9 marca 2008 |
0
(236-6)
(236-5)
Jeździli motorowerem po chodniku i przejściu dla pieszych, bo myśleli, że nikt ich nie widzi. Tak bawili się dwaj mieszkańcy gm. Braniewo. Nie wiedzieli, że ich poczynania śledził na monitoringu dyżurujący policjant. 22–letni Arkadiusz O. i 20–letni Artur O. początkowo próbowali zaprzeczać popełnionemu wykroczeniu, ponieważ zapomnieli, że jeździli tuż pod okiem kamery miejskiego monitoringu. Policyjne nagranie pozostawiło ich bez argumentów. Dodatkowo okazało się, że obaj panowie byli pod wpływem alkoholu. Arkadiusz O., który jeździł na skuterze bez kasku ochronnego, stanie przed sądem grodzkim. Odmówił przyjęcia stuzłotowego mandatu. Kierujący motorowerem Artur O. został zatrzymany w areszcie. Mężczyzna miał ponad 2 promile alkoholu w organizmie. Dodatkowo prowadził pomimo obowiązującego go sądowego zakazu. Podczas zatrzymania Artur O. zachowywał się wulgarnie i agresywnie. Za jazdę pod wpływem alkoholu grozi mu do 2 lat więzienia.
Komentuj →
6 marca 2008 |
4
Któż nie miał okazji kląć, gdy zdarzyło mu się najechać znienacka na źle oznakowany albo podstępnie ukryty garb? Te sprytne i nieraz, niestety, do przesady skuteczne przeszkody pojawiły się w Polsce w ślad za gwałtownym wzrostem liczby samochodów. Zwolennicy progów przywołują niepodważalny argument - przeszkody są skuteczne, uniemożliwiają rozpędzanie się aut w miejscach, gdzie istnieje realne zagrożenie. Lepiej, by kilka aut połamało resory, niżby choć jedno dziecko miało wpaść pod koła. To prawda, ale kłopot w tym, że wiele progów sprawia wrażenie, jakby powstały w panicznym odruchu postawienia na drodze jakiejkolwiek przeszkody. Czasem, najwyraźniej wychodząc z założenia, że cel uświęca środki, instaluje progi ponadwymiarowe, a w dodatku niedostatecznie oznakowane. Progi podobnie jak małe ronda przyszły do nas z Zachodu jako nowoczesne narzędzie regulacji ruchu. To widać - najlepiej zbudowane progi można spotkać w "oazach" zagranicznego kapitału - na krytych parkingach przy nowych centrach handlowych (jak np. w warszawskiej Arkadii). Łagodnie uspokajają ruch, są skuteczne i nie wywołują u kierowców zgrzytania zębami. Dobrze, żeby lokalni decydenci zrozumieli, że przeszkoda nie jest po to, by niszczyć samochody, ale by uspokoić ruch i wyeliminować piratów drogowych. Nie trzeba zawsze sięgać po próg - w zachodnich miastach świetnie sprawdzają się wysepki, istotnie zwężające pasy ruchu, prowadząc samochody lekkim slalomem.
Na jakich drogach można zamontować garb i jak powinien on wyglądać, określa rozporządzenie ministra infrastruktury z lipca 2003 r. (opublikowane w Dzienniku Ustaw nr 220, pozycja 2181). Czytamy weń, że progów nie można montować na drogach o dużym natężeniu ruchu (krajowych, wojewódzkich czy ekspresowych), na drogach wyjazdowych straży pożarnej i pogotowia oraz ulicach, po których jeżdżą autobusy komunikacji miejskiej (tu jednak dopuszcza się tzw. progi wyspowe, mające w widoczny sposób wydzielić kawałek przestrzeni - taki właśnie pojawił się na świeżo odremontowanej nawierzchni Nowego Światu na wysokości Uniwersytetu Warszawskiego). Progów nie można budować też na mostach, w tunelach oraz w odległości mniejszej niż 25 metrów od przejść podziemnych czy komór instalacji wodociągowych oraz bliżej niż 40 metrów od skrzyżowania. Minimalna odległość między dwoma progami to 20 metrów. Konstrukcja progu musi uniemożliwiać powstawanie w tym samym miejscu kałuż. Najbardziej przyjazne progi opisane w rozporządzeniu to progi płytowe i listwowe, przewidujące przejazd z prędkością 25-30 km/h. Mają łagodny profil, na odcinku czterech-pięciu metrów wyrastają na wysokość 10 cm ponad nawierzchnię. Często umieszcza się na nich przejścia dla pieszych. Bardziej surową szykaną są progi listwowe zwalniające ruch do 18-10 km/h. Te mogą mieć długość niecałego metra, a wznoszą się na 7 cm. Tyle drogi publiczne. Poza nimi według rozporządzenia można stosować tzw. progi podrzutowe - już sama nazwa przyprawia o dreszcze i obiecuje kierowcy atrakcje. To prawdziwe koszmary, przez które przejeżdżać należy z prędkością piechura (5-8 km/h). Ich konstrukcja nie liczy się w ogóle z delikatnością samochodowego podwozia. Bo co sądzić o trapezoidalnym garbie długości ledwie 30 cm, wysokości 6 cm, zachowującym przy podstawie kąt prosty (!) względem drogi? A rozporządzenie określa tylko przykładowe progi podrzutowe, zostawiając sporo miejsca dla wyobraźni zarządcom parkingów, terenów zakładowych i dróżek osiedlowych. Próg poprawnie spełniający swoją rolę powinien być niezauważalny dla samochodu przejeżdżającego przezeń z przepisową prędkością. Powinien powodować stopniowe ugięcie resorów, nie wywołując wstrząsu. Niestety, przepisy wspominają tylko mgliście, że "samochód osobowy średniej wielkości może przejechać przez próg bez wyraźnej niedogodności ruchu i zagrożenia bezpieczeństwa". O zdrowym rozsądku, wyobraźni i resorach ani słowa. Skutek jest taki, że na drogach publicznych często można spotkać nalane kompletnie bez sensu baby asfaltu. Wznoszą się pod ostrym kątem, na wysokość na pewno ponad 10 centymetrów i praktycznie bez względu na prędkość działają jak uderzenie młotem w zawieszenie. Samochody piszczą hamulcami, robią "łup-łup", po czym przyspieszają. Komfort życia mieszkańców w pobliżu progu jest wątpliwy. Mimo że próg o łagodnym profilu zgodny z rysunkiem w rozporządzeniu kosztowałby tyle samo i był tak samo skuteczny. Nie niszczyłby samochodu ani nie zmuszał do ostrego hamowania.
Komentuj →
5 marca 2008 |
0
Kierowcy nie znają stolicy – stwierdza “Rzeczpospolita”. Pytają przechodniów o drogę, nie wiedzą, gdzie są urzędy – narzekają pasażerowie. – To wina niepraktycznych szkoleń i egzaminów – bronią się taksówkarze. O licencję taksówkarza i pracę w jednej z 26 stołecznych korporacji może starać się każdy, kto posiada prawo jazdy kategorii B, ukończył 21 lat, jest niekarany i ukończył kurs z zakresu transportu drogowego taksówką obejmujący topografię miasta. W stolicy takie szkolenie prowadzone jest w dziewięciu ośrodkach. To mniej więcej 30-godzinny kurs teoretyczny. Topografii miasta poświęca się sześć – osiem godzin. – Trudno poznać w tak krótkim czasie plan całej Warszawy, chociaż kursanci uczą się, gdzie są ambasady, szpitale, teatry, kina i jak do nich dojechać – mówi Wiesław Zygmunt, specjalista ds. szkoleń z Zakładu Doskonalenia Zawodowego. Osoby z zaświadczeniami o zakończonym szkoleniu czeka jeszcze egzamin – rozwiązują test składający się z 15 pytań. Żeby go zdać, trzeba poprawnie odpowiedzieć na 12. Pytania przygotowują miejscy urzędnicy. – Kandydaci muszą wykazać się wiedzą z topografii miasta – przyznaje p.o. zastępcy dyrektora Biura Działalności Gospodarczej i Zezwoleń w ratuszu Krzysztof Komuda. Po sprawdzianie urzędnicy nie mogą pozbawić licencji taksówkarza, który nie zna miasta. – Nie możemy podważyć wyników egzaminu – tłumaczy Komuda. Jednak kierowcy krytykują cały system kwalifikacyjny. – Jak te testy wyglądają! Tylko kilka pytań jest z topografii, a reszta to jakieś bzdury, np. przepisy BHP – złoszczą się pracownicy korporacji. Nawet ci, którzy zdadzą egzamin (zaledwie 30 proc.), często gubią się na mieście. – Warszawa jest ogromna. Żaden taksówkarz dobrze jej nie zna. Pracę utrudniają też przebudowy dróg, zmiany ruchu, ciągłe remonty – mówi Andrzej Gajowniczek z Grosik Taxi. – Większość kierowców 90 proc. miasta ma w głowie, ale zawsze zostaje te 10 proc., które trzeba sprawdzić na mapie – przyznaje Ryszard Duda z Sawa Taxi. W stolicy jest 5 tysięcy ulic (w ubiegłym roku przybyły 32, a dwie zmieniły nazwę).
Komentuj →
5 marca 2008 |
0
Czytelnicy “Gazety Wyborczej Toruń” proponują nową akcję: Proponuję rozpocząć akcję "niepotrzebne znaki drogowe", czytaj: utrudniające życie kierowcom. Otóż proponuję, żeby społeczność kierowców mogła wskazywać (najlepiej z uzasadnieniem) niepotrzebne znaki drogowe w Toruniu. Na dobry początek proponuję dwie swoje "nominacje": 1. Znak drogowy na ul. Polnej, na wysokości nowego osiedla "Przy Lesie". Ustawiono tam znak "stop" przy nieczynnym od wielu lat przejeździe kolejowym. 2. Znak drogowy ograniczający prędkość do 40 km/godz. przy Fundacji Ducha na Szosie Bydgoskiej wraz ze znakiem ostrzegającym o obecności dzieci. W pobliżu jest też plac manewrowy dla samochodów. Jeździłem tą drogą prawie 10 lat do pracy - nigdy nie widziałem tam przechodzącego ulicą dziecka. Natomiast plac manewrowy - tu można dyskutować, według mnie wystarczy ograniczenie prędkości, jakie jest w mieście. Pamiętam, że czasami ograniczenie do 40 km/godz. wykorzystywała policja do wlepiania mandatów.
Komentuj →
9 marca 2008 |
0
Drogówka na Pomorzu zmienia sposób walki z piratami drogowymi. Zamiast chować się za krzakami, policjanci informują, gdzie stanie fotoradar. Zaczynają w Gdańsku. Codziennie na drogach w Trójmieście dochodzi do wypadków spowodowanych nadmierną prędkością - giną ludzie, są ranni. Kierowcy w większości niewiele sobie z tego robią i dalej traktują miejskie ulice jak tor wyścigowy. - Co z tego, że wypisujemy coraz więcej mandatów za prędkość [w całym województwie w ciągu roku na sumę kilku milionów złotych - red.], skoro nie o to w tym wszystkim chodzi. Najważniejsze, żeby zrobiło się bezpieczniej na drogach - mówi Janusz Staniszewski, szef wydziału ruchu drogowego KWP w Gdańsku. Dlatego, zamiast chować się z radarem i łapać znienacka piratów, policjanci postanowili zapobiegać wypadkom, ostrzegając kierowców przed pewnym mandatem karnym. Od wtorku lotne patrole ustawiać będą fotorejestrator (do tej pory umieszczano go w specjalnych skrzynkach przy drogach). To nowoczesne urządzenie, które robi wysokiej jakości zdjęcia cyfrowe tablicom rejestracyjnym pojazdów jadących z niedozwoloną prędkością. Na zdjęciach bez problemu można rozpoznać też twarze kierowców. To bardzo przydatne, bo wielu z nich, po wezwaniu na komisariat, broni się mówiąc "to nie ja kierowałem, a kto jechał moim autem, już nie pamiętam". O tym, że system ostrzegania będzie skuteczniejszy niż karania, wierzą także zwykli policjanci z drogówki. Jeden z nich przyznaje: - Teraz jest tak, że gdy w ruchliwym miejscu zatrzymam samochód i wypisuję mandat, mija mnie w tym czasie - oczywiście z niedozwoloną prędkością - kilkadziesiąt innych pojazdów. Gdyby wiedzieli, gdzie stoję, to na pewno by zwolnili. Miejsca, w których w marcu staną fotorejestratory, wybrano nieprzypadkowo - analizowano m.in. sygnały od mieszkańców Gdańska i policyjne statystyki (w wielu tych miejscach dochodziło do śmiertelnych wypadków). W kolejnych miesiącach akcja będzie kontynuowana w innych miastach.
Komentuj →
9 marca 2008 |
1
- Parkowanie w nieprawidłowy sposób w Opolu jest nagminne, a zawiadamiani przez nas strażnicy miejscy nie reagują - mówi prezes Stowarzyszenia "Pracownia Aktywności Lokalnej". A strażnicy miejscy na to, że nie zawsze kierowców trzeba karać. 1 marca Bartosz Pikul zwrócił się do straży miejskiej, by zajęła się nieprawidłowo zaparkowanymi samochodami przy ulicy Czaplaka. Gdy zadzwonił ponownie dwie godziny później, usłyszał, że funkcjonariusze już byli. - Ale jak zwykle nic nie zrobili - mówi Pikul i dodaje, że nie pierwszy raz wzywał strażników do interwencji. - Ale oni tylko pytają, co według mnie powinni zrobić. Kiedy wyjaśniałem, że wlepić mandat, odpierają, że nie będą czekać, aż wrócą kierowcy źle zaparkowanych pojazdów. Z kolei na sugestię, żeby za wycieraczkę włożyć wezwanie, przytakiwali mi. Ale 1 marca nawet tego nie chciało im się zrobić - opowiada Pikul. Wysłał skargę do komendanta straży Mirosława Banasia. - Funkcjonariusze mają obowiązek podjąć interwencję, ale nie zawsze są do niej podstawy - tłumaczy Banaś. Zdaniem Pikula podstawy są, bo prawo o ruchu drogowym mówi, że parkujący pojazd ma nie utrudniać ruchu pieszym i pozostawić co najmniej półtorej metra chodnika. - Tymczasem na Czaplaka spaceruje się po trawniku - wyjaśnia prezes stowarzyszenia. Dodaje, że podobnie jest choćby na Małym Rynku, pod nosem straży miejskiej. - Czy to oznacza, że funkcjonariusze nie znają prawa? - pyta Pikul. - Oczywiście, że znają, są po specjalnych kursach - odpowiada komendant Banaś. Zaznacza jednak, że istnieje coś takiego jak gradacja szkodliwości. - Jeśli pojazd pozostawi kilkanaście centymetrów mniej miejsca na chodniku, niż jest mowa w przepisach, strażnicy mogą odpuścić - wyjaśnia komendant Banaś – przeczytaliśmy w opolskiej “Gazecie Wyborczej”.
Komentuj →
9 marca 2008 |
0
Olsztyńscy policjanci i strażnicy miejscy śledzą codziennie obraz z miejskich kamer. Czy dołączą do nich tysiące internatów, którzy podglądać będą Olsztyn na ekranach swoich komputerów? Monitoring w Olsztynie działa od czerwca 2003 r. Porządku w mieście strzeże około 30 kamer. Niektóre z nich są tak dobre, że mogą ściągać obraz nawet z 300 m. Dzięki nim funkcjonariusze interweniowali już tysiące razy. Czasami zdarza się, że coś ujdzie uwadze obsługujących kamery w centrum zarządzania kryzysowego. Dlatego Tomasz Głażewski, wiceprezydent Olsztyna, wymyślił sposób, jak podnieść skuteczność systemu kamer. - Zastanawiam się nad udostępnieniem obrazu z ulicznego monitoringu internautom. Widok z kamer byłby dostępny po wejściu na oficjalną stronę internetową urzędu miasta - mówi. - W ten sposób każdy mógłby zobaczyć, co dzieje się w mieście. A im więcej osób czuwa nad porządkiem, tym lepiej. Liczę, że każdy, kto zobaczy w monitorze jakąś bójkę czy inne akty wandalizmu, zawiadomi o tym straż miejską lub policję. Wiceprezydent dodaje, że musi jeszcze wyjaśnić dwie kwestie: - Czy na udostępnienie obrazu z monitoringu zezwala prawo i czy jest to możliwe z technicznego punktu widzenia - tłumaczy. I zaznacza, że internautom chciałby udostępnić obraz tylko z wybranych miejsc, takich jak Targ Rybny czy najbliższe sąsiedztwo urzędu miasta. - Chodzi o to, żeby zwiększyć bezpieczeństwo w tych konkretnych rejonach miasta - mówi. Małgorzata Kałużyńska-Jasak, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Ochrony Danych Osobowych, przyznaje, że nie spotkała się jeszcze z podobnym pomysłem. Twierdzi, że udostępnienie obrazu z monitoringu nie łamie zapisów ustawy o ochronie danych osobowych. - Bo kamery monitoringu miejskiego obejmują miejsca publiczne - mówi. - Zastrzeżenia budziłby pomysł udostępniania obrazu z kamer z innych miejsc, np. prywatnych posesji czy ogrodzonego osiedla mieszkaniowego.
Komentuj →
9 marca 2008 |
0
Białostocka policja ustala, w jakich okolicznościach w okolicach Gródka (Podlaskie) został poważnie ranny 29-letni mężczyzna, którego 9-letnia córka jeździła quadem. Są bowiem dwie wersje wypadku: albo mężczyzna został przejechany przez ten czterokołowy pojazd terenowy prowadzony przez dziecko, albo jechał razem z córką i spadł, odnosząc poważne obrażenia. Do wypadku doszło w niedzielę po południu. Do białostockiego szpitala 29-latek trafił z obrażeniami głowy, złamanym obojczykiem i podejrzeniem stłuczenia płuca. Policja przypomina, że takie pojazdy jak quady, na które jest ostatnio moda, aby mogły poruszać się po drogach publicznych, muszą być zarejestrowane, a kierowca powinien mieć odpowiednie uprawnienia.
Komentuj →
9 marca 2008 |
0
Kierowca MPK dostał dozór policyjny -Pijany kierowca MPK, który został w piątkowy wieczór zatrzymany przez policjantów, nie trafił do aresztu. Chociaż będzie odpowiadał za jazdę po pijanemu i spowodowanie zagrożenia katastrofy drogowej, sąd zastosował wobec niego jedynie dozór policyjny.Wobec podejrzanego prokurator wystąpił o areszt tymczasowy. – Sąd nie przychylił się do naszego wniosku – powiedział Michał Blajerski, szef Prokuratury Rejonowej Lublin-Północ. – Będziemy się odwoływać od tej decyzji. Blajerski nie chciał zdradzić treści zeznań, jakie w niedzielę Andrzej G. składał przed prokuratorem. – Trwają czynności, dlatego nie chciałbym się na ten temat wypowiadać – uciął nasze pytania. Pijany kierowca został zatrzymany po anonimowym sygnale jednego z pasażerów. Podczas kontroli miał ponad dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Po incydencie został natychmiast zwolniony z pracy w miejskim przedsiębiorstwie.
Pogoń za szaleńcem w Stalowej Woli - Pijany kierowca uciekając przed policją mknął ulicami Stalowej Woli z prędkością 100 kilometrów na godzinę. Przekraczał skrzyżowania na czerwonym świetle. Pijany mężczyzna, z zawrotną szybkością prowadzący audi z równie jak on pijanymi pasażerami, omal nie doprowadził do masakry na ulicach Stalowej Woli podczas ucieczki przed policjantami. Środowy wieczór mógł przejść do historii miasta, jako jeden z najtragiczniejszych. Wszystko za sprawą 29-letniego mieszkańca Pysznicy. Po zatrzymaniu badanie alkomatem wykazało 1,68 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. W samochodzie było jeszcze trzech pasażerów. Wszyscy byli pijani. Każdy z nich miał ponad 1,5 promila alkoholu w organizmie. 28-letni pirat drogowy trafił do policyjnego aresztu. Zatrzymano mu prawo jazdy oraz zabezpieczono samochód na poczet przyszłych grzywien. Za swój czyn odpowie przed sądem w trybie przyspieszonym. Za to przestępstwo grozi mu kara nawet dwuletniego więzienia.
Pijany na "hulajnodze" - Niecodziennie zdarza się zobaczyć na ulicach amatorów hulajnóg. Do rzadkości bez wątpienia należy obraz osoby sunącej na tzw. spalinowej hulajnodze po drodze publicznej i to wężykiem. Taki obraz ukazał się oczom policjanta w centrum Skierniewic. Jak się okazało młody człowiek jadący jednośladem był pijany. Jadącego wężykiem młodego człowieka dzielnicowy zauważył na ulicy w centrum Skierniewic. Funkcjonariusz natychmiast zatrzymał kierującego spalinową hulajnogą. Od 23-latka czuć było alkohol. Jak się okazało po badaniu mężczyzna miał 1,7 promila alkoholu w organizmie. Został zatrzymany. Odpowie za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości, za co grozi mu kara do roku pozbawienia wolności.
Pijany Litwin kierował TIR-em - Kompletnie pijany Litwin kierował TIR-em na drodze krajowej nr 8 Białystok - Warszawa. Jechał slalomem, co zaniepokoiło innych użytkowników drogi i to oni zadzwonili na policję. Litwin miał ponad 3 i pół promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Policjanci przewieźli go natychmiast do policyjnej izby zatrzymań, natomiast TIR-a z ładunkiem granulatu odstawili na strzeżony parking. Jutro 25-letni Litwin będzie przesłuchiwany przez policję i sprawa trafi do sądu. Za jazdę po pijanemu grozi mu do 2 lat pozbawienia wolności. W podobnych przypadkach sądy stosowały wobec takich kierowców kilkumiesięczne areszty. Z pewnością dostanie też zakaz prowadzenia pojazdów na terytorium naszego kraju.
Pijany kierowca zabił staruszkę - 70-letnia kobieta zginęła na drodze w miejscowości Podgaj koło Kondratowic. Potrącił ją samochodem pijany 25-letni mężczyzna. Młody kierowca opla cadeta miał we krwi ponad jeden promil alkoholu. Odpowie za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym i jazdę samochodem pod wpływem alkoholu.
Komentuj →
8 marca 2008 |
0
Tragiczny wypadek w Łodzi. Jedna osoba nie żyje, a druga została ranna. Do zdarzenia doszło rano w centrum miasta. Samochód osobowy wjechał w grupę ludzi stojących przed przejściem dla pieszych. Według świadków, przyczyną wypadku była brawura kierowcy. Na miejscu zginęła 20-letnia dziewczyna. Druga z rannych kobiet została przewieziona do szpitala. Jej stan jest ciężki. Sprawca wypadku zbiegł z miejsca zdarzenia. Świadkowie nie pamiętają ani rysopisu mężczyzny, ani numeru tablic rejestracyjnych. Jak wspominają, kierowca miał świadomość, że doszło do wypadku, gdyż wyszedł z samochodu tuż po zdarzeniu. Następnie jednak, korzystając z zamieszania wsiadł z powrotem do pojazdu i odjechał. Policja postawiła zarzut kierowcy m.in. określono, iż podjął błędny manewr obronny, przy nadmiernej szybkości.
Komentuj →
8 marca 2008 |
0
To nie przypadek, że słowo kierowca jest rodzaju męskiego. Tak przynajmniej twierdzą złośliwi. Niech już tylko zobaczą, że kobieta jedzie wolno, ostrożnie parkuje i od razu brzydka płeć mówi: no tak, baba za kierownicą! Okazuje się, że nic bardziej mylnego. - Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w ruchu drogowym, wszystkim paniom należą się ciepłe słowa - napisali olsztyńscy policjanci w raporcie sporządzonym przed świętem 8 marca. Aby udowodnić, że z kobietami jest mniej kłopotów na drogach funkcjonariusze sprawdzili kto był sprawcą ubiegłorocznych wypadków i kolizji. Z podsumowania ubiegłego roku wynika, że panie powodują tylko 17 proc. wypadków, których sprawcami są kierowcy. Jeszcze lepiej wypadają statystyki w ubiegłym miesiącu. - W lutym policjanci olsztyńskiej drogówki na 217 spraw, odnotowali zaledwie 19, kiedy to panie łamały przepisy ruchu drogowego. W 14 przypadkach było to przekroczenie dozwolonej prędkości, trzy kobiety zostały ukarane mandatami za jazdę bez wymaganych dokumentów przy kontroli, kolejne dwie - za nieprawidłową zmianę pasa ruchu - czytamy w policyjnym raporcie. Panowie muszą przyznać - kobiety rzadko zajeżdżają drogę przed światłami, czy omijają korek pasem awaryjnym, żeby wepchnąć się na pierwszego. I pewnie dlatego powodują mniej wypadków. Ale skoro są ostrożniejsze, to dlaczego złapane panie tak pędziły? - Często się śpieszymy i to dosłownie wszędzie - mówi Agnieszka Wroniszewska, którą spotkaliśmy na parkingu przy ul. Mochnackiego. - To prawda, że kobiety jeżdżą bezpieczniej i powodują mniej wypadków. A jestem przekonany, że wynika to z braku brawury u pań. Mężczyźni szybko nabierają poczucia, że teraz są już dobrzy. Inny stereotyp obala Sławomir Orzoł, szef szkoły nauki jazdy, który twierdzi, że panie często lepiej wiedzą, co i jak się robi w aucie niż panowie. - Na wykładach kobiety wszystko zapisują, a panowie twierdzą, że wszystko wiedzą i nie muszą. Jak przychodzi co do czego okazuje się, że facet się myli – czytamy w “Gazecie Wyborczej Olsztyn”.
Komentuj →
6 marca 2008 |
0

(236-7)
Najlepsi z najlepszych - tak można powiedzieć o dziesięciu policjantach ruchu drogowego z regionu, którzy zostali wyselekcjonowani i tworzą superzespół w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. To oni będą łapać piratów drogowych w nieoznakowanych renault megane. Na naszych łamach po raz pierwszy ujawniają twarze – informuje “Gazeta Olsztyńska”. Swoimi nieoznakowanymi i superszybkimi "megankami" mogą się pojawić w każdym miejscu województwa i w każdej chwili. - Kto złamie przepisy, ten spotka się z nami! - ostrzega jeden z policjantów. - Ale z drugiej strony normalni kierowcy nie powinni się nas obawiać - mówi sierżant sztabowy Maciej Surowiec, jeden z członków superzespołu. Zakup sportowych aut był według policjantów strzałem w dziesiątkę i szybko się zwraca. Przez niespełna cztery tygodnie 10 "meganek" zarobiło na drogach regionu około 300 tys. zł dla budżetu państwa. Auta wyposażone w dwie kamery, specjalne belki, na których wyświetlane są komunikaty, i w CB radia, kierowcy rozpoznają z daleka.
Komentuj →
6 marca 2008 |
0
Właściciel jednego z ośrodków szkolących przyszłych taksówkarzy w Krakowie został wezwany na policję, bo urzędnicy uznali, że podejrzanie dużo jego kursantów zdaje egzamin. Aby zdać egzamin na taksówkarza w Krakowie, trzeba znać ponad trzy tysiące ulic, adresy hoteli i pensjonatów, kościołów i mało znanych stowarzyszeń. - Nie wystarczy znać trasy przejazdu ani wiedzieć, gdzie się znajduje najmniejsza uliczka na obrzeżach miasta. Trzeba też wskazać, gdzie się kończy i zaczyna. No i trzeba zrozumieć pytanie. Niektóre z nich są tak sformułowane, że nie wiadomo o co chodzi - skarżą się "Gazecie" zdający. Kursanci pytani są m.in. o to, gdzie się znajduje restauracja U Szkota, hotel Demel, Zwierzyniecki Salon Artystyczny, czy hotel System. Pojawiało się też pytanie o kościół, który nie istnieje od 1998 r. - Zdanie egzaminu za pierwszym razem graniczy z cudem, a za każdy następny trzeba wyłożyć 200 zł. Od początku roku testy odbywały się średnio dwa razy w miesiącu. Dla porównania w takich miastach jak Wrocław, Poznań, Gdańsk egzaminy są raz na miesiąc. - Wszystko jest zgodne z regulaminem. Egzamin jest wymagający, bo zależy nam na utrzymaniu wysokiego poziomu usług taksówkarskich - tłumaczy Wiesław Szanduła z wydziału ewidencji kierowców i pojazdów. Żeby mieć pewność, że kursanci samodzielnie rozwiązują testy, z początkiem 2007 r. krakowscy urzędnicy zdecydowali, że każdy, kto wchodzi na egzamin, będzie przeszukiwany wykrywaczem metalu. Kilka miesięcy później dyrektor wydziału ewidencji kierowców i pojazdów poprosił w piśmie policję o pomoc, bo podejrzewał, że część osób mimo wykrywacza wnosi niedozwolone pomoce. Z naszych informacji wynika, że urzędników zaniepokoiły m.in. dobre wyniki kursantów ośrodka MR prowadzonego przez Artura Górskiego. Zdarzało się, że w jednym terminie zdawało 70 proc. z nich. Kilka tygodni temu Górski został wezwany na policję. - Policjanci pytali mnie o metody, według których szkolę i ile godzin trwa szkolenie. Pytali też, czy zdarzało mi się porozumiewać w czasie egzaminu z kursantami. Czułem się tak, jakbym musiał się tłumaczyć z tego, że dobrze uczę - mówi Górski. Szanduła ze względu na toczące się śledztwo nie chce zdradzić, czy informował policję o szkole Górskiego. Przyznaje, że faktycznie miała ona wysoką zdawalność, ale chwilę potem dodaje, że jej wyniki obniżyły się, gdy wprowadzono dodatkowe zabezpieczenia na egzaminach. Górski ma ten temat własną teorię: - Urzędnicy po prostu mają dosyć krytyki z mojej strony. Na dowód pokazuje kolejne pisma, w których wytyka błędy w testach i nieprawidłowo sformułowane pytania. - Testy w Krakowie są na takim poziomie, że gdyby im poddać wszystkich czynnych taksówkarzy, to podejrzewam, że 90 proc. z nich mogłaby je oblać. To nie fair wobec osób, które dopiero startują w tym zawodzie - mówi Górski.
Komentuj →
6 marca 2008 |
0
Lubelska drogówka już wkrótce zacznie używać laserowych mierników prędkości. Super dokładne urządzenia mają zastąpić tradycyjne radary policyjne. - Zakończyliśmy już testy urządzeń - mówi Arkadiusz Kalina z wydziału drogowego lubelskiej komendy wojewódzkiej. W ciągu kilku tygodni policja kupi kilka laserowych urządzeń mierzących prędkość samochodów. - Mają one inną technikę działania, niż tradycyjne radary. Pozwolą nam na dokładniejszą pracę - podkreśla Kalina. Zwykłymi radarami nie można mierzyć szybkości poszczególnych samochodów jadących w kolumnie. Policjant kierując aparat na auta odczytuje prędkość jazdy tylko pierwszego. Inaczej działa laserowy miernik szybkości. Ma zamontowany celownik, który pozwala funkcjonariuszom zmierzyć prędkość dowolnego samochodu. - Ma też znacznie mniej rozproszoną wiązkę pomiarową niż zwykły radar, więc odczyt jest bardzo dokładny - wyjaśnia Arkadiusz Kalita. Podobne urządzenia są już wykorzystywane przez policje w Europie Zachodniej, USA i Australii. Laser ma też zamontowaną niedużą kamerkę - podobnie jak fotoradar rejestruje na zdjęciu kierowców łamiących przepisy. - Urządzenie jest również praktyczniejsze w zastosowaniu niż zwykły radar, bo jest zasilany na baterie, a nie przez wejście do zapalniczki samochodowej - dodaje Kalita. Dotychczas używane przez policję radary kosztują ok. 8 tys. zł. Laserowy miernik prędkości nie jest tani - koszt jego zakupu to około 12-14 tys. zł. - Na razie przymierzamy się do kupna kilku takich urządzeń - tłumaczy oficer drogówki. Komenda wojewódzka chce nimi w ciągu kilku lat zastąpić zwykłe radary.
Komentuj →
6 marca 2008 |
0
W stolicy Warmii i Mazur, nie ma miejskiej wypożyczalni jednośladów. Jak zatem przekonać turystów do dłuższego pobytu, skoro nie korzystamy z tak prostego pomysłu? W pięknym lesie miejskim, lub nad jednym z kilkunastu jezior na razie czas wolny spędzają głównie olsztynianie. Turystę urokliwa, ale niewielka Starówka zatrzymuje zwykle nie dłużej niż na jeden dzień. Dlaczego nie zaproponować przyjezdnym mieszczuchom wycieczki rowerowej? Część z nich na pewno chętnie przesiądzie się z rozgrzanego auta na jednoślad. Przecież wypożyczalnie rowerów z powodzeniem działają w wielu europejskich i polskich miastach. Jednym z najprostszych pomysłów byłoby zakupienie przez miasto kilkudziesięciu rowerów. Stworzyć sieć czterech wypożyczalni - stojaki można ustawić przy informacji turystycznej w centrum, na plaży miejskiej i przy dworcach PKP. W żadnym z tych miejsc nie trzeba tworzyć specjalnych lokali, gdzie można wykupić odpowiednią ilość czasu jazdy. Osoba, która wypożycza jednoślad, mogłaby np. z dworca dojechać na plażę miejską i tam zostawić jednoślad. Może nie jest jeszcze za późno, aby jeszcze przed letnim sezonem urzędnicy rozważyli możliwość stworzenia sieci wypożyczalni. Od lat z powodzeniem na zachodzie Europy, m.in. w Lyonie, Paryżu, a wkrótce we Wrocławiu i Krakowie będzie działać system korzystania z rowerów ustawionych na stojakach. Wszystkie jednoślady zakupione we Wrocławiu (miasto kupiło ich już tysiąc) wyglądają tak samo: pomalowane w barwach miasta, czyli na żółto i czerwono, z koszykami, wyposażone w GPS, czujniki uszkodzeń, nieprzebijalne opony. Po uruchomieniu systemu, aby wyciągnąć rower ze stojaka, będziemy musieli włożyć do panelu sterującego kartę czipową (dostaniemy ją np. w kioskach lub w Biurze Informacji Turystycznej) i wstukać PIN. Potem już możemy rozkoszować się faktem, że korzystamy z pierwszego, choć publicznego, to jednak indywidualnego transportu. Na dodatek darmowego, przynajmniej przez pierwsze pół godziny. Po upływie tego czasu albo zapłacimy za dalszą jazdę, albo odstawimy rower do stacji i bierzemy następny.
Komentuj →
5 marca 2008 |
0
Bydgoscy niepełnosprawni poruszający się na wózkach mogą wziąć udział w bezpłatnym kursie prawa jazdy, który organizuje Fundacja Aktywnej Rehabilitacji. Kurs trwa trzy tygodnie i odbywa się w Miętnem koło Garwolina (woj. mazowieckie). - To kontynuacja kompleksowego programu aktywizacji osób z urazami rdzenia kręgowego, realizowanego i rozwijanego przez FAR - tłumaczy Tomasz Biduś, koordynator programu. - Na podstawie wieloletnich doświadczeń stwierdziliśmy, że niepełnosprawni, którzy sami potrafią prowadzić samochód, są znacznie bardziej aktywni i mają więcej możliwość podjęcia pracy. Środki komunikacji publicznej, nawet te dostosowane do przewozu osób poruszających się na wózkach, nie zawsze mogą zastąpić auto. W Bydgoszczy nie ma takiej możliwości, żeby osoba niepełnosprawna z urazami rdzenia kręgowego mogła zrobić za darmo prawo jazdy. Fundacja organizuje taki kurs o zasięgu ogólnopolskim. W tym roku zgłosiło się już 150 osób. Z kursów FAR mogą skorzystać osoby, które mają orzeczenie o niepełnosprawności i wcześniej brały udział w obozach lub zajęciach regionalnych Fundacji. - Naszych podopiecznych wysyłamy właśnie na takie obozy ogólnopolskie. Uczą się tam poruszania się na wózku oraz samoobsługi, co jest szczególnie pożyteczne w pierwszych miesiącach po wypadku. Kurs prawa jazdy to zwieńczenie naszego programu aktywizacji niepełnosprawnych - relacjonuje Krzysztof Kranz z bydgoskiego oddziału Fundacji. FAR szuka potrzebujących głównie w szpitalach. - To ma jednak swój minus, bo udaje się nam dotrzeć tylko do chorych ze świeżymi urazami, a my chcemy pomagać także tym, którzy po wypadku zamknęli się w domu - dodaje Kranz. Dla nich program aktywacji zakończony kursem na prawo jazdy może być prawdziwą szansą na odmianę życia. Osoby, które zdecydują się na ten krok, mogą kontaktować się z Krzysztofem Kranzem z bydgoskiego oddziału FAR pod nr. 509 447 062 (chodzi tylko o osoby z urazami rdzenia kręgowego).
Komentuj →
5 marca 2008 |
1
To już pewne - od 1 września umiejętności kursantów nauki jazdy będą sprawdzane na nissanach micrach. Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Bydgoszczy odrzucił protest dilera opla. - Specjalnie powołana przez nas komisja przeanalizowała dokładnie dokumenty dostarczone przez prawnika reprezentującego pana Marka Mikołajczaka. Nie doszukaliśmy się w nich żadnych przekonujących argumentów. Uznaliśmy protest za bezpodstawny - tłumaczy Tadeusz Kondrusiewicz, dyrektor WORD. Diler opla nie zgadza się z tą decyzją, nie chce jednak komentować całej sprawy. Przypomnijmy, przetarg na nowe samochody wygrała sprzedająca nissany firma Yama z Osielska. Niezadowolony z takiego rozstrzygnięcia diler opla wniósł oficjalną skargę na wyniki konkursu. Twierdził m.in., że zwycięska firma popełniła błędy w dokumentacji i z tego powodu nie powinna zostać dopuszczona do przetargu.
Komentuj →
5 marca 2008 |
0
Rewolucja na przystankach komunikacji miejskiej: w ciągu trzech lat wszystkie będą wymienione. Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz powołała zespół, który w ciągu kilku tygodni opracuje warunki konkursu na operatora wiat. Dziś w stolicy jest blisko 2,5 tys. przystanków autobusowych i tramwajowych. W pierwszym rzucie Ratusz chce wymienić ich ok. 1,2 tys. Potem, stopniowo kolejne. Te wiaty, które dziś są w dobrym stanie, zostaną przeniesione na obrzeża miasta, gdzie dziś pasażerowie czekają na autobusy pod gołym niebem. Jak będą wyglądały nowe przystanki? – Przyszły operator ma je wybudować i zamontować na podstawie wzoru architektonicznego, który był wybrany w konkursie rozstrzygniętym w październiku 2006 roku – mówi naczelnik Wydziału Estetyki Miasta w Ratuszu Tomasz Gamdzyk. Zwyciężyła wówczas lekka, przeszklona konstrukcja zaproponowana przez Towarzystwo Projektowe – z aluminiową ławeczką i podświetlanymi panelami na reklamy. Jej autorami są profesorowie Akademii Sztuk Pięknych Jerzy Porębski i Grzegorz Niwiński, którzy zaprojektowali obowiązujący od lat Miejski System Informacji w Warszawie. – Przygotowali bardzo ciekawy projekt, który na pewno będzie budził zainteresowanie nie tylko innych miast w Polsce, ale i za granicą – zachwala Tomasz Gamdzyk. Jednak niektórzy jurorzy narzekali wówczas, że to konstrukcja dobra dla miejsc o bardziej łagodnym klimacie. Tłumaczyli, że przeszklone wiaty nie dają wystarczającego zabezpieczenia przed deszczem i wiatrem. Dlatego wyróżnili też koncepcję numer dwa Studia MA – wiatę z elementami zieleni. Roślinki byłyby jednak trudne do utrzymania. W skład zwycięskiego przystanku wchodzą – oprócz wiaty – także słupek informacyjny, ławka, słup ogłoszeniowy i stojak na rowery. Cały ten zestaw mebli pojawi się najpierw w ścisłym centrum miasta: przy Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich, a potem w kolejnych rejonach. Urzędnicy na razie nie zdecydowali, jakie wiaty stanęłyby wzdłuż Traktu Królewskiego. Czy takie same, tylko z ograniczoną ilością modułów na reklamy, czy według innego wzoru – stylizowanego i dostosowanego do kamienic Starówki.
Komentuj →
5 marca 2008 |
0
(226-4)
^ W śródmieściu powstaje parking automatyczny. Auta bez udziału kierowców zajmą wolne miejsca. W nowoczesnych parkingach nie będzie stłuczek, wandali i napaści na kobiety
Warszawę czeka parkingowa rewolucja – donosi “Dziennik”. Jeśli sprawdzi się pilotażowy projekt dzielnicy Śródmieście, stolica wzbogaci się o kilka wielopoziomowych podziemnych parkingów.
Nowością będzie to, że nie trzeba w nich kluczyć po wąskich dojazdowych korytarzach. Nasz samochód zaparkuje sam, bez stłuczek i z wyłączonym silnikiem. Pierwszy taki parking ma powstać na skwerze przy ul. Zgoda i Sienkiewicza. - Ta lokalizacja pozwoli nam schować nieestetyczny parking pod ziemią i stworzy naturalne przedłużenie pasażu Wiecha. Wolne miejsce na ziemi wypełnią zieleń i kawiarenki - zapowiada Marcin Rzońca, zastępca burmistrza dzielnicy Śródmieście. Nad ziemią pozostaną trzy wjazdy do parkingu. Kierowca na elektronicznej tablicy zostanie powiadomiony, do którego stanowiska ma podjechać. Zaparkuje w nim swój samochód. Auto zostanie zmierzone elektronicznymi czujnikami. Właściciel przyłoży kartę parkingową do czytnika i wóz sam trafi na wolne miejsce w podziemnej budowli. - Nie będzie żadnych korytarzy dojazdowych. Kierowca nie musi błądzić po takim parkingu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Uniknie zdenerwowania i troski o zbyt ciasną miejscówkę. Wszystko to zostanie zrobione za niego - wyjaśnia Wojciech Stankiewicz ze spółki Firmach, która opracowała koncepcję budynku. Podobnie łatwe ma być "odzyskanie samochodu". Po przyłożeniu karty parkingowej wyświetli nam się należna kwota. Po jej uiszczeniu w ciągu 1,5 min auto stanie na stanowisku wyjazdowym. Samochody będą na swoje miejsce "przenoszone" przez specjalne platformy i zespół wind. Ponieważ zniknie problem wysiadania z auta i manewrowania nim, przestrzeń w automatycznym parkingu zostanie optymalnie wykorzystana. - Gdyby w tym samym miejscu powstał normalny parking podziemny z kilkoma kondygnacjami, uzyskalibyśmy około 160 miejsc. Autoparking pozwoli na stworzenie 300-400 miejscówek - wyjaśnia Stankiewicz. W założeniach budynek ma mieć 6-8 kondygnacji.
Komentuj →
4 marca 2008 |
0
(236-1)
Takiej interwencji giżyccy strażacy dawno nie mieli. Owszem, nieraz ściągali koty z drzew, ale tym razem przyszło im wyciągać wielkie, rude kocisko z... komory silnikowej skody. Akcja trwała godzinę i przy pomocy weterynarza zakończyła się sukcesem. Właściciel skody fabii zaparkowanej przy ulicy Sikorskiego wsiadł do auta, przekręcił kluczyk w stacyjce i już miał ruszyć, kiedy silnik zgasł. Z pod maski zaczęły na dodatek dobiegać jakieś dziwne odgłosy. Mężczyzna wysiadł, podniósł maskę i zobaczył, że w silniku tkwi duży, rudy kot. Zwierzę nie mogło o własnych siłach wydobyć się z pułapki, w jaką wpadło w poszukiwaniu ciepła. Kierowca wezwał na pomoc strażaków. Strażacy przyjechali, popatrzyli, pokręcili głowami. Sprawa nie była łatwa, bo rudzielec został "wkręcony" w jakieś obrotowe elementy silnika. Poza tym był niezwykle agresywny. - Wezwaliśmy lekarza weterynarii, aby dał mu jakiś zastrzyk uspokajający - opowiada Mariusz Szymowiat z KP PSP w Giżycku. Kot po zastrzyku złagodniał i nie stawiał już "oporu". Jednak żeby go wyjąć, strażacy musieli unieść skodę na poduszkach powietrznych, ponieważ kota można było wyjąć tylko od strony podwozia. Wreszcie się udało i rudzielec trafił do lecznicy. Tam się okazało, że prócz ogólnych potłuczeń i zdarcia skóry w jednym miejscu poważniejszych obrażeń nie odniósł. Po kilkudniowej rekonwalescencji ma trafić do schroniska.
Natomiast samochód wyszedł z całej historii bez szwanku. Po zabraniu rudzielca skoda odpaliła i właściciel bez przeszkód mógł nią odjechać – przeczytaliśmy w “Gazecie Olsztyńskiej”.
Komentuj →
4 marca 2008 |
0
W Warszawie z powodu remontu ulicy Puławskiej zapełnia się parking “Parkuj i Jedź“ przy stacji metra Wilanowska. Kierowcy zamiast stać w korku wybrali miejską komunikację. Na parkingu “Parkuj i Jedź“ były zajęte 173 miejsca. To najlepszy wynik od jego otwarcia - mówi rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego Igor Krajnow. Przy stacji metra Wilanowska znajduje się 290 miejsc parkingowych, ale do tej pory nigdy nie było zajętych więcej niż połowa. Dzięki systemowi “Parkuj i Jedź“ kierowcy jadący do pracy w centrum mogą zostawić auto na strzeżonym parkingu. Przy wyjeździe trzeba tylko okazać skasowany bilet - do wyboru: dobowy, trzydniowy, tygodniowy, 30- albo 90-dniowy. Dlaczego kierowcy zaczynają doceniać komunikację miejską? Z powodu gigantycznych korków, jakie sparaliżowały Mokotów. W popołudniowym szczycie przejazd z centrum na Ursynów zajmuje ponad dwie godziny. Remont Puławskiej nie będzie jedynym wstrząsem komunikacyjnym w tym roku w Warszawie. Od 23 czerwca do 5 lipca zamknięta będzie Świętokrzyska od Marszałkowskiej do Tamki. W lipcu i sierpniu drogowcy wyremontują most Poniatowskiego i Al. Jerozolimskie.
Komentuj →
4 marca 2008 |
0
Warszawski ratusz uważa, że nie ma sensu wprowadzać zakazu palenia na przystankach. Urzędnicy przesądzają, że to będzie martwe prawo – komentuje “Gazeta Wyborcza”. Radni przejęli inicjatywę i opracowali własny projekt. Może wejść w życie 1 czerwca. O zakazie palenia na warszawskich przystankach gazeta pisała na początku stycznia. Artykuł wywołał burzę komentarzy na forum, wpłynęło kilkaset e-maili. Miażdżąca większość czytelników chce zakazać palenia na przystankach jak najszybciej. Taki projekt jeszcze w 2007 roku, po licznych skargach pasażerów, opracował Zakład Transportu Miejskiego. W styczniu pozytywnie zaopiniowali go urzędnicy z biura drogownictwa i komunikacji. Brakowało tylko podpisu pani prezydent. I wszystko wskazywało na to, że radni lada dzień ustanowią nowe prawo. Zakaz mógł wejść w życie jeszcze w pierwszym kwartale 2008 roku. Jednak w zeszłym tygodniu zarząd miasta doszedł do wniosku, że zakaz nie ma sensu, bo nie będzie możliwości jego wyegzekwowania. - Pracował nad nim specjalny zespół koordynacyjny i ostatecznie projekt został odrzucony. Doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu uchwalać martwego prawa - mówi Stanisław Szweycer, zastępca dyrektora biura drogownictwa i komunikacji w ratuszu. - Pojawiły się trudności z określeniem strefy. Ile metrów od przystanku nie wolno palić? Co z palaczem, który stanąłby na granicy? W stolicy jest 3 tys. przystanków, jak mielibyśmy tego wszystkiego upilnować? - wylicza trudności Szweycer. Urzędnicy postanowili, że biuro promocji miasta opracuje kampanię zachęcającą do niepalenia na przystankach. - Taką informację otrzymałam tydzień temu - potwierdza dyrektorka biura Katarzyna Ratajczyk. - Akcję chcemy przeprowadzić wspólnie z Centrum Komunikacji Społecznej. W tej chwili nie wiem, ile pieniędzy zostanie na to przeznaczonych. Najpierw musimy zastanowić się, jak to będzie wyglądać - dodaje. Nie wiadomo też, kiedy ewentualna kampania miałaby się rozpocząć. Taki zakaz od niedawna obowiązuje w Krakowie. - Nie wiem, jaki może być problem z określeniem granicy? U nas palić nie wolno pod wiatą i 15 metrów wokół niej - wyjaśnia Filip Szatniak z biura prasowego urzędu miasta w Krakowie. - Straż miejska ma prawo ukarać opornych nawet 500-zł mandatem i są już pierwsze efekty. W Krakowie zakaz palenia wprowadzono nie tylko na przystankach, ale także w trzech największych parkach. Tam dla palaczy zostaną wyznaczone specjalne strefy z popielniczkami. Problemu z egzekwowaniem takiego prawa nie ma też Toruń. W mieście zakaz obwiązuje już ponad dziesięć lat. Tymczasem w Warszawie własny projekt zakazu palenia na przystankach opracował radny Zbigniew Cierpisz (PiS). - Zrobiłem to jeszcze w 2007 roku, ale wstrzymałem się z jego prezentacją na radzie, bo czekałem na ten z ZTM. Ale się nie doczekałem - mówi. Według niego kampania zachęcająca do niepalenia na przystankach nie przyniesie rezultatów. - Będzie tak samo jak z informacją na papierosowych paczkach - wszyscy czytają, ale nikt sobie z tego nic nie robi - przewiduje. Nie rozumie również, jaki może być problem z wytyczeniem strefy wolnej od tytoniowego dymu na przystanku. Twierdzi, że egzekwowanie zakazu zależy od woli służb miejskich. Cierpisz na własną rękę przeprowadził rozeznanie w radzie. - Wygląda na to, że większość jest "za". Przychylni są nawet sami palacze - zapewnia. Radny w swoim projekcie postuluje, aby zakaz zaczął obowiązywać od 1 czerwca.
Komentuj →
4 marca 2008 |
0
Ponad 20 kierowców polskich biskupów uczyło się jeździć po lodzie i wertepach. Już siódmy raz kierowcy biskupów doskonalili swoje umiejętności zawodowe. – Duchowni spotykają się na Konferencji Episkopatu Polski, a ich szoferzy w tym samym czasie się szkolą – mówi ks. Marian Midura, krajowy duszpasterz kierowców. Choć wożący hierarchów zawodowo prowadzą samochody nawet od kilkudziesięciu lat, to wciąż popełniają błędy. – Podstawą jest właściwe ułożenie ciała, o czym wielu kierowców nie wie lub zapomina. Fotel musi być tak ustawiony, żeby był swobodny dostęp do hamulców i skrzyni biegów – tłumaczył Tomasz Dąbrowski, instruktor doskonalenia techniki jazdy samochodem. Po krótkim wykładzie przyszedł czas na ćwiczenia praktyczne. Kierowcy na torze automobilklubu na Bemowie uczyli się wychodzenia z poślizgów, podjazdów i zjazdów ze stromych wzniesień, jazdy po nierównym terenie. Niektórzy przyznawali, że te umiejętności im się przydadzą. – Zdarza się, że musimy jechać w ulewie, po lodzie czy w śniegu i trzeba sobie radzić – mówi Wincenty Pochowski, kierowca biskupa bydgoskiego Jana Tyrawy.– Gdy jedzie się w kolumnach VIP-owskich, trzeba być ostrożnym, szybko zmieniać prędkość i uważać na inne auta, które nie zawsze zjeżdżają nam z drogi – dodaje Zbigniew Kleczyński, który wozi biskupa polowego Tadeusza Płoskiego podczas jego wizyt we Wrocławiu. Kierowcy przyznają, że wożąc biskupów na spotkania, muszą się spieszyć. Wtedy zdarza się mocniej przycisnąć pedał gazu.A jakie samochody najczęściej prowadzą? Auta hierarchów są różne i zależą tylko od upodobań ich użytkowników. – Jedyny wymóg to sprawność i ważne badania techniczne – żartuje ks. Grzegorz Kozicki z warszawskiej kurii. – Reszta zostaje w gestii kapłana. I tak biskup Sławoj Leszek Głódź od dawna wybiera mercedesa, biskup siedlecki Henryk Tomasik jeździ volkswagenem golfem, a warszawski biskup Marian Duś, który długo preferował spacery, jeździ passatem i to nie najnowszym modelem. Arcybiskup Kazimierz Nycz jeździ audi A6, ale służbowym samochodem warszawskiej kurii jest skoda fabia. – To popularne auta wśród duchowieństwa, także wyższego – usłyszeliśmy w salonie przy ul. Felińskiego. – Dwa dni temu sprzedaliśmy takie auto zakonnicom. Skoda proponuje księżom upusty w wysokości pięciu, sześciu proc. Ale większość dilerów nie daje rabatów. Kapłani dokupują do aut radia, klimatyzację i dodatkowe zabezpieczenia.
Komentuj →
3 marca 2008 |
0
Spod Dworca Centralnego, pl. Powstańców i pl. Trzech Krzyży zniknęły strzeżone parkingi firmy Towing. Za postój w tych miejscach płacimy w parkomatach. Firma Towing miała opuścić te miejsca już w styczniu zeszłego roku. Ratusz rozwiązał z nią umowę dzierżawy, bo uznał, że w strefie płatnego parkowania powinny obowiązywać jednolite zasady opłat. Postój na parkingach był średnio dwa razy droższy niż na zwykłych miejscach przy ulicy. Rzetelnie dodajmy, iż w cenę wkalkulowany był także całodobowy dozór na parkingach. Władze miasta (udziałowiec spółki – red.) narzekały także na niezbyt wygórowane stawki za dzierżawę ustalone przez poprzedników. Mimo to umowę z Towingiem dwukrotnie przedłużano. Teraz kierowcy definitywnie pożegnali firmę na tych parkingach. Wywieziono już budki parkingowych. Od wczoraj kierowcy za postój muszą płacić w parkomatach. Niektórzy się cieszą, że parkowanie staniało. Inni narzekają jednak, że zlikwidowano strzeżone parkingi. - Zostawiałam tam samochód, bo miałam pewność, że będzie bezpieczny. Tymczasem pod parkomatami zwykle nie ma miejsca. W okolicy brakuje zaś strzeżonych parkingów - ubolewa pani Ewa z Nowego Światu. W Śródmieściu, m.in. pod pl. Powstańców, pl. Trzech Krzyży pod Emilii Plater mają powstać parkingi podziemne. Inwestycje te wciąż się jednak opóźniają.
Komentuj →
3 marca 2008 |
0
Jeleniogórscy policjanci zatrzymali instruktora nauki jazdy. Mężczyzna pomimo sądowego zakazu kierowania pojazdami uczył jeździć. Jak się później okazało był właścicielem szkoły nauki jazdy. Około 12:20 na ulicy Sobieszowskiej w Jeleniej Górze policjanci z Jeleniej Góry zatrzymali do kontroli drogowej samochód nauki jazdy z Bolesławca. Kierujący popełnił wykroczenie, gdyż pomimo obowiązku, nie miał włączonych świateł. W trakcie kontroli okazało się, że 61-letni instruktor prowadził zajęcia nauki jazdy, mając orzeczony wyrokiem sądowym zakaz kierowania wszelkimi pojazdami mechanicznym. Zakaz obowiązywał mężczyznę od listopada 2007 roku do listopada 2010, za to, że kierował pojazdem w stanie nietrzeźwości. Za naruszenie zakazu sądowego mężczyźnie grozi do 3 lat pozbawienia wolności.
Komentuj →
3 marca 2008 |
4
Jest zwrotne, łatwe w obsłudze i prowadzeniu – tak o toyotach yaris mówią kandydaci na kierowców. W Lublinie egzamin praktyczny na kategorię B przeprowadzany jest już na toyotach.Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Lublinie na przełomie roku rozpisał przetarg na wynajem aut egzaminacyjnych. Przy rozstrzygnięciu było trochę zamieszania za sprawą licznych protestów, ale ostatecznie wygrała toyota yaris. Pierwsze osiem aut już dostarczono odbiorcy i ruszyły egzaminy. Z jakim wynikiem? Podobnym jak w przypadku dwóch pozostałych marek pojazdów wykorzystywanych do egzaminów. Średnio zdaje ok. 28 proc. kandydatów na kierowców. – Przez ubiegły tydzień można było u nas zapoznać się z nowym autem, zerknąć pod maskę czy też usiąść za kierownicą – mówi Artur Banaszkiewicz, zastępca dyrektora WORD w Lublinie. – Nawet teraz w oczekiwaniu na egzaminy prezentujemy nowe auto. Czy zdanie części teoretycznej na toyocie yaris jest trudne? To już zależy od poziomu wyszkolenia. Jeden z pierwszych zdających, który znał tylko chevroleta aveo, bez problemu poradził sobie z toyotą. Inni popełnili błędy na placu manewrowym lub nie ustąpili pierwszeństwa w ruchu miejskim. Co ciekawe, jeśli ktoś nawet nie zdał, to zapowiadał, że na powtórkę wybierze yarisa, gdyż łatwiej się go prowadzi. – Mamy do dyspozycji 20 pojazdów egzaminacyjnych: chevroletów aveo, opli corsa i toyot yaris oraz 37 egzaminatorów – mówi Ryszard Pasikowski, dyrektor WORD w Lublinie. – To pozwoli nam skrócić okres oczekiwania na egzamin z półtora miesiąca do 30 dni.
Komentuj →
3 marca 2008 |
0
Ciało obce (np. drzazga, kamyk, pręt) znajdujące się w ranie powinien usuwać lekarz. Pomoc przedmedyczna sprowadza się do zabezpieczenia miejsca urazu.
Najważniejsze zasady opatrywania rany z wystającym ciałem obcym:
§nie usuwaj ciała obcego z rany
§zastosuj opatrunek osłaniająco-stabilizacyjny
§chroń przed wstrząsem
§obserwuj ranę - w razie przesiąkania krwi zabezpiecz kolejną warstwą opatrunku gazowego i umocuj, nie przemieszczając ciała obcego tkwiącego w ranie.
(236-2)
Rana z ciałem obcym
Nie usuwając wystającego ciała obcego, a jedynie, jeśli istnieje taka konieczność, je stabilizując, ranę zabezpieczamy opatrunkiem przed zakażeniem.
(236-3)
Opatrunek mocujemy bandażem, który powinien ściśle przylegać, ale nie może być za ciasny, by nie utrudniać krążenia. Nie bandażujemy ciała obcego, pozostaje na zewnątrz!
Tak wygląda prawidłowo opatrzona rana z wystającym ciałem obcym.
Komentuj →
3 marca 2008 |
1
Senator Bronisław K., zaparkował swoją hondę civic niemal na środku katowickiego Rynku. A w dodatku na pasach. Mimo kartki umieszczonej na podszybiu samochodu, która informowała kim jest jego właściciel, katowicka straż miejska zakuła jego auto w kajdany, czyli założyła na kole opaskę blokującą. Senator w jednak nie protestował. Nie targował się ze strażnikami i za przewinienie drogowe zapłacił 100 złotych mandatu. Za podobne przewinienie, strażnicy, po rozmowie wychowawczej inkasują jednak zwyczajowo 50 złotych. W katowickiej Straży Miejskiej “Dziennik Zachodni” dowiedział się, że w przypadku ewidentnego złamania przepisów, jak na przykład postoju na pasach, żaden identyfikator umieszczony na podszybiu samochodu nie ma znaczenia. Mandat i tak trzeba jednak zapłacić. Okazuje się jednak, że ten sposób ma wielu swoich gorących zwolenników. Spodziewają się, że informując o swoich danych unikną kary.

Komentuj →