Na drodze krajowej (“siódemce”) leżał znak drogowy, kierowca zniszczył w pojeździe dwa koła, amortyzator i nadkole. Kierowca domaga się odszkodowania. Twierdzi on, że jechał z prędkością około 60 km na godz., gdy najechał na znak leżący w poprzek drogi. "Uważam, że niesłychany jest fakt, żeby znaki drogowe stanowiły przeszkody zagrażające życiu osób kierujących samochodami. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego znak, który powinien stać na wysepce zlokalizowanej na środku jezdni, leżał w poprzek mojego pasa?" - pisze w liście do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, który przesłał również do redakcji "Gazety". W swoim piśmie podkreśla, że całe zdarzenie uważa za zaniedbanie GDDKiA i domaga się zadośćuczynienia za szkody powstałe w samochodzie. Dołączył do tego kopie faktur oraz dokumentację fotograficzną. - Bardzo chętnie odpowiemy na żądania tego kierowcy - mówi Małgorzata Pawelec, rzeczniczka kieleckiego oddziału GDDKiA. Tłumaczy, że dokumenty trafią do firmy ubezpieczeniowej, z która podpisano umowę. - Takich sytuacji jak złamany znak, niestety, nie da się uniknąć. Trudno powiedzieć, czy w tym przypadku to efekt wandalizmu, czy znak przewrócił jakiś samochód, który wjechał w wysepkę - mówi rzeczniczka. Nie zgadza się, że to niedopatrzenie drogowców. - Drogi są patrolowane. Specjalne grupy likwidują uszkodzenia, zarówno te, które zauważą, albo gdy otrzymają jakieś zgłoszenie. Kierowca miał oczywiście pecha, że wjechał w znak, ale właśnie z myślą o takich sytuacjach korzystamy z ubezpieczenia - podkreśla rzeczniczka. Dodaje, że rocznie drogowcy zwracają się kilkadziesiąt razy do ubezpieczyciela o pokrycie kosztów uszkodzeń różnych elementów infrastruktury drogowej. - Zdecydowana większość przypadków dotyczy zniszczenia, np. znaków przez nieznanych sprawców – powiedziała “Gazecie Wyborczej Kielce” Pawelec.