przeciw określonym działaniom związanych z tzw. młodymi kierowcami. Dlatego nie chcę wchodzić za głęboko w tą problematykę. Jednak pod rozwagę poddaję jedną myśl, mianowicie: proszę zauważyć co dzieje się z każdym sprzętem, maszyną, która nie jest regularnie doglądana, sprawdzana, naprawiana. Co dzieje się z człowiekiem, zwłaszcza młodym, który nie jest w jakiś sposób nadzorowany, doglądany, pilnowany. I proszę nie odebrać tego negatywnie. Nie mam na myśli jakiś reżimowych restrykcji, ale zwyczajną praktykę pozwalającą stwierdzić, że wszystko w rozwoju konkretnego człowieka idzie w jak najlepszym porządku. Podobnie powinno być z kierowcami. Obecnie, po zdanym egzaminie państwowym, nikt się nimi nie interesuje. Są oni rzuceni na przysłowiową pastwę losu. Nie dziwmy się zatem, że niektórzy z nich po pewnym czasie jeżdżą po swojemu, ustalając własne zasady na drogach.

Czy rzymska idea prawa ma szansę wygrać ze współczesnym Internetem? Paradoksalnie rzecz ujmując, w czasach współczesnych, idea prawa stanowionego, nie mówiąc już o jego znajomości, zaczyna mieć drugorzędne znaczenie. Mam świadomość, że stawiam kontrowersyjną tezę, ale proszę mi wierzyć, wynika ona z moich codziennych, życiowych obserwacji. Oto proste przykłady: Jeśli ktoś chce sprawdzić jakąś kwestię związaną chociażby z ruchem drogowym, to najczęściej otwiera wyszukiwarkę Google. Wielu kierowców doskonale sobie radzi z analizą różnych zapisów prawnych. Ambitni kupują nawet wydawane co jakiś czas dodatki do codziennych gazet w postaci kodeksów drogowych. Ale są też tacy, którzy nie mają nawet świadomości, że zasady ruchu drogowego znajdują się w ustawie – Prawo o ruchu drogowym. Czy takie osoby należy za to piętnować? Na pewno nie. Może zwyczajnie nie mieli okazji, aby się o tym wcześniej dowiedzieć. A może nie mieli dobrych mentorów? Przyczyn może być wiele. Nie dziwmy się, że w czasach współczesnych poszukujemy prostych rozwiązań. Wszystko musi być szybkie i najlepiej tanie. Szybko chcemy uzyskać prawo jazdy, chcemy szybko żyć, szybko zarabiać pieniądze. Wszystko szybko! Wszystko na już, na teraz! Nawet wiedza ma być na wyciągnięcie już nie ręki, co palca wirującego na ekranie smartfona.

Choroba XXI w. – emocje ponad wszystko, zdrowy rozsądek do lamusa. Wymienione stany, zachowania, przyzwyczajenia, nawyki są odzwierciedleniem bardzo częstych zachowań, które występują w ruchu drogowym. Nie dziwmy się, że zdarza się, iż ludzie uczestnicząc w ruchu drogowym, nie myślą o tym co robią. Często jesteśmy roztargnieni, zamyśleni. Mówiąc wprost, często zdarza nam się wyłączać myślenie. Jadąc samochodem czy przechodząc przez jezdnię, myślimy czy zdążymy odebrać dziecko z przedszkola lub szkoły, czy zdążymy na umówione spotkanie, czy uda nam się szybko zrobić zakupy, czy opłaciliśmy już rachunki, itp. Na domiar złego często jesteśmy podirytowani, bo wiecznie gdzieś jesteśmy spóźnieni. Żyjemy w emocjach, a one niestety wyłączają zdrowy rozsądek. Dlatego coraz mniej jesteśmy świadomi, że za rogiem, za kilka metrów czyha niebezpieczeństwo, a nawet śmierć. 

Uświadamianie, kampanie i promocja zdrowego rozsądku. Biorąc pod uwagę powyższe fakty, należy stwierdzić, że do współczesnych ludzi należy przemawiać prostym językiem, prostymi przykładami. Musi nastąpić odrodzenie myślenia, kształtującego zdrowy rozsądek. Nie zmusimy ludzi do studiowania ustaw, kodeksów czy naukowych opracowań. Ludzie takiej metody edukacji nie kupią. Dzisiaj należy przemawiać obrazem, najlepiej jak najbardziej realistycznym. Pokazujmy konsekwencje braku myślenia. Pokazujmy ból i cierpienie. Dlatego należy pochwalić bardzo przemyślaną kampanię filmową dotyczącą relacji pieszych i kierowców. Lądujący na masce samochodu pieszy oraz rozbita szyba wpływają na wyobraźnię.

I tak na koniec. Mamy w Polsce tylu wspaniałych instruktorów i egzaminatorów, którzy swoim autorytetem, mądrością, doświadczeniem mogą wiele zdziałać dla ukształtowania pozytywnej relacji na drodze pomiędzy kierowcami i pieszymi, tym samym poprawiając stan bezpieczeństwa. Dajmy im możliwości, dajmy im odpowiednie narzędzia, aby mogli w pełni służyć tej misji. Pozwólmy wyzwolić w nich kreatywność. Dlatego w proponowanych przedsięwzięciach, projektach bądźmy bardziej spontaniczni, działajmy w sposób, który może uprościć nam życie a nie je utrudnić. W kwestiach bezpieczeństwa ruchu drogowego nie róbmy wielkiej polityki, gdyż ona powoduje – w niektórych przypadkach – że zaczynamy dzielić włos na czworo. A to z kolei prowadzi do bezsensownego działania, które można streścić w następującej formule: dużo niepotrzebnej pracy, dużo mówienia, mało efektów. Czy o to nam chodzi? Pozdrawiam wszystkich serdecznie i świątecznie, zarówno tych, którzy myślą podobnie, jak i tych, którzy z tymi słowami się nie zgadzają.

Paweł Żuraw