6 grudnia 2007 |
0
Rozmowa z Tristanem Martinem, koordynatorem ds. transportu rowerowego holenderskiej Hagi, który przez kilka ostatnich dni jeździł rowerem po Warszawie, rozmawia “Gazeta Wyborcza”: Haga to prawdziwy raj dla cyklistów. W niespełna półmilionowym mieście jest 270 km ścieżek rowerowych i ok. 100 km pasów rowerowych na jezdniach. W Warszawie Tristan Martin testował w tym tygodniu m.in. ścieżki na moście Świętokrzyskim i świeżo zbudowaną na ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. Przedzierał się też ulicami przez centrum i spotykał urzędnikami, by poradzić, jak powinno się projektować drogi dla rowerzystów.
Krzysztof Śmietana: Jak się panu jeździło rowerem po Warszawie?
Tristan Martin: To było ciekawe doświadczenie. Spodziewałem się, że macie o wiele mniej ścieżek rowerowych. Okazało się, że nie jest jeszcze tak źle. Oczywiście Warszawa ma jeszcze bardzo dużo zrobienia. Drogi rowerowe są niepołączone, a to może nie zachęcać do tego, żeby wsiadać na rower.
Krzysztof Śmietana: Czym się różnią na pierwszy rzut oka ścieżki w Warszawie od tych w Hadze?
Tristan Martin: Zauważyłem, że w Warszawie ścieżka albo bezpośrednio styka się z chodnikiem, albo jest jego wydzieloną częścią. W Hadze drogi rowerowe są zwykle wyraźnie odseparowane od jezdni i chodników. Dzięki temu piesi i rowerzyści nie przeszkadzają sobie nawzajem. Poza budujemy tym raczej ścieżki jednokierunkowe po dwóch stronach ulicy. To jest bezpieczniejsze zwłaszcza wtedy, gdy na danej trasie jest dużo skrzyżowań.
Krzysztof Śmietana: Podobno w Hadze aż 30 proc. codziennych przejazdów do pracy, szkoły czy na zakupy odbywa się na rowerach. Kiedy zaczął się ten szał rowerowy?
Tristan Martin: Holendrzy jeździli masowo na rowerze właściwie od momentu jego wynalezienia pod koniec XIX w. Oczywiście popularność zwiększała się stopniowo. Wraz z rozwojem motoryzacji ludzie coraz częściej chcieli odpocząć od samochodu.
Krzysztof Śmietana: A kiedy zaczęły powstawać pierwsze wydzielone ścieżki rowerowe?
Tristan Martin: Właśnie wtedy, kiedy samochody stały się bardzo popularne, czyli w latach 50. i 60. Uznano, że ruch rowerów i samochodów trzeba odseparować.
Krzysztof Śmietana: A jak to jest zimą? U nas wiele osób nie wyobraża sobie jazdy na rowerze o tej porze roku.
Tristan Martin: Wystarczy tylko odpowiednio się ubrać. Oczywiście na ulicach widać wtedy nieco mniej rowerzystów. Nadal jednak udział podróżujących codziennie na rowerach jest duży - to 15-20 proc.
Krzysztof Śmietana: Za co pan odpowiada jako koordynator transportu rowerowego Hagi?
Tristan Martin: Mówiąc ogólnie, za politykę rowerową w mieście - czyli m.in. za to, gdzie powinny powstawać nowe drogi rowerowe. Pilnuję, czy ich budowa przebiega zgodnie z planem i wyznaczonym budżetem. Projekty staram się konsultować z mieszkańcami. Oczywiście tam, gdzie ścieżki udało się wytyczyć dość prosto, to już to zrobiliśmy. Teraz skupiamy się na trudniejszych zadaniach. Niedawno powstała np. estakada rowerowa nad 12-pasmową autostradą. Dzięki temu można wygodnie przejechać na rowerze z dużego osiedla pod Hagą do centrum miasta.
Krzysztof Śmietana: Gdzie można tu zostawić rower?
Tristan Martin: W centrum Hagi mamy osiem dużych parkingów strzeżonych, które zorganizowało miasto. Opłata wynosi zaledwie 60 eurocentów. To oczywiście nie jest dochodowe przedsięwzięcie. Dlatego parkingowi, którzy tam pracują, są opłacani z funduszy socjalnych. Ogromny parking na 6 tys. rowerów powstaje teraz koło dworca kolejowego. Kolei zależy, żeby tworzyć odpowiednią infrastrukturę koło stacji, bo to im zwiększa liczbę pasażerów.
Krzysztof Śmietana: W Warszawie oprócz ścieżek mają powstawać pasy rowerowe na jezdniach. Podobne są w Hadze. Jak się sprawdzają?
Tristan Martin: Staramy się, żeby takie pasy istniały tylko tam, gdzie natężenie ruchu samochodów jest dosyć małe. Są one trochę mniej bezpieczne niż ścieżki rowerowe. Tam, gdzie to możliwe staramy się zastępować je wydzielonymi ścieżkami. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, najważniejszy problem to jednak odpowiednie zaprojektowanie skrzyżowań. Do kolizji dochodzi zwykle, gdy samochód skręca w prawo. Przejazd rowerowy musi być wyraźnie oznaczony zarówno na jezdni jak i znakami pionowymi.
Krzysztof Śmietana: U nas często od przesiadki na rower odstrasza nie tylko brak ścieżek, ale też podejście kierowców, którzy nie chcą np. ustępować pierwszeństwa albo przejeżdżają blisko rowerzysty z dużą prędkością. Wielu z nich uważa, że rowerem powinno się jeździć po lesie albo po parku. Jak można by zmienić takie podejście?
Tristan Martin: To oczywiście zajmie trochę czasu. Równolegle oprócz budowy odpowiedniej infrastruktury dla cyklistów trzeba promować rower na wszelkie sposoby właśnie jako alternatywny środek transportu. Dobrą akcją jest comiesięczna Masa Krytyczna. Im więcej osób będzie jeździć rowerach, tym będzie to traktowane bardziej poważnej. To rodzaj reakcji łańcuchowej. Jedni pociągają za sobą następnych.
Krzysztof Śmietana: W Warszawie większość ścieżek zbudowana jest z betonowej kostki. Już po kilku latach są one krzywe i dziurawe. Dopiero w tym roku powstają pierwsze drogi z asfaltu.
Tristan Martin: W Hadze mamy ok. 25 proc. ścieżek asfaltowych. Na pozostałych sukcesywnie wymieniamy jednak kostkę i płyty na asfalt. To powinno zająć kilka lat.
Krzysztof Śmietana: Sądzi Pan, że w Warszawie też kiedyś zaczniemy jeździć na rowerach tak masowo jak miastach holenderskich?
Tristan Martin: Czeka was jeszcze długa droga. W ciągu 20 lat pewnie jednak zbliżycie się do naszego poziomu.
Komentuj →
4 grudnia 2007 |
3
Do poznańskiej “drogówki" wpłynęła kolejna skarga od mieszkańca os. Przyjaźni na utrudnienia w ruchu spowodowane przez samochody nauki jazdy. Podobne sygnały odbiera też Straż Miejska. Mieszkańcy osiedli narzekają, że ośrodki szkoleniowe zrobiły sobie z wewnętrznych parkingów place manewrowe. Kierowcy wskazują, że “elki" spowalniają ruch, blokują wyjazdy z osiedli, jednym słowem stanowią swoistą przeszkodę na drodze. Instruktorzy twierdzą, że taka sytuacja trwać będzie do momentu, do kiedy przy ulicy Wilczak funkcjonować będzie Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego. Mieszkańcy Winograd rozumieją, ale nie widzą sposobu na rozwiązanie problemu. – Mieszkańcy Winograd twierdzą, że czasem kilka pojazdów ośrodków szkolenia, jeden za drugim, jedzie wolno prawym pasem ruchu uniemożliwiając lub wstrzymując wyjazd z wewnętrznej drogi osiedla – mówi Józef Klimczewski, naczelnik Sekcji Ruchu Drogowego KMP z Poznaniu. Podobne sygnały odbiera straż miejska. – Skargi na “elki" wpływają tradycyjnie od mieszkańców Winograd – mówi Przemysław Piwecki, municypalny. – Niestety, samochody nauki jazdy, które jeżdżą po ulicach tej dzielnicy to nie tylko pojazdy poznańskich ośrodków, ale także spoza stolicy Wielkopolski. – Skargi dotyczą tego, że “elki" jeżdżą jedna za drugą, że kandydaci na kierowców nie potrafią ruszyć na zielonym, że wstrzymują ruch, bo auta im gasną. – Przecież oni nie dostają prawka na dzielnicę Winogrady tylko na cały świat! – zżyma się Kazimierz Siduk, mieszkaniec “elkowej" dzielnicy. – Jak ja się uczyłem, to jeździłem po całym Poznaniu. Nie miałem pojęcia, jaką trasę egzaminator wytyczy mi na egzaminie. – Może chociaż ograniczyć jazdy w godzinach szczytu? – podsuwa pomysł Jacek Małecki z Piątkowa. – Takie problemy ma cała Polska z wyjątkiem Warszawy, gdzie są trzy ośrodki egzaminacyjne – tłumaczy Zbigniew Ogiński z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Ośrodków Szkolenia Kierowców i Instruktorów. – To bardzo dziwne pomysły – twierdzi Andrzej Gruszka, Szkoła Jazdy “Wierzbak". – Kursanci muszą nauczyć się jeździć w każdych warunkach i o każdej porze. Zapewniam, że nikt z nas, instruktorów, nie jeździ tylko po Winogradach, bo byłoby to po prostu nudne. Jeździmy wszędzie. A im bliżej Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego, tym samochodów z “elką" więcej , bo zjeżdża się tam cała Wielkopolska. – Doskonale rozumiem i zgadzam się z tymi ludźmi – mówi Jerzy Milewski z “Autoszkoły". – Tam jednak zlokalizowany jest ośrodek egzaminacyjny i każdy kursant chce poznać okoliczne ulice. – W tej kadencji Komisja Bezpieczeństwa nie zajmowała się tą sprawą, ale jeśli wpłynie taki sygnał od mieszkańców podejmiemy interwencję – obiecuje Maciej Przybylak, radny miasta. – Kiedyś radni Nowej Soli chcieli ograniczyć wjazd “elek" w godzinach szczytu do centrum. Nie udało im się, bo wszystkie drogi oprócz prywatnych są publicznymi, także osiedlowe. Znaki zakazujące wjazdu “elkom" są nielegalne – tłumaczy Z. Ogiński. – Jeśli ktoś będzie próbował ograniczyć nasze prawa, wystąpimy do Rzecznika Praw Obywatelskich i do Trybunału Konstytucyjnego. Według niego problem z “elkami", a właściwie z korkami na Winogradach jest chwilowy, a związany był głównie z remontami tamtejszych ulic – przeczytaliśmy w “Głosie Wielkopolskim”.
Komentuj →
3 grudnia 2007 |
6
Stołeczna drogówka chce zmusić kierowców, żeby zaczęli przestrzegać kodeksu drogowego. Od początku grudnia funkcjonariusze zaczynają akcję wymierzoną w kierowców, którzy przejeżdżają przez skrzyżowanie na żółtym świetle. To już druga tego typu inicjatywa w ostatnich dniach. W ubiegłym tygodniu policjanci z drogówki karali mandatami osoby, które wjeżdżały na zakorkowane samochodami skrzyżowanie, chociaż mogły przewidzieć, że z nich nie zjadą. Na najważniejszych skrzyżowaniach w stolicy mają pojawić się policjanci, którzy będą zapisywali numery rejestracyjne pojazdów przejeżdżających przez przejścia dla pieszych mimo zmieniających się świateł. - Aby kierowcy nie mieli wątpliwości, że popełnili przestępstwo, nasi ludzie będą wykorzystywać do kontrolowania fotorejestratory - mówi Jacek Zalewski, naczelnik wydziału ruchu drogowego. - Obraz z kamery nie kłamie i nikt nie powinien mieć pretensji, jeśli dostanie mandat - dodaje. A mandaty, które zamierzają wystawiać policjanci z drogówki, mogą bardzo uszczuplić domowy budżet. Za przejechanie przez skrzyżowanie przy innym świetle niż zielone kierowcy grozi sześć punktów karnych. Dostanie też mandat. Ile zapłaci, zależy od funkcjonariuszy - kara waha się od 20 zł nawet do 500 zł. Kierowcy, którzy w tym roku popełnili takie wykroczenie i zostali na nim przyłapani (a było ich już kilka tysięcy), tłumaczą się, że pokonywali skrzyżowanie na żółtym, a nie czerwonym świetle. - To nie jest wytłumaczenie. Według przepisów ruchu drogowego kierowca może przejechać wyłącznie na zielonym świetle. Gdy widzi żółte, powinien natychmiast hamować - mówi Zalewski. Właściciele samochodów powołują się jednak na inny zapis kodeksu drogowego, który mówi, że można przejechać na żółtym świetle, jeśli gwałtowne hamowanie mogłoby spowodować kraksę, bo jadący z tyłu samochód nie zdążyłby się zatrzymać. Policjanci jednak zapewniają, że i takie wymówki nie znajdą u nich zrozumienia. - Po centrum miasta powinno się jeździć 50 km/godz. Przy takiej prędkości droga hamowania jest na tyle krótka, że nie powinien w nas wjechać żaden samochód. Takie obawy może mieć tylko właściciel samochodu z niesprawnymi hamulcami lub jeżdżący z niedozwoloną prędkością - mówią policjanci. Kierowcy krytykują policję, że przez takie akcje w stolicy będą korki większe niż dotąd. - Czy oni powariowali?! - denerwuje się Sławomir Pawlak, taksówkarz z 12-letnim stażem. - Przecież gdyby wszyscy przestrzegali skrupulatnie kodeksu drogowego, to całe miasto by stanęło w korkach! Dzięki temu, że stołeczni kierowcy jeżdżą z głową i czasem naginają przepisy, po Warszawie da się w ogóle przejechać - dodaje. Do drogówki jednak te argumenty nie przemawiają. - My przede wszystkim musimy zadbać o to, by po stolicy jeździło się bezpieczniej. Płynność ruchu jest na drugim planie - dodaje Zalewski.
Komentuj →
3 grudnia 2007 |
1
Dwa miesiące trzeba czekać na praktyczny egzamin na prawo jazdy. Kolejki jeszcze tej jesieni miał rozładować nowy punkt egzaminowania. Na jego otwarcie trzeba jednak poczekać aż do stycznia – komentuje “Rzeczpospolita”. I dalej czytamy: W Warszawie egzamin można zdawać tylko w dwóch oddziałach Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego. W głównym, znajdującym się przy ul. Odlewniczej 8, na prawo jazdy kat. B (samochody osobowe) co dzień egzaminowanych jest 350 osób. Nieco mniej sprawdzianów – około 200 – przeprowadzanych jest w ośrodku przy ul. Powstańców Śląskich 125. Ustawowy czas oczekiwania na egzamin po zakończeniu kursu wynosi 30 dni, jednak w obu ośrodkach czeka się dwa razy dłużej. Powodów jest kilka. Wielu adeptów kierownicy oblewa praktyczne sprawdziany i musi je powtarzać. Średnio uprawnienia uzyskuje się za trzecim podejściem. Za każde kursant musi zapłacić 134 zł. Kolejki rosną także dlatego, że oba ośrodki przeżywają prawdziwy najazd chętnych obawiających się, że po nowym roku trudniej będzie uzyskać uprawnienia do kierowania autem, bo zmienią się zasady egzaminowania.– Na kursie mówiono nam, że może być trudniej, bo na praktycznym będzie trzeba jechać również za miasto – mówi jedna z kursantek. - A nawet jeśli zdamy, to będzie obowiązywał okres próby, po którym czeka nas kolejne szkolenie. - Nic podobnego, po nowym roku będziemy egzaminować po staremu - uspokaja Andrzej Szklarski, dyrektor WORD w Warszawie. Chociaż prace nad nowymi przepisami trwają, w 2008 roku jedyna zmiana dotyczyć będzie samochodów egzaminacyjnych. W województwie mazowieckim od lutego kursanci przesiądą się z opli corsa do toyot yaris. - Co trzy lata musimy wyłaniać nowego producenta aut - tłumaczy Szklarski.- Zdecydowaliśmy się na Toyotę, gdyż zaproponowała najtańszą ofertę. Kolejki nie maleją także z powodu opóźnienia w otwarciu nowego punktu egzaminowania, który miał być czynny jesienią. Zacznie działać dopiero w styczniu. Na razie na zaadoptowanym terenie Robotniczego Klubu Sportowego Okęcie u zbiegu ul. Radarowej i Hynka trwa remont budynku i budowa trzech placów manewrowych. W ośrodku, który będzie dysponował 15 autami, ma się odbywać ok. 200 egzaminów dziennie. Inwestycja na Okęciu pochłonie ok. 700 tys. zł. Na razie, by zmniejszyć kolejki oczekujących, dyrektor ośrodka postanowił zatrudnić więcej egzaminatorów.
Komentuj →
9 grudnia 2007 |
0
Nietrzeźwy kierowca chciał przewozić przedszkolaki - Policjanci z Lęborka zatrzymali nietrzeźwego kierowcę autokaru. 43-latek miał zawieźć grupę przedszkolaków na wycieczkę. O skontrolowanie stanu technicznego pojazdu i trzeźwości kierowcy poprosił jeden z rodziców. Mężczyzna, który we krwi miał 0,22 promila alkoholu, trafił do komendy. Do Gdyni dzieci zawiózł inny, trzeźwy kierowca.Mężczyzna miał zawieźć 40-osobową grupę przedszkolaków. Funkcjonariusze nie mieli zastrzeżeń co do sprawności autokaru. Natychmiast zatrzymano jego prawo jazdy. Za jazdę w stanie po użyciu alkoholu grozi mu kara aresztu lub grzywna do 5 tysięcy złotych.
Nietrzeźwy kierowca prowadził autobus- Braniewska policja zatrzymała w Narusie (gm. Frombork) kierowcę autobusu, który miał 0, 6 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. 52- letni Roman U. jechał autokarem pełnym pasażerów. Kierowca z Elbląga prowadził autokar jednego z lokalnych przewoźników. Okazuje się, że to nie pierwszy taki wyczyn Romana U. Mężczyzna został zatrzymany 5 grudnia w Narusiepodczas policyjnej akcji “Prędkość”. Wiózł komplet pasażerów. - Poranny kurs do Elbląga mógł zakończyć się dla nich tragicznie. Kontrolujący go policjant ruchu drogowego wyczuł wyraźną woń alkoholu. Kierowca od razu zakończył swój kurs. Został przewieziony do braniewskiej komendy - mówi nadkom. Anna Kos, oficer prasowy. Być może gdyby mężczyzna nie przekroczył prędkości zakończyłby kurs w Elblągu. Stało się jednak inaczej. - Jak ustalili funkcjonariusze ruchu drogowego wypił od 4 do 5 piw. Sam zatrzymany mówił, że 2 lub 3 lata wcześniej miał już zatrzymywane prawo jazdy za jazdę autobusem pod wpływem alkoholu - mówi nadkom. Ann Kos. Za kierowanie autobusem w stanie nietrzeźwości grozi mu kara do 2 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo zatrzymane zostanie jego prawo jazdy. Nie wiadomo jakie konsekwencje poniesie w pracy.
Pijany kierowca tira wiózł kolebiące się 27 ton - Na autostradzie A4 w rejonie Kątów Wrocławskich policjanci zatrzymali pijanego kierowcę tira. Miał ponad 2,5 promilaalkoholu, a 27-tonowy ładunek cieżarówki był niewłaściwie umocowany. Uwagę policjantów z drogówki zwrócił fakt, że ciężarówka i jej naczepa były mocno przechylone na prawą stronę. Po zatrzymaniu pojazdu okazało się, że pijany kierowca przewoził 27 ton metalowych teowników, które były niewłaściwie umocowane i spowodowały przechylenie się samochodu. Kierowca odpowie przed sądem za prowadzenie pod wpływem alkoholu i niewłaściwe zabezpieczenie ładunku.
Nietrzeźwy policjant najechał... na radiowóz - Dwa promile alkoholu miał funkcjonariusz z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej, który uderzył swym autem w tył nieoznakowanego samochodu policyjnego. Zostanie zwolniony ze służby. Dzisiaj, kilka minut po 5. rano, na al. Wojska Polskiego osobowy citroen najechał na renault thalia. Okazało się, że za kółkiem citroena siedział policjant z Komendy Wojewódzkiej w Bydgoszczy i na dodatek w stanie nietrzeźwym. Badania alkomatem wykazało 2,05 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Komendant wojewódzki policji podjął już decyzję o wszczęciu postępowania administracyjnego zmierzającego do zwolnienia go ze służby. Policjant pracował 13 lat w wydziale kryminalnym KWP. - Był jednym z lepszych pracowników - mówią przełożeni. W samej kolizji nikt nie został ranny.
Komentuj →
9 grudnia 2007 |
0

Przed budową innych przepraw dzielnicowi radni zazwyczaj naciskali, by przyspieszyć ich otwarcie. W przypadku mostu Krasińskiego, który w 2010 r. ma połączyć centrum Żoliborza ze Śliwicami na Pradze-Północ, jest całkiem inaczej - z obu stron Wisły płyną prośby, by powstał jak najpóźniej. Przygotowania idą jednak pełną parą. - Nie ma żadnych opóźnień. Projekt będzie gotowy zgodnie z harmonogramem, czyli w marcu przyszłego roku - zapowiada Urszula Nelken z biura prasowego Zarządu Dróg Miejskich. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz jest dumna z nowej inwestycji. Za swój wielki sukces uważa błyskawiczne tempo rozstrzygnięcia przetarg na projekt tego mostu, który ma być podwieszony na charakterystycznych łukach. Wątpliwości zgłosiła jednak rada Pragi-Północ. Żeby "zmniejszyć uciążliwość dla mieszkańców okolicznych osiedli", domaga się projektu "przeprawy tramwajowo-pieszo-rowerowej". Pod takim antysamochodowym stanowiskiem podpisał się wiceprzewodniczący północnopraskiej rady Kazimierz Baranowski (do niedawna w PiS). Wczoraj Baranowski nie był zbyt rozmowny - tłumaczył, że akurat kieruje swoim autem. - Sprawa mostu Krasińskiego jest mimo wszystko niejasna. Będziemy jeszcze o nim rozmawiać w przyszłym tygodniu - powiedział tylko. O sens budowy mostu bez samochodów spytaliśmy przewodniczącą rady Elżbietę Kowalską-Kobus (PO). - To stanowisko jest nieumiejętnie sformułowane. Powinno być napisane wprost: chcemy lokalnej przeprawy, bez tranzytu ciężarówek. I wcześniej powstania mostu Północnego - stwierdziła. Urszula Nelken z ZDM: - Budować most bez samochodów byłoby rozwiązaniem kalekim dla systemu komunikacyjnego miasta i trochę absurdalne. Ale jeśli taka będzie wola radnych, my się jej podporządkujemy.
Komentuj →
8 grudnia 2007 |
1
W dniu 8 grudnia 2007 roku w Radomiu odbyła się konferencja metodyczna pod hasłem “Społeczna misja nauczycieli jazdy”. Organizatorami konferencji byli: Polska Federacja Stowarzyszeń Szkół Kierowców, Urząd Miejski w Radomiu, Starostwo Powiatowe w Radomiu i Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Radomiu. Zaproszenie do udziału w konferencji przyjęło ponad 70 instruktorów działających w Radomiu i okolicznych powiatach. Celem konferencji była poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego poprzez doskonalenie kompetencji zawodowych nauczycieli jazdy. Tematyka konferencji: 1) Sylwetka psychologiczna nauczyciela jazdy – Andrzej Markowski, psycholog transportu; 2) Odpowiedzialność prawna nauczyciela jazdy – Maciej Wroński, ekspert prawa drogowego; 3) Umiejętności dobrego kierowcy – Europejski Program OBSERWATOR – Witold Wiśniewski, prezes wydawnictwa Grupa IMAGE; 4) Kształtowanie właściwych postaw kierowców wobec niechronionych uczestników ruchu drogowego – Jan Borowski, KW Policji zs w Radomiu; 5) Potrzeby zawodowe instruktorów jazdy – Krzysztof Szymański, prezes Polskie Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców; 6) Ustawowy nadzór nad procesem szkoleniem kierowców – Andrzej Prósiński, dyrektor Wydziału Komunikacji UM w Radomiu; 7) Statystyka zdawalności oraz omówienie przyczyn niepowodzeń egzaminacyjnych – Mirosław Szadkowski, dyrektor WORD w Radomiu. Uczestnicy otrzymali Certyfikat udziału w konferencji wystawiony przez organizatorów oraz materiały informacyjno-szkoleniowe wspomagające pracę instruktorów. Konferencja była pierwszym tego typu szkoleniem nauczycieli jazdy w regionie radomskim. Przebieg konferencji i wypowiedzi uczestników potwierdziły potrzebę cyklicznego organizowania takich metodycznych spotkań służących wymianie doświadczeń, co będzie miało wpływ na jakość kształcenia przyszłych kierowców, a co za tym idzie – wpłynie na poprawę bezpieczeństwa na drogach. Dyrektor WORD pan Mirosław Szadkowski zadeklarował zorganizowanie w I kwartale 2008 roku kolejnego spotkania roboczego na temat przygotowania kandydatów do wykonania zadań egzaminacyjnych na poszczególne kategorie prawa jazdy.
Komentuj →
7 grudnia 2007 |
0
Bartosz F. jechał rozpędzonym samochodem i zabił pieszego. Pójdzie do więzienia na półtora roku, a przez cztery lata nie może prowadzić samochodów – postanowił Sąd Rejonowy w Lublinie. W ten sposób zakończyła się głośna sprawa wypadku, do którego doszło na skrzyżowaniu Al. Racławickich i Sowińskiego w maju 2004 roku.19-letni Rafał K. nie miał szans na przeżycie. Subaru impreza zmiótł go z jezdni. Nastolatek przechodził w nocy przez jezdnię. Szedł po zebrze i dotarł już do połowy ulicy, gdy wpadł na niego samochód. Sąd nie miał wątpliwości, że to kierowca popełnił błędy. Nie zachował należytej ostrożności, źle obserwował drogę i nie ustąpił pierwszeństwa pieszemu – wyliczył grzechy kierowcy. Bartosz F. dostał prawo jazdy rok przed wypadkiem. Egzamin zdał w USA. Kiedy przyjechał do Polski, usiadł za kierownicą subaru impreza. Ten model samochodu święcił triumfy na rajdach, słynął z kosmicznego przyspieszenia. Do jego prowadzenia potrzeba specjalnych umiejętności. Sąd Rejonowy w Lublinie po raz drugi zajmuje się sprawą Bartosza F. Za pierwszym razem mężczyzna także został skazany. Dostał dwa lata więzienia i cztery zakazu prowadzenia pojazdów. Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił to rozstrzygnięcie i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Oskarżony od początku śledztwa nie przyznawał się do winy. Mówił, że nie miał możliwości uniknięcia potrącenia pieszego. Sądu te wyjaśnienia nie przekonały. Wyrok nie jest prawomocny – relacjonuje “Kurier Lubelski”.
Komentuj →
7 grudnia 2007 |
0

Niemiecka policja chce łapać przestępców w całej Polsce. Radiowozy z napisem "Polizei" mają się pojawić na polskich drogach już 21 grudnia, po przystąpieniu naszego kraju do strefy Schengen, czyli otwarciu granic wewnątrz UE. Umowa w tej sprawie będzie podpisana w przyszłym tygodniu - twierdzi RMF FM. Polska i niemiecka policja kończą poufne negocjacje. Nie wszystko jednak jeszcze jest ustalone. Polscy policjanci boją się, że pędzące na sygnale radiowozy z napisem "Polizei" straszyłyby mieszkańców, zwłaszcza tych starszych. Dlatego polska policja proponuje, aby niemieckie radiowozy mogły łapać przestępców tylko do 100 km od niemiecko-polskiej granicy i jedynie przez godzinę – poinformował “Dziennik”.
Komentuj →
6 grudnia 2007 |
0
Rózga czy słodki upominek? To zależy od kierowcy. Policjanci z lubuskiej drogówki wręczali w dzień mikołajkowy jedno albo drugie zarówno kierującym, jak i pieszym. Prezenty wręczane będą przez Mikołaja, ale... nazwanego Polikołajem. Akcja trwała do wieczora.Gorzowscy i zielonogórscy policjanci w towarzystwie Mikołaja i Śnieżynek zatrzymują do kontroli już od 10 rano kierowców i pieszych. Podczas kontroli kierowcy dający swoim zachowaniem przykład poszanowania zasad ruchu drogowego nagradzani będą słodkim upominkiem. Ci natomiast, którzy popełnią wykroczenie, oprócz przewidzianych konsekwencji otrzymają symboliczna rózgę. Akcja "Polikołaj" w Zielonej Górze rozpoczęła się 7 lat temu i spotkała się z pozytywnym odbiorem ze strony mieszkańców i kierujących. Jest to doskonała okazja do wyróżnienia kierowców, którzy na co dzień jeżdżą zgodnie z przepisami, a tym samym dają dobry przykład innym. Akcja jest prowadzona wspólnie z gazetą "Superexpress", radiem "Eska" i Stowarzyszeniem Poszkodowanych w Wypadkach Drogowych.
Komentuj →
6 grudnia 2007 |
0
Ikarusy bez przeguba zna każdy. Przez lata przewiozły miliony warszawiaków. Po latach wyparły je nowoczesne solarisy i scanie. Kiedy nadszedł zmierzch ich ery, ikarusy trafiły do zajezdni, czekając na lepsze czasy. Teraz wydaje się, że przynajmniej dla części z nich takie czasy nadeszły. Wszystko za sprawą urzędników stołecznego biura polityki zdrowotnej i mistrzostw Euro 2012. Wraz z ogromną liczbą kibiców i turystów wzrośnie zagrożenie wypadkami i atakiem terrorystycznym. Bardzo ważna będzie wtedy możliwość szybkiego przetransportowania dużej liczby rannych do szpitali. A ikarusy nadają się do tego jak znalazł. - Jedna karetka może zabrać tylko jednego rannego. A co jeśli rannych będzie 40? Kolejka 40 karetek przed szpitalem. Katastrofa! - dowodzi Włodzimierz Rycerski, pracownik biura polityki zdrowotnej i pomysłodawca reanimacji ikarusów. Już przekonał do swojego pomysłu innych urzędników i zarząd MZA. Ten do metamorfozy wyznaczył trzy ikarusy typu 260. Co je czeka? - Demontaż foteli, likwidacja drzwi bocznych, montaż drugich, odchylanych drzwi z tyłu - wylicza Adam Stawicki z MZA. Te drzwi będą rampą, po której do środka będą wnoszone nosze z rannymi. Pomieści się ich tam 18. - To oznacza, że ranni z 40 karetek zmieszczą się do zaledwie dwóch autobusów - podkreśla Włodzimierz Rycerski. Na wyposażeniu ratunkowego ikarusa znajdzie się defibrylator, solidnie wyposażona apteczka, butle z tlenem, wieszaki na kroplówki i krótkofalówki. Takim transportem będą przewożeni ranni niewymagający reanimacji lub intensywnej opieki. Wysoka podłoga, największa wada ikarusów, okazuje się ich zaletą. - Dzięki niej w środku jest dużo przestrzeni i można dokonać dowolnego przemeblowania - mówi Rycerski. Reanimacja stojących bezczynnie ikarusów cieszy MZA. - Już trwają konsultacje i przygotowanie wstępnych projektów - mówi Adam Stawicki. Później autobusy przejdą remont i zostaną sprzedane miastu, które je wyposaży. Tak przerobione ikarusy mogą pojawić się w Warszawie już za rok. Przed Euro i po nim będą służyły jako autobusy sanitarne na wypadek masowych katastrof komunikacyjnych.
Komentuj →
6 grudnia 2007 |
0

W w samo południe Muniserwis - zakład usług miejskich odpowiedzialny m.in. za czystość w Płocku - zaprezentował swój nowy samochód do mycia ulic. Niepozorne włoskie auto za... 300 tys. zł. Kilka minut przed zaplanowaną konferencją prasową Muniserwis wziął się za robienie... bałaganu. Na mokrej nawierzchni placu zamiatarce przeznaczonej do pracy na sucho szybko udało się porządnie nabłocić. Później wkroczył do akcji bohater dnia. Działał na kilku frontach naraz. Z błota, piachu i kurzu kamienne płyty zmywał wodą tryskającą z przedniej listwy o szerokości 1,75 m. Za przyklejone do chodnika gumy do żucia i ślady po gołębiach wzięło się dwóch pracowników Muniserwisu z karcherami w rękach, oczywiście podłączonymi do auta. Wszystko bez kropli chemii. Okazało się, że gorąca woda pod ciśnieniem działa cuda. Plamy znikały, płyty odzyskiwały swój pierwotny jasny kolor, ze spoin wypływało morze brudu. - To specjalistyczny samochód do mycia ulic i placów. Złożony na nasze specjalne zamówienie. Podobnych używa Kraków. Doskonale radzi sobie z plamami, może też podlewać i odśnieżać. Ma w wyposażeniu zbiornik na wodę, pompę, niezależny karcher. Ma własną wodę, zasilanie i podgrzewanie. Piękny, prawda? - dopytywał dziennikarzy szef Muniserwisu Ireneusz Drozdowski. - Będzie w ruchu ciągłym. Na Tumską ma wjeżdżać rano, ok. godziny 5. - Wygląda na skuteczny. Może choć jeden problem Płocka zniknie - cieszył się przewodniczący rady miasta Tomasz Korga. To on m.in. po naszych tekstach zabiegał o pieniądze na zakup maszyny i dopingował władze miasta. "Gazeta" o brudzie na nowej Tumskiej pisała już kilka miesięcy po jej otwarciu. Do tematu wróciliśmy kilka tygodni temu. "Nowa Tumska lśni. Od olejowych plam", "Tumska nie jest szara, jest okropnie brudna" - to tylko niektóre tytuły naszych tekstów. - Jeżeli będzie potrzeba, samochód ma chodzić nawet codziennie. Muniserwis ma zgłaszać gotowość odbioru ulicy na godzinę 6-7. Jeśli coś się wydarzy w ciągu dnia, też będzie w gotowości - obiecał Jerzy Nowakowski, szef ratuszowego wydziału gospodarki komunalnej.
Komentuj →
6 grudnia 2007 |
2
Tylko co trzeci kursant zdał w Bydgoszczy egzamin na prawo jazdy bez poprawki. Dlatego egzaminatorzy Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego, którzy najczęściej oblewają, nie dostaną premii – czytamy w “Gazecie Wyborczej – Bydgoszcz”. W listopadzie do egzaminu w WORD podchodziło 3445 osób. Za pierwszym razem zdało tylko 1187 - zaledwie co trzeci chętny, a np. w poznańskim ośrodku udaje się to 42 procentom przyszłych kierowców. A jest w bydgoskim WORD egzaminator-rekordzista, który regularnie oblewa czterech z pięciu trafiających do niego pechowców. - Byłem na tyle zaniepokojony jego wynikami z pracy, że postanowiłem towarzyszyć mu w jeździe egzaminacyjnej. Kiedy byłem pasażerem jego "elki", kierowca zdawał egzamin pomyślnie. Gdy jest sam, zwykle kończy się to poprawką. Kursant trafia do danego egzaminatora po losowaniu. To więc nieprawdopodobne, aby do tego człowieka przez miesiące trafiali sami niedouczeni kandydaci na kierowców - mówi Tadeusz Kondrusiewicz, dyrektor WORD. - Sytuacja nie jest zadowalająca - dodaje jego zastępca Tadeusz Błażejewski. Dlatego szefowie ośrodka spotkali się z właścicielami szkół jazdy. - Powiedziałem jasno, że nie zależy nam, jak głosi plotka, na poprawkach, bo niby zarabiamy na kursantach, którzy wielokrotnie przystępują do egzaminu. Oświadczyłem oficjalnie, że egzaminatorzy, którzy najczęściej "oblewają", nie dostaną premii. Taka premia wynosi 500 złotych. Poznański ośrodek ruchu drogowego ma jedną z najwyższych zdawalności w kraju. Jego dyrektor Dariusz Prasek zapewnił nas jednak, że w jego firmie liczba oblanych nie wpływa na wysokość premii dla egzaminatorów. Zbigniew Nowakowski sprawdza w Bydgoszczy umiejętności kandydatów na kierowców już od 17 lat. Zdaje u niego 35 procent procent, czyli sporo, jak na bydgoski WORD. - Trzeba mieć dobry kontakt osobowy. Rozmawiać z kierowcą, jeżeli jemu to nie przeszkadza. Pożartować przed jazdą, wprowadzić miłą, ciepłą atmosferę. Ale też trafnie ocenić wiedzę i umiejętności kierowcy - zdradza swoje sposoby. - A pozbawianie premii tych z najgorszą zdawalnością to dobry sposób? - pytamy. - Tego nie będę komentował - mówi Nowakowski. Jego kolega, Damian Osiński (zdawalność 28 procent) pracuje w WORD od dwóch lat. - Rezultat egzaminu zależy od umiejętności i szczęścia egzaminatora do kursantów. Karanie ludzi brakiem premii za to, że mają pecha do tych niedouczonych, nie jest dobrym posunięciem - oburza się Osiński. Szefowie ośrodka przyznają: - Egzamin jest w części subiektywny. Trasa jest wolą egzaminatora, jak i wybór elementów, które ma zaprezentować kierowca. Są łatwiejsze i trudniejsze. Mamy na etacie psychologa dla kursantów, może rozmowa z psychologiem jest potrzebna także bardzo surowemu egzaminatorowi - zastanawiają się dyrektorzy. - Wszystko zależy od humoru - mówi Arkadiusz Jagła, właściciel szkoły jazdy "Soleil". - Jeśli ma zły dzień, egzaminator przyczepi się do złego ustawienia zagłówka. A brak premii dla tych, którzy za często zapraszają na poprawkę, to dobry pomysł? – pyta gazeta. - To głupota. Ocena egzaminu powinna być sprawiedliwa, a już na pewno nie motywowana pieniędzmi - odpowiada. - Zabieranie pieniędzy surowym egzaminatorom grozi patologią - dodaje Henryk Cichacki od 16 lat prowadzący szkołę jazdy "Arka".
Komentuj →
5 grudnia 2007 |
0
Komputerową wyszukiwarkę połączeń chce wprowadzić Warszawa za pieniądze z unijnego programu, w którym stare stolice UE pomagają nowym usprawniać komunikację miejską – donosi “Gazeta Wyborcza – Warszawa”. Unia Europejska wydzieliła pulę pieniędzy dla regionów stołecznych, które zmagają się z lawinowo rosnącym ruchem samochodowym. W programie o nazwie "CAPRICE" chodzi o to, żeby tanim kosztem zachęcić jak najwięcej mieszkańców do korzystania z tramwajów, autobusów, metra i kolei podmiejskich. Tym razem nie wchodzą w grę kosztowne inwestycje, ale wykorzystanie praktycznych pomysłów, które najlepiej sprawdziły się w Berlinie i Paryżu. Unia uznała, że obie metropolie mają wzorcowo rozwinięty i zintegrowany transport publiczny. Do pomagania nowym stolicom chce się też włączyć Sztokholm. Z pierwszego spotkania w tej sprawie ze stolicy Niemiec wrócił właśnie dyrektor Zarządu Transportu Miejskiego Leszek Ruta. Udało mu się załatwić, że Warszawa obok m.in. Rygi, Pragi i Budapesztu weźmie udział w podziale prawie 1,5 mln euro na wskazany przez nasze władze projekt. Trzeba go przedstawić do połowy stycznia. - Bardzo poważnie myślimy o kupieniu oprogramowania do informacji pasażerskiej, którą mają już w Berlinie - powiedział "Gazecie" dyrektor Ruta. U nas pasażerowie PKP korzystają z wyszukiwarki Hafas. Wystarczy wpisać nazwę stacji, z której odjeżdżamy, a także stacji docelowej, a komputer odnajduje wszystkie połączenia i dogodne przesiadki. Gdyby taki program trafił do Warszawy, Unia sfinansowałaby go w 80 proc. O tym, że wyszukiwarka połączeń komunikacyjnych jest potrzebna, świadczą chociażby powtarzające się pytania na warszawskim forum dyskusyjnym w portalu Gazeta.pl. Np. w tym tygodniu forowicz "T." założył wątek: "Z Centralnego na Krzywickiego. Jak tam dojadę?". Nasi czytelnicy podsunęli mu oczywiście kilka wyczerpujących propozycji połączeń między Dworcem a siedzibą Najwyższej Izby Kontroli. Jeśli ZTM wprowadzi nowy system informacyjny, zrobi to komputer, który nie tylko poda numery linii tramwajowych, nazwy przystanków, ale też godziny odjazdów. Współpracę stolic w projekcie "CAPRICE" Unia przewiduje na najbliższe trzy lata. Jednak według dyrektora Ruty pierwsza część naszego systemu informacyjnego mogłaby działać już w przyszłym roku. Ze względu na częste zmiany tras musiałby być aktualizowany. Docelowo zostałby zintegrowany z informacją kolejową.
Komentuj →
5 grudnia 2007 |
0
Dwoje studentów Politechniki Warszawskiej w ramach pracy magisterskiej przygotowało projekt ścieżki rowerowej na ul. Emilii Plater. Jest szansa, że powstanie ona w przyszłym roku – donosi “Gazeta Wyborcza – Warszawa”. Swój pomysł studenci przedstawili na konferencji na tej uczelni "Miasto przyjazne pieszym i rowerzystom". Karolina Jesionkiewicz i Krzysztof Masłowski z wydziału inżynierii lądowej za tydzień będą bronić pracę magisterską na temat ścieżki i systemu wypożyczalni rowerowych. Projekt drogi rowerowej przygotowywali wspólnie dr. Andrzejem Brzezińskim, który jest ich promotorem, a zarazem pracownikiem biura projektowego Transeko. Ścieżka ma prowadzić od Politechniki ulicami Noakowskiego, Emilii Plater, potem przetnie Al. Jerozolimskie i dotrze aż do ul. Twardej. - Z jej projektowaniem było trochę problemów. Zajmowaliśmy się planowaniem ścieżki na węższym odcinku Emilii Plater od Koszykowej do Al. Jerozolimskich. To miał być dwukierunkowy pas rowerowy na ulicy. My chcemy go wytyczyć po zachodniej stronie jezdni, bo tu trzeba będzie zlikwidować mniej miejsc postojowych. Okazało się jednak, że obecne przepisy nie pozwalają na to, żeby taki pas znajdował po lewej stronie ulicy jednokierunkowej - opowiada Karolina Jesionkiewicz. Podczas rozmów z dawnym Ministerstwem Transportu (obecnie Infrastruktury) okazało się, że możliwe są jednak odstępstwa. Urzędnicy uznali, że pas rowerowy musi być tylko oddzielony od ulicy gumowym lub plastikowym krawężnikiem. Jest szansa, że na węższym odcinku ul. Emilii Plater od Al. Jerozolimskich do Koszykowej oraz na jej przedłużeniu, czyli na ul. Noakowskiego, ścieżka powstanie w przyszłym roku. Zarządzający ulicą śródmiejski Zarząd Terenów Publicznych właśnie przygotowuje remont tego odcinka. Wymieniona zostanie nawierzchnia ulicy i chodników. - Ścieżka rowerowa pewnie powstanie, ale czekamy jeszcze na wskazówki z urzędu miasta, żeby przekazać je projektantowi - mówi Anna Stasiewicz z Zarządu Terenów Publicznych. W kolejnym etapie ścieżka rowerowa ma powstać na szerszym odcinku ul. Emilii Plater od Jerozolimskich do Twardej. Tu poczekamy jednak na nią dłużej, bo Zarząd Dróg Miejskich szykuje większą modernizację ulicy wraz z budową parkingu podziemnego koło Sali Kongresowej. Prace mają się zacząć w 2009 r.
Komentuj →
5 grudnia 2007 |
0
Policjanci z Centralnego Biura Śledczego w Krakowie zatrzymali dwóch mężczyzn w wieku 31 i 34 lat. Jak ustalono, prowadzili oni niewielką firmę na południu Polski. Na ślad oszustów policjanci z krakowskiego Centralnego Biura Śledczego natrafili kilka tygodni temu. Jak wynika z ustaleń funkcjonariuszy, dwóch mężczyzn pod przykrywką legalnie działającej firmy, cofało elektroniczne zapisy liczników samochodowych. Swoje usługi reklamowali w lokalnej prasie. W zamieszczanych tam anonsach podawali krótką informację: “liczniki – korekta”. Z ich usług korzystali głównie właściciele dużych komisów samochodowych. Obaj zatrzymani są mieszkańcami województwa śląskiego. Działali przede wszystkim w Krakowie. Policjanci szacują, że tylko w jednym komisie samochodowym cofnęli liczniki w co najmniej kilkuset pojazdach. “Wynajmowani” byli także przez inne komisy samochodowe na terenie całej Polski. Zwykle od jednego cofniętego licznika brali około 100 złotych. Zatrzymani mężczyźni usłyszeli już zarzuty. Za pomocnictwo w oszustwie grozi im kara do 8 lat wiezienia.
Komentuj →
5 grudnia 2007 |
0

^ Oryginalna warszawa “garbus”, należąca kiedyś do Milicji Obywatelskiej – jedyny taki pojazd w Polsce
Szczecin kupił największy w Polsce zbiór zabytkowych, polskich pojazdów. Nasze Muzeum Techniki i Komunikacji staje się stolicą historii rodzimej motoryzacji – donosi “Gazeta Wyborcza – Szczecin”. Umowa kupna kolekcji od jej dotychczasowego właściciela podpisana została w Urzędzie Miejskim. - Kosztowała nas tyle, co nowy ferrari - żartował prezydent Piotr Krzystek. Nieoficjalnie wiadomo, że miasto zapłaci w dwóch ratach 1,5 mln zł. - Z muzealnictwem związany jestem od 25 lat i mogę śmiało powiedzieć, że Szczecin zrobił coś niezwykłego i wyjątkowego - cieszył się chwilę po podpisaniu umowy Stanisław Horoszko, dyrektor Muzeum Techniki i Komunikacji, które powstaje w starej zajezdni tramwajowej Niemierzyn. Kolekcja pojazdów liczy 118 egzemplarzy. To dzieło życia Leszka Liszewskiego, "chłopaka z warszawskiej Pragi, zafascynowanego Szczecinem" - jak mówi o sobie. Liszewski tworzył kolekcję ponad 20 lat. Zebrał wiele rarytasów i unikatowych, pojedynczych egzemplarzy. W zbiorze jest na przykład warszawa "garbus" posiadająca oryginalne malowanie i wyposażenie Milicji Obywatelskiej, polski samochód beskid, który powstał tylko w sześciu egzemplarzach, auto smyk, którego kilka sztuk powstało w szczecińskim Polmo, świetnie zachowane przedwojenne motocykle sokół, a nawet takie ciekawostki jak jedyny w kraju "maluch" w wersji terenowej. - To największa kolekcja polskich pojazdów zabytkowych - zapewniał Liszewski. Niemal pewne jest już to, że kolekcja będzie się jeszcze rozrastać. Miasto jest już po pierwszych rozmowach z właścicielami Polmo, którzy gotowi są przekazać muzeum motocykle z Izby Pamięci fabryki, która produkowała legendarne junaki. - Moi znajomi kolekcjonerzy aut deklarują, że po otwarciu waszego muzeum gotowi byliby przekazać w depozyt część swoich zbiorów - mówił Liszewski. - Senator Zaremba gotów jest przekazać swojego 35-letniego fiata 125 p - zdradził Krzystek. Szczecin urasta tym samym do stolicy historii polskiej motoryzacji. Już teraz mamy zbiory nie gorsze niż w utytułowanym Muzeum Techniki w Warszawie. Pierwsza tura kolekcji będzie dostarczana do Szczecina sukcesywnie do 30 września 2008 r. Osiem pojazdów, które przechodzą teraz renowację, przyjedzie rok później. Otwarcie muzeum planowane jest na 5 lipca 2010 r. Dyrektor Horoszko zapewniał jednak w środę, że część kolekcji będzie można obejrzeć już w przyszłym roku.
Komentuj →
4 grudnia 2007 |
0
Plaga kradzieży paliwa we Wrocławiu. Masowo giną też tablice rejestracyjne, bo złodzieje używają ich na stacjach benzynowych, zapewniając sobie bezkarność – czytamy w “Gazecie Wyborczej – Wrocław”. Piątek, 30 listopada, późne popołudnie. Policjant z Fabrycznej wraca do domu, przejeżdża obok dworca głównego PKP. Na jednej z ulic zauważa audi pasujące do opisu samochodu, którym młody mężczyzna kradnie paliwo z wrocławskich stacji benzynowych. Pracuje nad tą sprawą, więc rozpoznaje również leżącą na tylnym siedzeniu kurtkę, używaną podczas kradzieży. Zatrzymuje 23-letniego kierowcę. Wojciech Wybraniec z dolnośląskiej policji: - Tylko w ciągu ostatnich kilku tygodni ukradł paliwo pięć razy. Nie sprzedawał go. Jeździł i znów kradł, gdy bak się opróżniał. Żeby go nie złapano, przed każdym tankowaniem kradł komuś tablice rejestracyjne i montował na swoim audi. 60-litrowy zbiornik za każdym razem napełniał prawie do pełna. W sumie zatankował za ponad 1,5 tys. zł, dlatego odpowie za kradzież. - Wielu sprawców pilnuje, by nie tankować za więcej niż 250 zł, by w razie schwytania odpowiadać tylko za wykroczenie - mówi Wybraniec. Kradzieże paliwa i tablic rejestracyjnych to już we Wrocławiu plaga. - Im droższa benzyna, tym więcej kradzieży - mówi pracownik jednej z największych stacji benzynowych w mieście. - Czasem jest jedno, czasem osiem tankowań bez płacenia w tygodniu. Wszystko zgłaszamy policji. Mamy monitoring, dostają nasze zdjęcia, na których widać tablice. Ale co z tego? Akurat w piątek dostaliśmy dziesięć decyzji o umorzeniu takich spraw. Najczęściej giną te najsłabiej lub w ogóle nieprzykręcone tablice rejestracyjne. Te kradzieże najbardziej uciążliwe są dla właścicieli samochodów. Jeśli zginęła jedna z "europejskich" tablic, można dorobić pojedynczą. W przypadku tych z polską flagą - trzeba komplet. Wyrobienie wtórnika tablicy kosztuje 53 zł. Komplet i nowy dowód rejestracyjny - 142 zł. Z wściekłymi kierowcami nieraz spotykają się urzędnicy. Zdzisław Andrzejczak, kierownik Działu Rejestracji Pojazdów wrocławskiego Urzędu Miejskiego: - Miesięcznie zgłasza się do nas o wydanie nowych tablic ponad sto okradzionych osób. Nadkom. Artur Falkiewicz z biura prasowego dolnośląskiej policji: - Od stycznia do sierpnia odnotowaliśmy we Wrocławiu 711 kradzieży tablic. Użyto ich do popełnienia 413 przestępstw i wykroczeń. Wrocławscy policjanci zatrzymali 65 sprawców kradzieży paliwa ze stacji. Większość z zatrzymanych ma na swoim koncie od kilku lub kilkunastu kradzieży. Złapany przez policjantów rekordzista to 37-latek, któremu udowodniono 25 kradzieży paliwa wartego łącznie ponad 7 tys. zł.
Komentuj →
4 grudnia 2007 |
0
W Częstochowie kontrolerzy kierują na szkolenie pasażerów, którzy nie skasowali elektronicznej sieciówki. Wyedukowani nie mogą liczyć na pobłażliwość. Pani Maria od lat kupuje sieciówki - ale po raz pierwszy skorzystała z jej elektronicznej wersji. I jak gdyby nigdy nic jeździła tramwajami i autobusami, dopóki kontroler nie wypisał jej... 100-złotowego mandatu. - Bo nie skasowałam plastikowej karty! Jak to - przecież zapłaciłam za miesiąc z góry, a bilet uprawnia do nieograniczonej liczby przejazdów. To po co kasować go za każdym razem? - pyta pasażerka. MPK od początku tłumaczy: - Dzięki kasowaniu będziemy wiedzieć, ile osób podróżuje danym odcinkiem linii, co pozwoli na odpowiednie dostosowanie rozkładu jazdy. Policzymy, ilu ludzi korzysta z ulg i darmowych przejazdów [ci pasażerowie też muszą mieć plastikowe karty - przyp. red.], co będzie podstawą do wniosku, np. do miasta o rekompensatę z tego tytułu. Kontroler pocieszył panią Marię, że gdy pojedzie do MPK, to kara zostanie całkowicie anulowana. Tak też się stało: ale najpierw w biurowcu przy al. Niepodległości pasażerka została poinstruowana, że bilet trzeba zawsze kasować i że następnym razem nie obejdzie się bez kary. - Obowiązek kasowania karty jest w regulaminie. Kontrolerzy na początku pouczali pasażerów, ale potem okazało się, że niektórzy mimo to nie kasują sieciówek. Stąd wezwania do MPK. Odnotowujemy, kto zapoznał się z regulaminem, czyli jest świadomy, że karta podlega kasowaniu - mówi Roman Szymla z MPK. Twierdzi, że wezwań jest niewiele i że dotąd nikt nie zapłacił kary - co oznacza, że szkolenie było skuteczne. - Zbliża się zima, wyjmowanie biletu z portfela schowanego w kieszeni marynarki albo w torbie jest trudne, nie mówiąc już o tym, że dajemy wskazówkę kieszonkowcom - krytykuje licealista Janusz, inny pasażer, który odbył "wyjazdowe" szkolenie w siedzibie MPK. - Nie trzeba wyjmować biletu z torebki, wystarczy ją całą zbliżyć do kasownika - odpowiada na to Szymla. - Często też widzę, jak uczniowie odwracają się tyłem do kasownika, który wyczuwa kartę znajdującą się w noszonym przez nich plecaku.
Komentuj →
4 grudnia 2007 |
0
Drogi w województwie łódzkim są najniebezpieczniejsze w kraju. Co gorsza, liczba wypadków i osób zabitych każdego roku wzrasta – czytamy w “Gazecie Wyborczej – Łódź”. Każdego roku na polskich drogach ginie ok. 5 tys. osób, a ponad 50 tys. trafia do szpitala. - Za bardzo przyzwyczailiśmy się do wypadków. Coraz rzadziej zdajemy sobie sprawę, że rocznie na drogach wymiera jedno małe miasteczko, a miasto powiatowe trafia do szpitala - mówi nadinspektor Arkadiusz Pawelczyk, zastępca komendanta głównego policji. Służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na drogach spotkały się w Łodzi na Międzynarodowej Konferencji Ratownictwa Medycznego i Bezpieczeństwa w Ruchu Drogowym. Wybór miasta nie był przypadkowy. Drogi w województwie łódzkim są w czołówce najniebezpieczniejszych w Polsce. W tym roku (dane od stycznia do września) na drogach w Łódzkiem było 3490 wypadków. W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku liczba ta wzrosła o ponad 230 zdarzeń. Tylko w ciągu dziewięciu miesięcy zginęło 321 osób, a niemal 4,4 tys. zostało rannych. W przeliczeniu wypadków na liczbę mieszkańców województwo łódzkie jest na niechlubnym pierwszym miejscu w kraju. Eksperci wymieniają trzy czynniki, które wpływają na bezpieczeństwo w ruchu - kontrola, edukacja od najmłodszych lat i stan dróg. - Do wypadków dochodzi zazwyczaj z powodu braku rozsądku i wyobraźni - dodaje Pawelczyk - Wystarczy powiedzieć, że każdego roku zatrzymujemy 200 tys. pijanych kierowców. W rzeczywistości jest ich zapewne o wiele więcej. W wypadkach uczestniczą zwykle osoby młode, które jeżdżą brawurowo, oraz osoby starsze, które nie mają już takiego refleksu za kierownicą. Dlaczego drogi w Łódzkiem są najniebezpieczniejsze? - Wiele jest wypadków z udziałem pieszych. W mniejszych miejscowościach brakuje chodników i przejść. Krzyżują się tu liczne szlaki tranzytowe. Niestety, wiele tras nadal nie jest w najlepszym stanie - tłumaczy Pawelczyk, który przez kilka lat pracował w komendzie wojewódzkiej w Łodzi.
Komentuj →
3 grudnia 2007 |
0

Miss Polonia 2007, Barbara Tatara, uczestniczyła w kontrolach drogowych prowadzonych przez inspektorów Łódzkiego Wojewódzkiego Transportu Drogowego. Miss Polonia wręczała drobne upominki kierowcom, którzy nie łamali przepisów i poruszali się sprawnymi pojazdami. Nagrodą było również wspólne zdjęcie z autografem najpiękniejszej Polki. Barbara Tatara zachęcała kierowców do bezpiecznej jazdy i przestrzegania przepisów ruchu drogowego. Stwierdziła, że sama stara się być wzorowym kierowcą i nie ma żadnego punktu karnego. Podczas zorganizowanej na punkcie kontrolnym krótkiej konferencji prasowej Marek Krawczak – Dyrektor Biura Administracyjno-Budżetowego w GITD oraz Alvin Gajadhur – Rzecznik prasowy GITD omówili kwestie związane z rozpoczętym w dniu 1 grudnia naborem kandydatów na inspektorów oraz doposażeniem ITD w niezbędny sprzęt służący do kontroli. Nowi inspektorzy, po przejściu 6-miesięcznego szkolenia, pojawią się na drogach w drugiej połowie przyszłego roku. W celu zwiększenia skuteczności kontroli stworzone zostaną nowe oddziały terenowe, dzięki czemu będzie więcej inspektorów na drogach powiatowych, które są często degradowane przez przeciążone ciężarówki.
Ponad 9,6 tys. pojazdów skontrolowali w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy tego roku inspektorzy łódzkiego inspektoratu transportu drogowego. Mandatami ukarano 1 tys. 687 kierowców oraz zatrzymano 356 dowodów rejestracyjnych. Rzecznik Głównego Inspektora Transportu Drogowego Alvin Gajadhur poinformował w poniedziałek, że najczęstsze naruszenie przepisów dotyczyło m.in. tego, że kierowcy zbyt krótko odpoczywali w trakcie podróży i prowadzili pojazdy bez przerw. Kolejne wiązało się z nieprawidłowym używaniem urządzeń rejestrujących (tachografów), a także dotyczyło licencji i dokumentów kierowców.
Komentuj →
3 grudnia 2007 |
1
Czym się różni jazda rajdowa od jazdy po ulicach? Pozornie – wszystkim – stwierdza. Ale w rzeczywistości - jest niemal identyczna. Niemal, bo cel jazdy jest inny, no i to, że kierowca-zawodnik jedzie po drodze zamkniętej dla ruchu, natomiast na ulicach panuje tłok. W warunkach sportowych, w czasie rajdu, kierowca stara się jak najszybciej przejechać drogę do celu, jakim jest meta. Im szybciej, tym większe szanse na zwycięstwo, jednak, jak mawia Krzysztof Hołowczyc, "zwycięzcy są na mecie". Zatem najważniejsze jest dojechanie do mety. W jeździe "cywilnej" również kierowca ma dojechać do celu podróży, tyle że czas przejazdu całej trasy ma tu mniejsze znaczenie. Ale i tu najważniejsze jest dojechanie do "mety". Najważniejszy cel jazdy samochodem jest więc i w sporcie, i w codziennej praktyce dokładnie taki sam – podsumowuje AUTO WARSZAWSKIE.
Komentuj →