Legislacja

Jan Zasel: o systemie doboru, kształcenia i selekcji egzaminacyjnej kandydatów na kierowców autobusów oraz walce z nietrzeźwością kierowców

6 stycznia 2014

377dad66140d22c9ef4971b9dc7ea2231b18d9d7

(Fot.: PD@N 481-2-1jm)

W ostatnim numerze PRAWO DROGOWE pan Wójcik zamieścił – opatrując tytułem: “Prawidłowo zwolnij, sprawnie zatrzymaj, skutecznie zablokuj – technika hamowania autobusu” - precyzyjnie opracowany wykład o jednym z ważnych elementów techniki kierowania autobusem. Z satysfakcją to przeczytałem. Nasuwa się jednak refleksja, czy wykład ten i każdy inny, traktujący o technice kierowania autobusem dociera do adresatów – kandydatów na kierowców tego rodzaju pojazdu, niezwykle ważnego z punktu widzenia bezpieczeństwa w komunikacji zbiorowej. W czasach, gdy zawodowo zajmowałem się edukacją komunikacyjną zbiorowy transport osób uprawiały w zasadzie trzy firmy: PKS, ORBIS i MZK. Wówczas obowiązywały surowe kryteria doboru kandydatów i oczywiście kształcenie wedle programu zawierającego także te niezmiernie ważne wskazane przez pana Wójcika elementy oraz surowa selekcja egzaminacyjna. Niestety jest to historia. Teraz nabór i szkolenie odbywa się przypadkowo. Transport osób może uprawiać każdy przypadkowy osobnik, który ma odrobinę zainteresowania i trochę wolnych pieniędzy. Kupuje wtedy, najczęściej wycofany z eksploatacji w krajach ościennych autobus i sam, jeśli ma odpowiednie prawo jazdy - lub wynajmuje kierowcę i uprawia transport osób. Zdarzyło mi się być usługobiorcą tego rodzaju firmy przewozowej. Autobus, nazywany autokarem, kupiony zapewne we Włoszech. Podobno statystyczny Włoch jest niższy od statystycznego Polaka o 10 cm. To też i ów autokar miał odpowiednio mniejsze wymiary w sensie odległości między siedzeniami. Przy moim wzroście 180 cm musiałem jedno kolano wcisnąć w oparcie pasażera siedzącego przede mną, a drugie musiałem wystawić na bok poza siedzenia. Pasażer przede mną musiał to odczuć albowiem wiercił od czasu do czasu, a ja musiałem udawać, iż nie wiem, o co mu chodzi. Jest to podróżowanie dalekie od komfortu, a i bezpieczne nie jest. Idąc więc śladem znakomitego wykładu pana Wójcika chciałoby się zaapelować o wprowadzenie systemu doboru, kształcenia i selekcji egzaminacyjnej kandydatów na kierowców autobusów. Mam jednak obawy, że tu spotykamy przeszkody nie do pokonania. Rodzi się bowiem zasadnicze pytanie: do kogo skierować apel? Otóż agendy rządowe - mam na myśli resorty, w których statucie jest lub być powinno, działanie związane z szeroko rozumianym bezpieczeństwem ruchu drogowego - nie zajmują się tym wcale lub zajmują się nie należycie. Jako czołowy resort do tego powołany trzeba wskazać resort Transportu, nazywany okresowo różnie, w zależności fantazji kolejnych ministrów zarządzających nim. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że wobec indolencji odpowiednich resortów Najwyższa Izba Kontroli podjęła działanie prowadzące właśnie w kierunku podniesienia poziomu bezpieczeństwa ruchu na drogach. Wynika to z informacji, którą kierujący pracą Izby w sposób kompetentny i jasny przedstawił w telewizji, przy sposobności ogłoszonej przez Rząd walki z nietrzeźwymi kierowcami. Rzecz w tym, że NIK nie jest agendą rządową. Jest organem kontrolnym Sejmu i ma kontrolować działalność, a ściślej wykonywanie funkcji statutowych właśnie przez te agendy. Oczywiście mimo najlepszych intencji NIK nie zastąpi właściwych agend rządowych.

Co do wypowiedzianej przez ekipę rządzącą, a wyrażonej przez Premiera walki z nietrzeźwością kierowców, w której jednym z czołowych elementów przewidziano obowiązkowe wyposażanie samochodów w alkomat, zamierzałem wystosować ostry protest choć nie wiedziałem, do kogo mam go skierować. Okazało się, że dziennikarze i publicyści byli szybsi. Oto, na przykład, Tomasz Lis zamieścił w internecie ostry protest, nazywając ten zamiar idiotycznym. Pomijając kwestię ostrości sformułowania, ma on jednak rację. Zabierając głos w tej sprawie senator Cimoszewicz również wyraził swoją dezaprobatę dla pomysłu stwierdzając, że o ile ktoś (zapewne miał na myśli pomysłodawców z ekipy rządowej) nie cieszy się wystarczająco dobrą pamięcią i po spożyciu alkoholu zapomina, że to zrobił - powinien sobie sprawić taki przyrząd. Zwykłemu człowiekowi nie jest on potrzebny. Nadto, na tle tej propozycji rodzi się podejrzenie, że któryś z autorów tego pomysłu może mieć udziały w wytwórni alkomatów i przewiduje osiągnięcie z tego tytułu ogromnych korzyści. Z uwagi na fakt, że u nas obowiązuje absolutna trzeźwość (0,2 promile dopuszczalna zawartość alkoholu w organizmie) pomysł ten jest rzeczywiście absurdalny. Może być realizowany w jakiś sensowny sposób w kraju, w którym dopuszczalna zawartość alkoholu w organizmie kierowcy wynosi 0,8 promile.

W ostatnim numerze ANGORY Wojciech Nomejko nazwał festiwal propozycji zgłaszanych przez poszczególne partie w kwestii ogłoszonej przez Rząd walki z pijaństwem kierowców marzeniem ściętej głowy. Chodzi o to, że wszyscy prześcigają się w propozycjach zaostrzenia kar za - ogólnie mówiąc - przestępstwa w ruchu drogowym. Walka za pomocą zwiększania wymiaru kary jest prowadzona od lat. Skutek - jak widać - żaden. Dzieje się tak dlatego, że powołane do tego agendy rządowe uważają, że walka za pomocą doskonalenia prawa i zaostrzanie sankcji za jego naruszenie jest drogą do celu. Tymczasem wszyscy my wiemy, że sukces tkwi nie w surowości prawa, a w nieuchronności kary za jego naruszenie. Ostatnie - rozpaczliwe wobec indolencji właściwych agend rządowych - działania Najwyższej Izby Kontroli zdają się to potwierdzać. Może zatem należałoby rozpocząć działanie od uaktywnienia powołanych do tego agend rządowych i skłonienie ich do rzetelnego wykonywania statutowych zadań. Mówi się, że liczba funkcjonariuszy zatrudnionych w tych agendach w okresie po zmianach ustrojowych wzrosła aż dwukrotnie. Widać z tego, że ilość zniweczyła jakość.

Jan Zasel , ekspert z zakresu prawa drogowego, autor książek