30 grudnia 2007 |
1

Fuszerka na nowym skrzyżowaniu? Tam, gdzie podczas świąt zginęły dwie osoby, powinien być odrębny sygnalizator dla osób korzystających z wyznaczonego lewoskrętu, ale zignorowano mówiące o tym przepisy. Problem dotyczy większości miejskich skrzyżowań, chociaż ich modernizację ministerstwo zalecało już cztery lata – przypomina “Gazeta Wyborcza Kielce”. Do tragedii doszło w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. - 48-letni kierowca opla astry skręcał w lewo. Nie ustąpił pierwszeństwa przejazdu i zderzył się z oplem vectrą - informował Tomasz Kaczmarczyk z Komendy Miejskiej Policji. W wypadku zginęli kierowca astry i jego żona. Dwójka dzieci, z którymi podróżowali, oraz pasażerowie opla vectry trafili do szpitala. Po wypadku rozgorzała dyskusja. Przeważały głosy, że na skrzyżowaniu brakuje odrębnego sygnalizatora dla osób korzystających z wyznaczonego lewoskrętu. Pracownicy Miejskiego Zarządu Dróg w Kielcach tłumaczyli, że nie jest on konieczny. Przekonywali, że osób skręcających jest stosunkowo niewiele, że ustawienie odrębnego sygnalizatora wymagałoby zrobienia nowego cyklu zmiany świateł, co znacznie zwiększyłoby korek na ul. Łódzkiej. Nie mieli racji. Okazuje się, że dodatkowy sygnalizator nie tylko powinien, ale musi być ustawiony na tym skrzyżowaniu. Z rozporządzenia ministra infrastruktury z 2003 roku jasno wynika, że w takich przypadkach należy dla pojazdów skręcających w lewo wydzielić co najmniej jeden pas ruchu i "obowiązkowo zastosować sygnalizator kierunkowy dla tego pasa". - Oczywiście, nie wiem, jak jest na tym konkretnym skrzyżowaniu. Ale ten zapis w praktyce oznacza, że jeżeli jest wydzielony lewoskręt, to musi być dla niego indywidualny sygnalizator kierunkowy - tłumaczy Wojciech Nalazek z Wydziału Inżynierii Ruchu Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej w Bydgoszczy. Nalazek podkreśla, że zgodnie z tym rozporządzeniem do końca 2008 roku sygnalizatory powinny się pojawić na wszystkich skrzyżowaniach spełniających te parametry. - Dlatego od kilku lat systematycznie modernizujemy skrzyżowania w mieście i niemal sobie poradziliśmy z tym problemem. Sporo nas to kosztowało, ale jest szansa, że uda się to zrealizować w zapowiadanym terminie - wyjaśnia Nalazek i dodaje: - Dodatkowo dostawienie dodatkowych sygnalizatorów rzeczywiście wpłynęło na poprawę bezpieczeństwa. Choć przejazd może trwać dłużej. Dlaczego więc, budując sygnalizację na skrzyżowaniu przy Łódzkiej, nie wzięto pod uwagę zaleceń ministerstwa i w przyszłym roku trzeba będzie je znowu modernizować? Pracownicy kieleckiego MZD mówią o tym niechętnie. Nieoficjalnie wyjaśniają, że projekt przygotowała firma z Warszawy. - Projektant zaświadczył, że wszystko jest przygotowane zgodnie z normami. A potem zostało to zaakceptowane i nie dostrzeżono błędu - usłyszeliśmy od jednego z pracowników MZD. Ten sam pracownik podkreśla, że podobnej modernizacji wymaga wiele kieleckich skrzyżowań. - Ale na to brakuje czasu i pieniędzy - dodaje. Zbigniew Czekaj, zastępca dyrektora MZD, przyznaje, że w świetle tego rozporządzenia skrzyżowanie na ul. Łódzkiej "budzi jego wątpliwości". - Na pewno będę to wyjaśniał z projektantem. Przecież to nowe skrzyżowanie, za które zapłacono i za które ktoś wziął odpowiedzialność. Nie chcę jednak oceniać, czy jest ono wadliwe. To powinni ocenić eksperci - podkreśla. Przyznaje, że trzeba zmodernizować większość kieleckich skrzyżowań. - Pracujemy nad tym systematycznie, bo sygnalizacje są modernizowane i przecież powstają nowe sygnalizacje, chociaż rzeczywiście, trochę brakuje środków - twierdzi. Zapowiada, że w przyszłym roku jest planowana wymiana sterowników w sygnalizatorach. - Ale nie chcemy się ograniczyć tylko do tego. Planujemy głębszą modernizację, a na to potrzeba czasu - twierdzi Czekaj. Pracownicy kieleckiego MZD nie widzą nic złego w tym, że nie ma tam sygnalizatora dla lewoskrętu. - Do końca 2008 roku jest zgodne z przepisami. Więc mamy dużo czasu na wyjaśnienia i ewentualną modernizację - mówią. Rozporządzenie ministra infrastruktury z dnia 3 lipca 2003 r. "w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach". W załączniku można przeczytać : "(...) Na wlotach o trzech lub więcej pasach ruchu należy w przypadku ruchu z kierunku przeciwnego wydzielić dla pojazdów skręcających w lewo co najmniej jeden pas ruchu i obowiązkowo zastosować sygnalizator kierunkowy dla tego pasa (...)".
Komentuj →
26 grudnia 2007 |
0
Granica po wejściu do strefy Schengen. Zniknęły przejścia graniczne, a co stanie się z funkcjonariuszami Straży Granicznej? Czy upadną kantory, bary i sklepiki działające w pobliżu przejść – pyta “Gazeta Wyborcza Rzeszów”. Przejście graniczne w Barwinku, największe i przez wiele lat jedyne przejście drogowe na podkarpackim odcinku granicy polsko-słowackiej przestało działać. Straż Graniczna nie będzie już kontrolować w tym miejscu paszportów, ale pogranicznicy pozostaną w zajmowanych dotychczas obiektach. - Teraz będziemy pracować na drogach wewnątrz kraju - informują funkcjonariusze. W Barwinku będzie się mieściło jedno z kilkunastu centrów informacyjnych Straży Granicznej. Stąd będzie koordynowana współpraca z policją i służbą celną. Tutaj pogranicznicy będą mieli dostęp do Systemu Informacji Schengen. Znajdują się w nim dane o osobach przekraczających granice, wydanych wizach, samochodach. Major Marek Jarosiński, rzecznik prasowy komendanta Karpackiego Oddziału Straży Granicznej w Nowym Sączu, mówi, że teraz nowym zadaniem SG będzie ochrona przed przestępczością szlaków komunikacyjnych o szczególnym znaczeniu międzynarodowym. Pogranicznicy będą pojawiać się nie tylko na drogach, ale także w pociągach międzynarodowych oraz na dworcach kolejowych i autobusowych. Będą szukać cudzoziemców przebywających nielegalnie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, szukać fałszywych paszportów i wiz. - Naszym zadaniem będzie także zapobieganie nielegalnemu przewożeniu broni, amunicji i materiałów wybuchowych oraz wwozowi na terytorium Polski materiałów niebezpiecznych, szkodliwych, odpadów, substancji chemicznych oraz materiałów promieniotwórczych - przypomina Jarosiński. Pogranicznicy będą współpracować z policją w poszukiwaniu ściganych osób, szukaniu skradzionych przedmiotów. Będzie ich można spotkać na wspólnych patrolach nie tylko z policjantami, ale także z celnikami, inspekcją transportu drogowego, służbami weterynaryjnymi i fitosanitarnymi. Funkcjonariusze Straży Granicznej nie muszą się obawiać utraty pracy. Takiej pewności nie mają pracownicy kantorów, sklepów i baru działających w sąsiedztwie przejścia. Kilka lat temu po słowackiej stronie powstało kilka sklepików. Na półkach królował głównie alkohol. Zainteresowanie Polaków było tak duże, że właściciele sklepów zorganizowali dowóz klientów od granicy. Wystarczyło przekroczyć granicę pieszo i wybrać któryś z oczekujących busów. Odkąd ceny alkoholu w Polsce spadły, zakupy na Słowacji nie są już tak atrakcyjne. Ale mimo to sporo Polaków zatrzymywało się w przygranicznych sklepach. - Teraz nie wiemy, co będzie. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że ludzie przejadą obok nas i pojadą na zakupy do hipermarketów - mówi jeden ze sprzedawców. Niepewny jest także los kantorów wymiany walut. Pracownica jednego z nich mówi: - Gdy była kontrola dokumentów, każdy musiał się zatrzymać. Przy okazji wymieniał walutę. Teraz bardziej niż na klientów kupujących korony czy złotówki liczymy na kierowców TIR-ów, którzy będą musieli kupić winiety. W barze znajdującym się tuż obok szlabanów główną atrakcją są automaty do gier. Grają na nich młodzi ludzie mieszkający we wioskach sąsiadujących z Barwinkiem. - Przychodziliśmy, gdy granica była zamknięta, będziemy przychodzić dalej. Bar się utrzyma - mówią bywalcy.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0
Wyprzedzanie samochodów w kraju o ruchu lewostronnym, gdy jedziemy autem przystosowanym do ruchu prawostronnego (i odwrotnie) jest problematyczne i powoduje zagrożenie w ruchu. Rozwiązaniem mogą okazać się soczewki. Za kanałem La Manche zaczyna się Wielka Brytania. W ojczyźnie ruchu lewostronnego tiry z kierownicą po lewej stronie zachowują się jak słonie w składzie porcelany. A i Brytyjczycy nie ułatwiają im życia. Jak przyznał minister bezpieczeństwa drogowego Jim Fitzpatrick, rodzimi użytkownicy dróg nie rozumieją problemów kierowcy zagranicznej ciężarówki. Nie wiedzą, jak niewiele widzi ze swej kabiny, i nie zachowują ostrożności. W 2006 r. przyczynili się do ponad 400 wypadków z tego tytułu. Sytuację poprawić mają "Fresnel lenses" - soczewki przyklejane do szyby od strony pasażera w tirach przekraczających granicę w Dover. Efekt? Liczba wypadków spowodowanych zepchnięciem lub najechaniem na auto znajdujące się równolegle na drugim pasie spadła o 59 proc.! Ze względu na niebywały sukces ich wdrożenia postanowiono rozdystrybuować kolejne 90 tys. soczewek we wszystkich ważniejszych portach Wielkiej Brytanii i Francji.
Komentuj →
20 grudnia 2007 |
3
Od grudnia przejścia dla pieszych w Pile będą bezpieczniejsze. Na dwudziestu przejściach pojawią się dodatkowe odblaskowe oznakowania, które zdecydowanie poprawią ich widoczność przede wszystkim wieczorem, jak również podczas deszczu i mgły. Tylko w tym roku w Pile doszło do 55 zdarzeń z udziałem pieszych. Niestety w wyniku doznanych obrażeń czterech z nich poniosło śmierć. Dlatego powstała pilna potrzeba by ograniczyć te zdarzenia. Idealnym rozwiązaniem wydaje się stworzenie dodatkowego oznakowania przejścia dla pieszych, które sprawił, że będzie one bardziej widoczne. Dlatego też we wrześniu podjęto rozmowy z warszawską firmą, która nieodpłatnie wykonała 20 kompletów dodatkowych oznakowań odblaskowych. Odblaski zostały zainstalowane w najbardziej zagrożonych wypadkami przejściach dla pieszych. Pomysłodawcą akcji jest Zespół Prewencji Kryminalnej Komendy Powiatowej Policji w Pile. Piła jest drugim miastem w Polsce realizującym taki projekt. Podobne rozwiązanie z dużym powodzeniem od kilku lat funkcjonuje w Szwecji, skąd zaczerpnięty został pomysł.


Komentuj →
31 grudnia 2007 |
0
Blisko 1500 odblaskowych worków na obuwie trafiło do końca grudnia br. do uczniów radomskich szkół. Te fluorescencyjne będą spełniać obie role: praktyczną i zapewniającą bezpieczeństwo. W ten sposób mazowiecka Policja wspólnie z Wojewódzkim Ośrodkiem Ruchu Drogowego w Radomiu rozpoczyna cykl jesienno – zimowych działań prewencyjnych skierowanych do dzieci i młodzieży szkolnej. Nigdy dotąd w Polsce nie były przekazywane tego typu elementy. Zgodnie z założeniami worki te trafiły do uczniów mieszkających w małych miejscowościach, które w drodze do szkoły przemieszczają się często nieoświetlonymi drogami.


Komentuj →
31 grudnia 2007 |
0
Nietrzeźwi kierowcy lawet - Policjanci ze Świebodzina zatrzymali dwóch nietrzeźwych kierowców dwupoziomowych lawet. Obywatele Litwy przewożąc po 9 samochodów osobowych na swoich lawetach, jechali całą szerokością krajowej "dwójki". Teraz odpowiedzą za swoje zachowanie. W nocy świebodzińscy policjanci otrzymali informację, że drogą krajową nr 2 jadą dwie lawety załadowane samochodami. Z relacji innych uczestników ruchu wynikało, że kierujący lawetami mogą być nietrzeźwi. Dwupoziomowe lawety, z których każda przewoziła po 9 samochodów osobowych jechały całą szerokością ruchliwej drogi. Natychmiast w to miejsce pojechali policjanci ze Świebodzina. Już po chwili funkcjonariusze zatrzymali dwa pojazdy należące do obywateli Litwy. Obaj wracali z Niemiec załadowani kupionymi tam samochodami. Kierowców poddano badaniu na zawartość alkoholu w organizmie. Jak się okazało, jeden z nich miał 2,73 drugi natomiast 2,47 promila alkoholu we krwi. Obaj kierowcy zostali zatrzymani, a ich samochody zabezpieczone na policyjnym parkingu. O dalszym losie Litwinów zadecyduje prokurator. Za przestępstwo, jakiego się dopuścili grozi im nawet do 2 lat pozbawienia wolności oraz utrata prawa jazdy.
Policyjne poszukiwania osoby rannej w wypadku samochodowym - Trzy godziny trwały poszukiwania ofiary wypadku, do którego doszło dziś rano w Równem pod Krosnem. Policjanci obawiali się, że zszokowany, być może ranny człowiek zamarznie. Mężczyzna został odnaleziony jeszcze przed południem. Kwadrans po siódmej w Równem opel vectra zjechał z drogi i uderzył w betonowy mostek. Po chwili samochód zapalił się. Strażacy i świadkowie wyciągnęli zza kierownicy kompletnie pijanego 17-latka. Plamy krwi w aucie wskazywały, że jechał w nim także pasażer. Potwierdzali to świadkowie, ktoś widział człowieka uciekającego z miejsca wypadku. Policja natychmiast rozpoczęła poszukiwania. Dyżurny Komendy Miejskiej Policji w Krośnie ogłosił alarm. Kilkadziesiąt minut później w trudnym, niezamieszkałym terenie, pełnym zarośli, przeciętym korytem rzeki uciekiniera poszukiwało ponad 30 policjantów, strażacy i strażnicy graniczni. Około południa poszukiwany zadzwonił do swego kuzyna. Powiedział, że wyjdzie z kryjówki, kiedy przestaną go szukać policjanci. Bał się odpowiedzialności, był przekonany, że zawinił. Dowodzący natychmiast wycofali poszukujących. Pasażer opla wyszedł z opuszczonych, nie przeszukanych jeszcze zabudowań. Lekarz zdecydował, że 23-letni człowiek powinien pojechać do szpitala. Miał niemal promil alkoholu w organizmie. Do szpitala trafił też kierowca opla. Jest mocno nietrzeźwy, lekarze pobrali mu krew. Ich życiu nic nie zagraża.
Agresywny, nietrzeźwy kierowca - Ponad 3 promile alkoholu w organizmie miał 46-letni kierowca seata cordoby. Zamroczony alkoholem mężczyzna staranował zaparkowany na zamojskiej starówce samochód i odjechał z miejsca zdarzenia. Przypadkowi przechodnie poinformowali o zajściu dyżurnego jednostki. Będący w pobliżu policjanci zauważyli jadący samochód i próbowali go zatrzymać Jeden z policjantów otworzył drzwi od strony kierowcy chcąc wyciągnąć kluczyki ze stacyjki pojazdu. To nie powstrzymało nietrzeźwego mężczyzny, włączył wsteczny bieg i z impetem cofnął. Seat zatrzymał się dopiero po uderzeniu w leżącą na ulicy paletę z kostką brukową. Wczoraj tuż po godzinie 22.00 na zamojskiej starówce kierowca samochodu seat cordoba doprowadził do kolizji drogowej. Lekceważąc znak zakazu wjazdu wjechał w ulicę uderzając w zaparkowane auto i powodując jego uszkodzenie. Następnie odjechał z miejsca zdarzenia. Przypadkowi przechodnie poinformowali o zajściu dyżurnego jednostki. Będący w pobliżu policjanci zauważyli jadący samochód i wezwali kierującego do zatrzymania. Ten z piskiem opon odjechał zatrzymując się kilkanaście metrów dalej przed remontowaną częścią ulicy. Gdy policjanci dobiegli do niego ten znów gwałtownie ruszył. Po przejechaniu kilku metrów uderzył w metalową barierkę. Jeden z policjantów otworzył drzwi od strony kierowcy i próbował wyciągnąć kluczyki ze stacyjki. W tym momencie kierowca włączył wsteczny bieg i z impetem cofnął. Jeden z funkcjonariuszy odskoczył od samochodu upadając na ziemię. Drugi natomiast próbując powstrzymać “drogowego furiata” trzymał się drzwi będącego cały czas w ruchu samochodu. Seat zatrzymał się dopiero po uderzeniu w leżącą na ulicy paletę z kostką brukową. Funkcjonariusze obezwładnili agresywnego kierowcę. Okazał się nim 46-letni mieszkaniec gm. Skierbieszów. Został zatrzymany. Badanie na zawartość alkoholu wykazało ponad 3 promile. Mężczyzna trzeźwieje w pomieszczeniach dla osób zatrzymanych. Podczas tej przedświątecznej interwencji jeden z policjantów złamał nadgarstek, drugi ma stłuczoną nogę. Dziś o dalszym losie mężczyzny zdecyduje prokurator.
Trzech pijanych kierowców tirów - Dzisiaj około godziny 12:30 policjanci z ruchu drogowego KWP w Białymstoku zauważyli pędzące od strony Augustowa w kierunku Grajewa trzy tiry. Cały "rajd" został nagrany wideorejestratorem zamontowanym w nieoznakowanym radiowozie. Na ograniczeniu do 50 km/h pojazdy jechały ponad 80 km/h. Policjanci zatrzymali ostatniego, jadącego na końcu kolumny tira. Zbadali trzeźwość kierowcy. Okazało się, że ma on w wydychanym powietrzu ponad promil alkoholu. Dwa kolejne auta zatrzymali grajewscy policjanci na zorganizowanej w mieście blokadzie. Również w tym przypadku kierowcy scani i mercedesa byli pijani. Alkomat wykazał u obu ponad promil alkoholu w wydychanym powietrzu. Wszyscy trzej mężczyźni wracali z Litwy "na pusto" do podwarszawskiej miejscowości, w której mieści się siedziba firmy przewozowej. Gdy wytrzeźwiają odpowiedzą nie tylko za przekroczenia prędkości, ale przede wszystkim za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. Zgodnie z kodeksem karnym grozi im kara pozbawienia wolności do 2 lat.
Nietrzeźwy operator koparki - Policjanci z Gdyni - Witomina zatrzymali 44-letniego operatora koparki, który pracował będąc pod wpływem alkoholu. Badanie potwierdziło, że we krwi miał ponad 2 promile. Teraz Bogdan B. poniesie odpowiedzialność za swoje czyny. Wczoraj rano dyżurny komisariatu z Gdyni - Witomina otrzymał zgłoszenie, że na jednym z placów budowy prawdopodobnie pracuje nietrzeźwy operator koparki. Policjanci natychmiast pojechali na miejsce. Na placu zauważyli pracującą koparkę. Od operatora wyczuli alkohol. Jak się okazało mężczyzna miał ponad 2 promile we krwi. Bogdan B. przyznał, że przyszedł do pracy “na kacu” i dodatkowo wypił alkohol “żeby lepiej się poczuć”. Ponadto okazało się, że gdańszczanin miał orzeczony zakaz prowadzenia pojazdów na 3 lata, do września przyszłego roku. Teraz poniesie odpowiedzialność swojego nieodpowiedzialnego zachowania.
Komentuj →
30 grudnia 2007 |
0
Zachodniopomorska policja zapowiada wzmożone kontrole trzeźwości kierowców. Tymczasem w internecie można sprawdzić, ile wypić i do której – informuje “Gazeta Wyborcza Szczecin”. Na stronie ilemogewypic.pl (www.ilemogewypic.pl) jest wirtualny alkomat. Wprowadzamy dane: płeć, wzrost, waga i ilość oraz rodzaj spożytego alkoholu, a program wylicza, ile promili alkoholu mamy w kolejnych godzinach i kiedy możemy siąść za kierownicą. Można również obliczyć, ile alkoholu możemy wypić, żeby być zupełnie trzeźwym na konkretną godzinę. Innym sposobem sprawdzenia, czy możemy jechać, jest własny alkomat - w internecie można znaleźć mnóstwo modeli. Są takie, które pokazują jedynie, czy możemy jechać, inne pokazują stężenie alkoholu we krwi. Generalna zasada: im droższy, tym pomiar jest bardziej precyzyjny. Ceny zaczynają się od 30 zł, a kończą na kilkuset. Również w większości dużych sklepów możemy je kupić. Są też dostępne jednorazowe alkotesty wykorzystujące kryształki - zabarwienie na odpowiedni kolor oznacza, że możemy jechać lub nie. Kosztują kilka złotych i można je dostać na niektórych stacjach benzynowych i w dużych sklepach. W niektórych klubach i na stacjach benzynowych za drobną opłatą można skorzystać z automatu do pomiaru poziomu alkoholu. - W sylwestra przeprowadzimy akcję "Trzeźwy poranek", w następnych dniach będą kolejne - zapowiada mł. insp. Jacek Fabisiak, z-ca komendanta wojewódzkiego policji w Szczecinie. - W tym roku odnotowaliśmy największy w kraju procentowy spadek liczby pijanych uczestników wypadków drogowych. Jest na poziomie 80 proc. liczby sprzed roku, gdy średnia w kraju to ok. 102 proc. Na pewno wpłynęły na to nasze akcje. Kierowcy powoli zdają sobie sprawę, jak wiele ryzykują, siadając za kierownicą po alkoholu lub nawet na kacu.
Komentuj →
30 grudnia 2007 |
0
Nowi mieszkańcy Rzeszowa za darmo wymienią najważniejsze dokumenty: dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny samochodu. Formularze będą mogli pobrać w zamiejscowych punktach informacyjnych urzędu miasta, które otwarte zostaną już 2 stycznia. Od nowego roku granice Rzeszowa znów się zmienią. Do miasta przyłączona zostanie zachodnia Przybyszówka oraz najprawdopodobniej Zwięczyca. - Na pewność w sprawie tego drugiego sołectwa będziemy czekali jeszcze w poniedziałek - mówi Maciej Chłodnicki, rzecznik prezydenta Rzeszowa. - Jesteśmy na tę operację przygotowani - dodają urzędnicy. Mieszkańców Przbyszówki i Zwięczycy czeka sporo zmian. Pierwsze związane są z wymianą dokumentów. - Aby to ułatwić, uruchamiany zamiejscowe punkty informacyjne urzędu miasta - mówi Krzysztof Kadłuczko, pełnomocnik prezydenta ds. zmiany granic. W Przybyszówce punkt ten będzie znajdował się w Szkole Podstawowej, w Zwięczycy ruszyć ma w Zespole Szkół z Przedszkolem. - Będą czynne przez pięć dni tygodnia od godz. 7.30 do 15.30. Pracownicy punktu będą udzielać nowym rzeszowianom wszelkiej pomocy w załatwianiu niezbędnych formalności - mówi Maciej Chłodnicki. Jakie sprawy będą mogli załatwić w punkcie informacyjnym? - Przede wszystkim mogą pobrać formularze konieczne do wymiany dowodu osobistego oraz prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego pojazdu - tłumaczy rzecznik. W punktach będzie można złożyć wypełnione formularze. Dokumenty trzeba będzie odbierać w urzędzie miasta. Wymiana dokumentów jest bezpłatna. - Z wymianą dokumentów trzeba jednak zaczekać do przyznania nowym mieszkaszkańcom adresów. Będą one dostarczane do domów w pierwszych dniach stycznia - mówi Maciej Chłodnicki. Jeśli ktoś z nowych mieszkańców prowadzi działalność gospodarczą, to przy jej przerejestrowaniu, ze względu na nowy adres zamieszkania i nowy adres firmy, nie będzie ponosił żadnych opłat. Taką decyzję podjęli rzeszowscy radni.
Komentuj →
30 grudnia 2007 |
0
Zespół Szkół Budowlanych W Olsztynie otwiera się na potrzeby pracodawców i organizuje nową policealną klasę techników drogownictwa. Dyrekcja dróg krajowych z niecierpliwością oczekuje pierwszych absolwentów – donosi “Gazeta Wyborcza Olsztyn”. - Pierwszy raz wychodzimy z taką propozycją, ale to wynik zainteresowania samych kandydatów - opowiada Lidia Nowacka, wicedyrektor w Zespole Szkół Budowlanych. - Zawód się rozwija, stopniowo zyskuje popularność, a dyrektor szkoły nawiązał współpracę z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad. Jesteśmy jedyną szkołą w województwie, która proponuje taki zawód. Techników drogownictwa w tej chwili jest bardzo mało, ostatni absolwenci skończyli szkołę siedem lat temu i kilka osób w ubiegłym roku. W szkole dziennej klasa powstała we wrześniu i cieszyła się dużym powodzeniem. Wtedy w niecały miesiąc od momentu podjęcia decyzji o utworzeniu klasy zebrano komplet zgłoszeń od chętnych. Wśród uczniów znalazło się też dwunastu pracowników olsztyńskiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. - Proponujemy naukę głównie z myślą o osobach pracujących, które nie mają wykształcenia kierunkowego. Niektórzy pracują w tym zawodzie od lat, ale nowe przepisy zmuszają ich do zdobycia dyplomu technika drogownictwa - mówi wicedyrektor szkoły. - Możliwość kształcenia w tym kierunku pozwoli zdobyć poszukiwany na rynku pracy zawód - przyznaje Karol Głębocki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Olsztynie. - Z drugiej strony licznym pracownikom branży drogowej umożliwi uzupełnienie wykształcenia. Lata 80. i 90. to okres, w którym ze względu na zastój w budownictwie drogowym zaniechano kształcenia drogowców. Efekty tego odczuwalne są do dziś. Brakuje nadal osób ze średnim wykształceniem drogowym i uprawnieniami branżowymi, które stanowią pierwszą "linię frontu" w utrzymaniu i budowie dróg (odpowiednik majstra na budowie). Technikum policealne jest szansą dla tych, którzy zdawali poprawki egzaminu maturalnego, nie dostali się na studia albo nie poradzili sobie na początku studiów i zrezygnowali z nich. To szkoła zaoczna, więc zajęcia można pogodzić z pracą, a ponieważ jest bezpłatna, oprócz czasu i nauki nie wymaga dodatkowych wyrzeczeń. Lekcje obejmują tylko przedmioty zawodowe. - Szukamy osób z wykształceniem średnim, mogą być bez matury. Nie liczy się wiek, ani to czy, ktoś ma stare czy nowe świadectwo. W klasie policealnej, którą tworzyliśmy we wrześniu, mamy panów po 50. - mówi Lidia Nowacka. Szkoła jeszcze kilka lat temu zabiegała o uczniów, teraz musi szukać nauczycieli. - Niełatwo pozyskać kadrę, ale zatrudniamy emerytów, część wykładowców jest z kierunku budownictwo, a nawet pozyskaliśmy nauczyciela z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Praca w szkole nie jest łatwa, pieniądze małe, ale niektórzy robią to dla idei - przyznaje Nowacka. Anna Wasilewska, wiceprezydent Olsztyna ds. oświatowych pochwala inicjatywę otwierania takich klas: - Jeśli wpłyną podania i będą chętni do nauki w tej szkole na pewno damy na nią pieniądze. Ale najpierw muszą być kandydaci. Zdzisław Szczepkowski, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy: Z naszych analiz wynika, że brakuje i będzie brakowało pracowników w budownictwie, także drogowym, w tym techników. Remonty i budowy dróg będą postępowały, ktoś musi się tym zajmować. Uważamy, że budowie dróg doskwiera brak kadry i trzeba ją wykształcić. Otwarcie kierunku technik drogownictwa wpisuje się w prognozy, których dokonujemy. To szansa na lepszą pracę dla tych, którzy mają tylko szkołę średnią.
Komentuj →
29 grudnia 2007 |
0
Rosnące koszty paliwa oraz spadająca wartość euro obniżyły opłacalność świadczenia usług transportu drogowego dla krajów strefy euro do tego stopnia, że przewoźnicy, którzy jeszcze kilka miesięcy temu w pośpiechu kupowali ciągniki siodłowe i naczepy, teraz rezygnując z nierentownych już usług, wyzbywają się tego sprzętu. Tak zaskakujące są rezultaty najnowszych badań polskiego rynku pojazdów ciężarowych, prowadzone przez firmę EurotaxGlass’s – czytamy w artykule redaktora naczelnego dwumiesięcznika “Truck and Business”. Dwa wzmacniające się czynniki, prowadzące do obniżenia rentowności usług transportowych całkowicie odwróciły nad wyraz dynamiczny rozwój sprzedaży usług przewozowych. Kilka miesięcy temu firmy transportowe, by obsłużyć rosnącą w zawrotnym tempie liczbę bardzo intratnych zleceń, musiały na bój zabój kupować ciężarówki. Doszło do sytuacji, że na nowy ciągnik siodłowy czekało się od sześciu miesięcy do roku. Zdeterminowani przewoźnicy kupowali używane pojazdy, by móc wykonać podjęte zlecenia. Najchętniej nabywano najmłodsze “używki” – w wieku od roku do dwóch lat. Popyt na nie wzrósł do tego stopnia, że ceny doszły do poziomu zbliżonego do nowych, a w niektórych przypadkach przekroczyły go (aż trudno w to uwierzyć – zupełnie jak za “komuny” dla aut osobowych). Miało to miejsce tylko w przypadkach, gdy taki pojazd można było nabyć od ręki. Równocześnie postępował proces wzmacniania się wzajemnego dwóch czynników zmniejszających opłacalność działalności transportowej na rzecz klientów operujących w strefie euro: umacniania się złotego i wzrostu cen paliw. Śmiało można również powiedzieć, że nie bez znaczenia było i jest parcie na wzrost zarobków kierowców. Bariera opłacalności musiała w którymś momencie zostać przekroczona właśnie w ostatnich miesiącach, bo firmy transportu drogowego zaczęły gremialnie wycofywać się z już nieopłacalnych kontraktów, na potrzeby których kupowali pojazdy. - Znacznie wzrosła podaż używanych samochodów ciężarowych, szczególnie tych najmłodszych, na które był ostatnio największy popyt, a równocześnie spadł poziom zakupów nowych ciężarówek. Efekt – spadek cen aut ciężarowych na rynku wtórnym i coraz krótsze oczekiwanie na “nówki” – wyjaśnia Marcin Kardas z Działu Badania Rynku EurotaxGlass’s. – Nic nie wskazuje na to, żeby ceny paliw w najbliższym czasie spadły oraz, by euro zaczęło drożeć. W efekcie możemy spodziewać się dalszego spadku używanych samochodów ciężarowych oraz skracania się oczekiwania na nowe pojazdy. Sprawdziłem czy trend spadkowy potwierdzają generalni przedstawiciele największych marek ciężarówek w Polsce. Zbigniew Kołodziejek, szef marketingu w DAF Trucks Polska tylko częściowo potwierdził te informacje. - Rzeczywiście nastąpiła stabilizacja zapotrzebowania na największe samochody ciężarowe, a na małe wręcz popyt rośnie i na realizację zamówienia złożonego dzisiaj, trzeba czekać do września, a w przypadku szczególnych wymogów wyposażeniowych, do października - mówi Zbigniew Kołodziejek. Również Marta Stefańska, asystentka dyrektora marketingu na Europę Wschodnią MAN-Star Trucks potwierdza, że na podstawie tegorocznych trendów sprzedażowych, można spodziewać się w 2008 roku stabilizacji sprzedaży pojazdów ciężarowych tej marki. W roku 2007 sprzedaż ciężarówek MAN rosła bardzo dynamicznie. Prognozy sprzedaży pojazdów Iveco też wskazują na przyhamowanie bardzo dynamicznego wzrostu, odnotowanego w 2007 r. Zdaniem Krzysztofa Moczulskiego, menedżera marki i promocji Iveco Poland, największe zainteresowanie przewoźników przesuwa się w stronę pojazdów przeznaczonych do obsługi transportu krajowego, a więc niezależnego od kursu euro. Są to głównie lżejsze pojazdy, a więc sytuacja jest podobna jak u DAFa.
Komentuj →
28 grudnia 2007 |
0
Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego oblężony: na egzamin trzeba czekać nawet pięć tygodni. Kandydaci na kierowców chcą jak najszybciej zrobić kurs i zdać, bo boją się wzrostu cen po Nowym Roku – podsumowuje “Gazeta Wyborcza Łódź”. Pierwsze kolejki po prawo jazdy pojawiły się w kwietniu, kiedy czas jazdy egzaminowej wydłużył się z 25 do 50 minut. W ciągu dnia można więc było przetestować o połowę mniej kandydatów. Ośrodki ruchu drogowego w całej Polsce miały problemy z przeprowadzaniem egzaminów w ustawowym terminie (musi być przeprowadzony w ciągu 30 dni od zakończenia kursu). By uporać się z problemem łódzki WORD dokupił dodatkowe samochody i zatrudnił więcej egzaminatorów. Po kilku miesiącach udało się zmniejszyć czas oczekiwania nawet do trzech tygodni. Drobne problemy były jedynie w wakacje, kiedy to młodzi ludzie najchętniej wybierają się na kursy prawa jazdy. Natomiast zima była zazwyczaj okresem wytchnienia, bo mało kto chciał jeździć po śliskiej drodze. W tym roku to jednak właśnie zimą łódzki WORD jest najbardziej oblegany. - Ludzie boją się zmian i chcą zdążyć przed podwyżkami - tłumaczy Zbigniew Skowroński, dyrektor WORD w Łodzi. - Chciałbym jednak wszystkich uspokoić: opłaty za egzamin nie zmienią się przynajmniej do połowy przyszłego roku. Wcześniej mogą wzrosnąć jednak ceny kursów. Obecnie za szkolenie podstawowe na kategorię B (30 godzin wykładów oraz 30 godzin jazdy) trzeba zapłacić 1100 - 1300 zł. Autoszkoły przewidują, że z powodu wzrostu cen paliwa oraz konieczności podwyższenia wypłat dla pracowników, koszt może wzrosnąć nawet o 30 proc. - Miałem robić kurs w przyszłe wakacje, ale usłyszałem o podwyżkach i zdecydowałem się przyjść wcześniej - mówi Kamil Krzyżański, student. Mimo że w łódzkim ośrodku pracuje 40 egzaminatorów, a do dyspozycji jest 26 aut i tak trzeba czekać w kolejce nawet pięć tygodni. Terminy w łódzkim ośrodku i tak są jednymi z najkrótszych w kraju. W niektórych miastach trzeba nawet czekać nawet dwa miesiące.
Komentuj →
28 grudnia 2007 |
0
Sprawdzili, o ile skrócił się czas przejazdu samochodem po zainstalowaniu systemu, który ma dać efekt tzw. zielonej fali. - Niekiedy jedzie się nawet o 45 proc. krócej - zapewniają. Kierowcy mówią, że od czasu wprowadzenia zielonej fali większe są korki na pobliskich ulicach. Wdrażaniem systemu sterowania ruchem w Olsztynie kilka miesięcy temu zajęła się firma Tyco Fire, która ma już doświadczenie we wprowadzaniu zielonej fali w Hongkongu, Singapurze, Sydney i Dublinie, a w Polsce - w Rzeszowie. Po ciągłych skargach kierowców także olsztyński ratusz zdecydował się na jej pomoc. Według umowy z urzędem miasta Tyco do 31 października miał uruchomić system na jedenastu skrzyżowaniach w centrum. Mimo to kierowcy skarżyli się "Gazecie", że zielona fala wciąż nie działa. Urzędnicy uspokajali, że będzie funkcjonowała jak należy, gdy firma Tyco przeszkoli miejskich drogowców obsługujących system. Ma na to czas do do końca stycznia 2008 roku. Mimo to drogowcy zapewniają, że już teraz czas przejazdu przez centrum skrócił się. - Efekt zastosowania systemu sterowania ruchem badamy porównując czasu przejazdu samochodu przed i po jego instalacji - tłumaczy Paweł Jaszczuk, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg, Mostów i Zieleni. - Po każdej trasie jeździmy wielokrotnie, aby wyeliminować przypadkowe wyniki. Każdy taki przejazd rejestruje wideokamera. Dotychczasowe pomiary wykazały, że czasy przejazdu na trasie Roosevelta - 1 Maja - Partyzantów w szczycie porannym są krótsze o 29 proc., w szczycie popołudniowym - o 10 proc., a w innych godzinach nawet o 45 proc. O 20 proc. skrócił się także czas przejazdu w szczycie popołudniowym od skrzyżowania al. Piłsudskiego z Kościuszki przez 1 Maja do Partyzantów, a o 32 proc. na trasie Roosevelta - Piłsudskiego - Kościuszki. Drogowcy podkreślają jednak, że system zainstalowany przez Tyco różni się od popularnej zielonej fali tym, że odczytuje natężenie ruchu na każdym z wlotów skrzyżowania i na tej podstawie dopasowuje pracę sygnalizacji. Ale nie oznacza to, że jadąc przez kolejne skrzyżowania zawsze będziemy mieli zielone światło. - Regulacja systemu będzie jednak kontynuowana aż do uzyskania najlepszych efektów zarówno dla kierowców, jak i pieszych - zapewnia Paweł Jaszczuk. Co na to kierowcy? - Poza godzinami szczytu można powiedzieć, że zielona fala działa - przyznaje Sławomir Kałwianiec, olsztyński taksówkarz. - Ale od godz. 15 do 17 cała ul. Pieniężnego jest zakorkowana i nie dostrzegam żadnej poprawy. Trzeba się jednak uzbroić w cierpliwość. System, który instaluje w Olsztynie firma Tyco, tak naprawdę zacznie działać, jak objęte nim zostaną jeszcze inne skrzyżowania. A ul. Grunwaldzka i Pieniężnego odkorkuje się dopiero po wybudowaniu nowej ul. Artyleryjskiej. W kolejnych etapach zostanie zmodernizowanych siedem skrzyżowań - na ulicach Kętrzyńskiego, pl. Bema, Limanowskiego, jedenaście skrzyżowań - na ul. Warszawskiej, Tuwima, Synów Pułku i Wyszyńskiego, a także cztery skrzyżowania - od Niepodległości do Pstrowskiego. Będzie to kosztować prawie 3,5 mln zł. Drogowcy uważają, że całą inwestycję uda się skończyć do połowy 2008 roku.
Komentuj →
28 grudnia 2007 |
0
Łódzcy rikszarze mogą zmienić oblicze Londynu. Kiedy w 2012 roku w czasie olimpiady z centrum miasta zostaną wycofane pojazdy spalinowe - łódzka riksza stanie się bardzo ważnym elementem transportu w Londynie. Nie podoba się to taksówkarzom oraz brytyjskim rikszarzom – czytamy w “Polsce”. Chodzi o podział zysków, ale głównym argumentem przeciw przybyszom z Piotrkowskiej jest specyficzna konstrukcja polskiego pojazdu. Skarżą się na nas przede wszystkim londyńscy taksówkarze, którym odbieramy klientów. Z powodu umiejscowienia z przodu siedzenia dla pasażera nazywają nasze pojazdy "spychaczami" - tłumaczy Piotr Popławski, współwłaściciel firmy CyberRickshaw w Londynie. Rzeczywiście, taksówkarze znad Tamizy są przerażeni rosnącą konkurencją pojazdów napędzanych siłą mięśni. Od kiedy na ulicach Londynu pojawiły się riksze, mamy coraz mniej klientów. Przez te śmieszne pojazdy nasze zarobki są nawet o połowę niższe niż na przykład dwa lata temu - przyznaje Paul Wood, taksówkarz. Walczymy z nimi, wysyłając pisma do Transport for London, bo według nas te pojazdy są niebezpieczne. Jednak riksze jak jeździły, tak jeżdżą. Mało tego: z każdym miesiącem jest ich coraz więcej! Spory pomiędzy rikszarzami a taksówkarzami pod Big Benem kończą się słownymi potyczkami. Do rękoczynów na szczęście nie dochodzi, ale atmosfera wokół przyszłości transportu w centrum Londynu jest gorąca. Organizacje i urzędy zarządzające ruchem ulicznym dały się przekonać taksówkarzom. Twierdzą, że riksze pchane nie odpowiadają standardom bezpieczeństwa. Skoro pasażerowie siedzą z przodu, są narażeni na bezpośrednie zagrożenie w razie zderzenia. Przy gwałtownym hamowaniu grozi im wywrotka, a zjazd ze wzgórza może skończyć się tragicznie. To bzdura! - protestuje Piotr Popławski z CyberRickshaw. Riksze są wolne i nie ma dużego ryzyka uderzenia w coś przodem. Jeśli zdarzają się nam kolizje, to właśnie od tyłu. Poza tym zanim ktokolwiek zacznie pracować na rikszy, musi przejść serię treningów. Jednak właśnie ze względów bezpieczeństwa London Pedicab Operators Association (organizacja londyńskich rikszarzy) nie przyjmuje kierowców "spychaczy" w poczet swoich członków. Mimo to łódzkie riksze stały się prawdziwym hitem na londyńskich ulicach. Dlaczego? Bo turyści wolą siedzieć z przodu. Lepiej oglądać miasto niż plecy rikszarza - przyznaje Brytyjczyk z prowincji zwiedzający Londyn. Dopóki nie powstanie prawna definicja rikszy, po londyńskich ulicach jeździć będą zarówno pojazdy z siedzeniami dla pasażerów z przodu, jak z tyłu. Dziś rikszarze mogą bez licencji wozić pasażerów i nie dotyczą ich żadne regulacje prawne. Chcemy wprowadzić obowiązkowe licencje, ale przy obecnym stanie prawnym możemy to zrobić jedynie pod warunkiem że riksze zostałyby zakwalifikowane do tej samej grupy co taksówki - mówi Paul Johanson z Transport for London (urząd czuwający nad komunikacją w stolicy). Ale na to rikszarze nie chcą się zgodzić. Czekamy więc na wyrok Sądu Najwyższego w tej sprawie. Nazywają nas tutaj riderami - mówi łodzianin Michał Piątek, współwłaściciel firmy London Rickshaw. Dzięki klimatowi, który umożliwia pracę przez cały rok, zarabiamy więcej niż w Polsce. Dodatkowy plus to możliwość ukończenia profesjonalnych kursów, których nie ma w Łodzi. Riderzy cieszą się sympatią klientów. Czasem wzbudzają nawet zachwyt turystów, którego wyrazem są wynagrodzenia, jakie otrzymują: zdarza się, że za kurs rikszarz dostaje nawet 300 funtów. 90% poszukujących zatrudnienia powołuje się na któregoś z moich stałych pracowników. Riderzy znają się z miasta bądź z wieczornych spotkań przy piwku. Łodzianie przyznają, że jeżdżenie po Londynie jest nie lada wyzwaniem. To wielkie miasto, z dużą liczbą ulic jednokierunkowych i tysiącami klubów, które płacą za dowiezienie do nich klientów. W centrum każdego dnia weekendu przewijają się dziesiątki tysięcy ludzi. Jest tu mnóstwo teatrów i sklepów. Nie brakuje też wzgórz, na które trzeba podjechać nieraz z trzema sporych rozmiarów klientami - mówi Piotr Popławski. Wielu ludzi jeżdżących na rikszach w Polsce nie daje sobie rady w Londynie. Ci, którzy przetrwają, mogą uważać się za najlepszych w tej branży. Łódzkim rikszarzom można pogratulować inwencji. Zdobywają Londyn z marszu, bez żadnych obciążeń. Z drugiej strony, trudno się dziwić londyńskim przedsiębiorcom transportowym, że patrzą z obawą na nieoczekiwaną konkurencję z Piotrkowskiej i szukają pretekstu, żeby załatwić przeciwnika, zanim na dobre się rozpanoszy. Kiedyś angielscy hodowcy bydła ostro protestowali przeciwko kolei. Świszczące i dudniące lokomotywy miały powodować, że krowy stracą mleko. W tych twierdzeniach były jednak rzeczywiste obawy, czego nie można powiedzieć o argumentach brytyjskich przewoźników. Ostrzeżenie o rzekomym niebezpieczeństwie, czyhającym na jadącego z przodu pasażera rikszy, brzmi przekonująco. Nie dla samych pasażerów, ale dla brytyjskich urzędników. W ostatecznym rozrachunku powinien jednak wygrać zdrowy rozsądek i łódzkie riksze. Nie zdziwię się, jeśli pewnego dnia londyńskie przedsiębiorstwa przewozowe wprowadzą "łódzki" model rikszy.
Komentuj →
27 grudnia 2007 |
0
Pewna 94-letnia Brytyjka uznała, że po 75 latach jeżdżenia samochodem czas rozstać się z kierownicą. Muriel Gladwyd z Hereford swe prawo jazdy odesłała, a kluczyki od samochodu schowała do szuflady.Pani Gladwyd zasiadła za kierownicą na święta Bożego Narodzenia w 1932 roku. Jej pierwszym samochodem był słynny Ford model T. Od tego czasu przejechała - jak sama oblicza - "zdrowo ponad milion kilometrów" i to bez wypadku. To, że nie przydarzyła jej się nawet drobna stłuczka, tłumaczy poszanowaniem dla ograniczeń prędkości i rozglądaniem się na boki.
Komentuj →
27 grudnia 2007 |
0
Pierwszy w Polsce informator dla osób, którzy stracili bliskich w wypadkach samochodowych opracowało radomskie stowarzyszenie. Publikacja powstała za pieniądze z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich – donosi “Gazeta Wyborcza Radom”. - Pomagając osobom poszkodowanym w wypadkach i ich bliskim, często spotykaliśmy się z zarzutem, że nikt ich nie informował o procedurze ani o przysługujących im prawach, że nie wiedzieli, gdzie mają się zwracać o pomoc w załatwianiu formalności. To natchnęło nas do stworzenia informatora zawierającego kompendium wiedzy i wskazówek krok po kroku podanych w fachowy, ale i przystępny sposób - wyjaśnia Ewa Sold, dyrektor Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych "Pomocne Dłonie" w Radomiu. Stowarzyszenie złożyło projekt do Funduszu Inicjatyw Obywatelskich. Pomysł został wysoko oceniony przez ekspertów, a FIO przyznało pieniądze na przygotowanie publikacji. Przy opracowywaniu treści pomagali specjaliści z wydziału ruchu drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Radomiu i prawnicy z jednej z radomskich kancelarii: Wiesław, Agnieszka i Rafał Fijałkowscy. - Konsultowaliśmy się także z lekarzami. Staraliśmy się w jak najbardziej taktowny sposób wyjaśnić, co dzieje się z ciałem zmarłego, dlaczego prokurator zarządza sekcję zwłok, czy bliscy ofiary muszą brać udział w identyfikacji i dlaczego tak ważne jest podjęcie szybkiej decyzji o oddaniu organów do przeszczepu - mówi Sold. W broszurze można znaleźć także informacje na temat pochówku - przygotowań do pogrzebu, opłat z tym związanych, testamentu i postępowania spadkowego. Druga część publikacji poświęcona jest procedurze karnej. Wyjaśnia, jakie uprawnienia w postępowaniu sądowym ma oskarżyciel posiłkowy, jak wygląda proces karny, kiedy i jak można dochodzić roszczeń od sprawcy wypadku. Kwestia roszczeń finansowych opisana jest także obszernie w części trzeciej, gdzie wiele miejsca poświęcono procesowi cywilnemu. Na końcu zamieszczono adresy stowarzyszeń pomagających poszkodowanym w wypadkach i ich bliskim w całej Polsce. Stowarzyszenie prowadzi rozmowy z policją, aby za pośrednictwem funkcjonariuszy wyjeżdżających do wypadków informator trafiał do rodzin ofiar.
Komentuj →
27 grudnia 2007 |
0
Z pomysłów francuskiego Lyonu, korzysta Wrocław. Urzędnicy właśnie tworzą miejski system rowerów. Choć pomysł jest świeży, Wrocław działa szybko i konkretnie. Tydzień temu zatrudniono tzw. "oficera rowerowego". Ma za zadanie zająć się tworzeniem sieci rowerowej. Wstępny projekt jest gotowy. W przyszłym roku pojawi się około stu stacji rowerowych z tysiącem dwukołowych maszyn wyposażonych w koszyki. Jednoślady będą w żółto-czerwonym kolorze - to barwy Wrocławia. Dodatkowo będą miały GPS-y, czujniki uszkodzeń i nieprzebijalne opony. Wrocławskie rowery tak jak lyońskie będzie można wypożyczyć po wpisaniu w specjalnym automacie kodu PIN z karty czipowej dostępnej w kiosku lub w biurze informacji turystycznej (albo w ramach karty miejskiej). Ze wstępnych wyliczeń wynika, że cały projekt to koszt około kilkunastu milionów złotych. Po relacjach łódzkiej "Gazety" z Lyonu (w ramach projektu "Mój kawałek Europy") pomysł miejskich rowerów, który działa we francuskim mieście od kilku lat, wywołał wielki podziw łodzian. - To wspaniała sprawa. Czemu my tego nie mamy? Wreszcie może rozładowałoby się ogólnołódzkie oburzenie na komunikację miejską, która działa fatalnie - pisał marcin82, jeden z zapalonych rowerzystów. Mniejsze emocje rowerowy system miejski wywołał wśród urzędników. Choć nie twierdzą, że pomysł jest zły, czy niewykonalny w naszym mieście. - Rowery ostatnio są bardzo modnym środkiem transportu. Dodatkowo są zdrowe dla człowieka i korzystnie wpływają na środowisko. Ale, żeby go stworzyć, niezbędne są ścieżki rowerowe. Nie wiem, czy Zarząd Dróg i Transportu przewidział budowanie nowych ścieżek w trakcie obecnych remontów - zastanawia się Justyna Jedlińska, dyrektor biura promocji UMŁ. We Wrocławiu ścieżki rowerowe są rozbudowywane systematycznie. W rzeczywistości i w najbliższych planach jest ich ok. 140 km. - To ułatwi na pewno wprowadzenie miejskiego systemu rowerów - mówi Daniel Chojnacki, oficer rowerowy Wrocławia. - Ale nie to jest najważniejsze. Władze muszą zrozumieć, że rowery to inwestycja na przyszłość. Nasz prezydent, kiedy pojechał do Francji i zobaczył, jak tam działa system miejskich rowerów, zachwycił się i przekonał się do tego pomysłu. Tydzień temu stworzono moje stanowisko i czas do pracy! - mówi Chojnacki.
Komentuj →
26 grudnia 2007 |
0
Liczba wypadków na najruchliwszym szlaku tranzytowym przecinającym Podlaskie w kończącym się właśnie roku znacząco spadła. To rok, podczas którego wzdłuż "ósemki" stanęło kilkanaście fotoradarów, drogowcy przebudowali też kilka najniebezpieczniejszych skrzyżowań. 77 zdarzeń, w których rannych zostało 96 osób, a 31 poniosło śmierć - to statystyka wypadków dla 240 kilometrów drogi krajowej numer osiem w granicach województwa - między okolicami Zambrowa a przejściem granicznym w Budzisku. To tragiczne liczby, ale pierwszy raz od lat w kwestii bezpieczeństwa na tej trasie policjanci zauważają poprawę. W stosunku do roku ubiegłego o ponad 20 proc. - My, opolskie i podkarpackie - tylko tam spadła liczba wypadków. W pozostałych województwach nieubłaganie rośnie - mówi nadkomisarz Rafał Kozłowski, szef podlaskiej drogówki. W Podlaskiem jest ponad 18 tys. km dróg. Zdecydowana większość to drogi gminne i powiatowe. Krajowe mierzą niecały tysiąc kilometrów. Osławiona ósemka - łącząca Kudowę, Wrocław, Warszawę, Białystok i przejście graniczne z Litwą w Budzisku - w granicach województwa ma raptem 240 km. W ubiegłym roku to na niej ginęła co trzecia ofiara wypadków na podlaskich drogach. Od początku roku ta trasa znalazła się pod szczególnym dozorem tak drogowców, jak i policji. W ramach akcji "Droga Zaufania" zwiększono na niej liczbę patroli, postawiono kilkanaście fotoradarów. Przebudowano też kilka najniebezpieczniejszych skrzyżowań z drogami lokalnymi. - Te działania miały wpływ na poprawę bezpieczeństwa, chociaż jeszcze za wcześnie, by oceniać, jak był on duży i czy będzie trwały. Ale jako policja poprzemy każde działanie prowadzące do spadku liczby ofiar - zapewnia nadkomisarz Kozłowski. Nie ukrywa, że znacznie skuteczniejsza byłaby gruntowna modernizacja przecinających województwo dróg tranzytowych. Zwraca ponadto uwagę, że są też tragiczne statystyki, które rosną. Dotyczą wypadków z udziałem pieszych. W ubiegłym roku w województwie było ich 284, w tym już 330. Nieoświetlone miejscowości i brak chodników - to według nadkomisarza jeden z powodów tak znacznych liczb. Ale są też miejsca, gdzie radykalnie poprawiło się bezpieczeństwo właśnie pieszych. Po wielu latach zaniedbań, pomimo radykalnego sprzeciwu lokalnych władz, drogowcy zabrali się za ósemkę w granicach Augustowa. W mieście przybyło świateł regulujących ruch na skrzyżowaniach, pojawiły się azyle dla pieszych. Najradykalniejsza zmiana dokonała się na ulicy Wyszyńskiego, przy wlocie drogi od strony Suwałk, gdzie kiedyś tiry pędziły często z prędkością ponad 100 km na godzinę. Specjalną wysepką rozdzielono tam pasy ruchu. W ubiegłym roku pod kołami samochodów w mieście zginęły trzy osoby, w tym ani jedna. - Liczba wypadków spadła z 11 do 6, a rannych z 20 do 12 - mówi Andrzej Murawski, rzecznik augustowskiej policji. - Czas pokaże, czy to wynik wprowadzonych zmian, czy tego, że przebudowa ulicy Wyszyńskiego trwała przez kilka miesięcy i ruch siłą rzeczy odbywał się tam wolno i pod szczególnym nadzorem - dodaje ostrożnie. Według Rafała Kozłowskiego modernizacja ulicy Wyszyńskiego to najlepszy przykład na to, jak trudno czasami znaleźć kompromis między sprawnym i szybkim ruchem a bezpieczeństwem. - Mieliśmy całe mnóstwo skarg na korki, jakie tworzyły się tam latem. Ale jeśli ta przebudowa pomogła zmniejszyć liczbę zabitych, to było warto. Nawet jeśli będzie wolniej - podsumowuje szef podlaskiej drogówki. Pod względem liczby ofiar wypadków drogowych Polska przoduje w Europie. W tej niechlubnej statystyce bez konkurencji jest droga krajowa nr 8 - przecinająca kraj po przekątnej - od granicy z Czechami do granicy z Litwą. "Ósemka" poszła na pierwszy ogień kampanii inżynieryjno-medialnej "Droga Zaufania", prowadzonej w tym roku przez Generalną Dyrekcję Dróg i Autostrad. W jej ramach drogowcy na mierzącej prawie tysiąc kilometrów drodze ustawili ponad 90 fotoradarów, zrobili kilkanaście nowych kładek i przejść dla pieszych. Przebudowali też kilka najniebezpieczniejszych skrzyżowań. Na terenie podlaskiego fotoradarów stanęło 19, przebudowano krzyżówki - m.in. w Jeżewie. Zmodernizowano też fragmenty trasy w Suchowoli i Augustowie. Całość prac w skali kraju kosztowała około 90 mln zł. Dwa miliony przeznaczono na działania medialne: ulotki, reklamy, audycje w radio, telewizji i na kanałach CB oraz nietypowe happeningi - inscenizacje wypadków drogowych.
Komentuj →
26 grudnia 2007 |
0
30 osób zginęło, 358 zostało rannych w 225 wypadkach - to bilans świąt na polskich drogach. Zatrzymano też 502 nietrzeźwych kierowców. Jak ocenił w czwartek Krzysztof Hajdas z wydziału prasowego Komendy Głównej Policji, w porównaniu z ubiegłym rokiem w mijające święta (od Wigilii do drugiego dnia świąt) mniej było wypadków i ofiar śmiertelnych. - Widać, że kierowcy wzięli sobie do serca apele. Wystarczyło "zdjąć nogę z gazu" i efekty od razu widać - powiedział. - Dużo mniej zatrzymaliśmy też nietrzeźwych kierowców, choć liczba 502 jest nadal bardzo duża - dodał. W sumie od przedświątecznego piątku - gdy zaczęły się wyjazdy na święta - do drugiego dnia świąt doszło do 621 wypadków, w których zginęło 69 osób, a 839 zostało rannych. Policjanci zatrzymali również prawie półtora tysiąca nietrzeźwych kierowców. Jak powiedział Hajdas, powroty ze świątecznego wypoczynku prawdopodobnie rozłożą się w czasie. Większy ruch na drogach krajowych i dojazdowych do miast może być już w najbliższy weekend. Część osób wróci jednak dopiero po Nowym Roku. - Apelujemy do kierowców o zaplanowanie powrotnej podróży i dostosowanie prędkości do warunków na jezdni, w wielu miejscach może być bowiem ślisko - zaznaczył Hajdas. Jak dodał, brawura jest najczęstszą przyczyną wypadków. W całym kraju już od piątku jest więcej patroli policyjnych na drogach - tak będzie też m.in. w najbliższy weekend, Sylwestra i Nowy Rok. Funkcjonariusze są m.in. w miejscach newralgicznych, by w razie konieczności rozładowywać korki. Prowadzą też wzmożone kontrole, przede wszystkim prędkości jazdy i trzeźwości kierowców. Policjanci kontrolują również sposób przewożenia dzieci, stan techniczny aut, a także czy kierowca i pasażerowie mają zapięte pasy. W same święta więcej patroli było w okolicach świątyń, na dworcach kolejowych i osiedlach. W okresie przedświątecznym funkcjonariusze patrolowali też centra handlowe i targowiska, czyli miejsca w których gorączkę zakupów mogli próbować wykorzystać przestępcy. W Sylwestra będą tam, gdzie organizowane są różnego rodzaju imprezy.
Komentuj →
23 grudnia 2007 |
0
Kierowcy parkujący w centrum miasta na płatnych postojach lekceważą parkomaty i nie wykupują biletów. Od wprowadzenia urządzeń liczba nałożonych kar wzrosła dziesięciokrotnie! We wrześniu 210 parkomatów zastąpiło ok. 120 parkingowych. Urządzenia postawiła firma CoolAR. Urzędnicy liczyli na większe zyski i jak się okazało, nie mylili się. Gdy za pobieranie opłat odpowiadali ludzie, dochód z parkingów wynosił ok. 200 tys. zł miesięcznie. Po ustawieniu na ulicach Łodzi urządzeń, w których można kupić bilet, wpływy do miejskiej kasy zwiększyły się niemal dwukrotnie. W październiku zebrano 300 tys. zł, a w listopadzie prawie 400 tys. Firma CoolAR z każdego 1000 zł, który trafia do maszyny, otrzymuje 380 zł. W zamian dba, by parkomaty działały poprawnie. Zarząd Dróg i Transportu podobną kwotę wcześniej płacił parkingowym. Urzędnicy zdziwili się jednak, gdy okazało się, że oprócz dochodów z biletów wzrosła również liczba nałożonych kar za niewykupienie biletu. - Gdy byli parkingowi, miesięcznie z opłat dodatkowych mieliśmy średnio 6 tys. zł. Teraz jest 60 tys. - mówi Sławomir Kaźmierczak, zastępca dyrektora Zarządu Dróg i Transportu. - Kierowcom wydaje się chyba, że jeśli nikt za nimi nie biegnie, by zapłacili za postój, to nie muszą tego robić. Dziwią się, gdy później przychodzi do nich pismo. Niektórzy kierowcy przyznają, że czasami zdarza się im nie zapłacić za postój. - Gdy zapomnę zabrać drobnych, to liczę na szczęście, że nie będzie kontroli. Często jest jednak tak, że zakupy albo spotkanie przedłużą się i nie chce się biec, by dokupić bilet. Niestety, dostałem już tak jeden mandat - mówi pan Krzysztof, kierowca opla. Skąd takie różnice w zyskach i nałożonych karach po wprowadzeniu parkomatów? - Wcześniej funkcję kontrolną po części sprawowali również parkingowi. Nie chcę nikogo posądzać, ale gdy zaproponowaliśmy parkingowym pracę za takie same pieniądze jak zarabiali oficjalnie pobierając opłaty za postój, nikt się do nas nie zgłosił - mówi Kaźmierczak. Nad tym, czy kierowca zapłacił za parking, czuwa 10 kontrolerów. Gdy za szybą nie zobaczą wykupionego biletu, nakładają karę. Dodatkowo, by mieć dowód fotografują auto oraz przednią szybę. Następnie nakładają tzw. opłatę dodatkową w wysokości 50 zł. Urzędnicy są zadowoleni z parkomatów. W połowie przyszłego roku za postój w centrum miasta będzie można najprawdopodobniej zapłacić przez telefon komórkowy. Trwa również przetarg na kartę miejską, dzięki której kierowcy nie będą musieli nosić zawsze ze sobą drobnych.
Komentuj →
22 grudnia 2007 |
0
Minister Infrastruktury Cezary Grabarczyk wziął udział w uroczystym oddaniu do użytku odcinka autostrady A1 Rusocin – Swarożyn. Oddany odcinek autostrady A1 powstał w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego. Zdaniem Ministra Cezarego Grabarczyka będzie to równorzędny system finansowania autostrad w Polsce. 25-kilometrowy odcinek autostrady A-1, oddany do użytku rok przed terminem, obejmuje dwie tzw. "sekcje budowlane". Sekcja 1 rozpoczyna się w Rusocinie, w miejscu, gdzie kończy się Obwodnica Trójmiasta. Prace budowlane rozpoczęły się na tym odcinku pod koniec listopada 2005 roku. Powstały m.in. 2 węzły drogowe, 17 wiaduktów drogowych, 1 tunel dla pieszych, 11 przepustów pod autostradą dla rzek i cieków wodnych, 5 przejazdów gospodarczych, przejść dla zwierząt, 2 Miejsca Obsługi Podróżnych. Sekcja 2 liczy niemal 7 kilometrów długości, jej koniec znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie drogi krajowej nr 22 Elbląg - Gorzów Wielkopolski. Prace budowlane rozpoczęto w kwietniu 2005 roku. Zbudowano m.in. 1 wiadukt drogowy, 2 wiadukty autostradowe, w tym jeden o długości niemal 260 metrów. Prędkość projektowa autostrady to 120 km/h, ma ona dwie jezdnie i 4 pasy ruchu o szerokości 3,75 m. każdy, wzdłuż jezdni biegnie także trzymetrowy pas awaryjny. Minister Infrastruktury Cezary Grabarczyk wyraził zgodę na czasowe niepobieranie opłat za przejazd odcinka autostrady Rusocin - Swarożyn przez ograniczony okres, nieprzekraczający 60 dni od dnia otwarcia. Taką możliwość przewiduje zawarta z koncesjonariuszem umowa.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0
Rowerzyści i kierowcy wzajemnie na siebie narzekają i oskarżają o łamanie przepisów. O tym kto ma kiedy pierwszeństwo tłumaczy podinspektor Krzysztof Burdak. Rowerzystom nie udało się zadomowić na polskich drogach. Jak sięgam pamięcią, brakowało współpracy i zrozumienia między kierowcami aut i rowerów. W razie kolizji czy wypadku tradycyjnie jedni winią drugich. A wystarczy przestudiować kodeks drogowy, by uniknąć wielu konfliktowych sytuacji
Rowerzyści: Rowerzysta powinien w pierwszej kolejności korzystać ze ścieżek. Kiedy nie ma takiej możliwości, może pojechać poboczem drogi. A ostatecznie wjechać na jezdnię. Jeśli cyklista podróżuje drogą dla rowerów i pieszych, powinien przewidywać nieoczekiwane zachowanie dzieci lub osób starszych, a przede wszystkim ustępować miejsca pieszym. Należy pamiętać, że kodeks dopuszcza dość nietypową sytuację, którą kierowcy mogą być zaskoczeni. A mianowicie ewentualność jazdy rowerem lewą stroną jezdni (pod prąd). Taka możliwość występuje w przypadku opiekowania się dzieckiem (do lat 10), które na mocy art. 2 pkt 18 kodeksu drogowego na drodze traktowane jest jako pieszy nawet jeśli jedzie rowerkiem. Podsumowując, dorosły z dzieckiem jadący pod prąd zachowuje się zgodnie z przepisami.
Kierowcy: Kierowcy samochodów, zbliżając się do przejazdu dla rowerzystów, są zobowiązani zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa rowerzyście. Kierującemu pojazdem nie wolno wyprzedzać na takim przejeździe ani przed nim zatrzymywać pojazdu w odległości mniejszej niż 10 m. Czyli kierowca powinien zachowywać się analogicznie jak w przypadku przejścia dla pieszych. Ma też obowiązek zmniejszenia prędkości przed przejazdem dla rowerów, by nie narazić na niebezpieczeństwo rowerzystów, także tych wjeżdżających na przejazd. Bardzo często kierowcy lekceważą ten przepis. Choć rowerzysta, jadąc ścieżką i wjeżdżając na jezdnię ma pierwszeństwo przed autem, powinien zachować się podobnie jak pieszy, czyli obserwować ruch, tak by nie zaskoczyć kierowcy samochodu.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0
Naukowców od dawna interesowało, jakim sposobem bez widocznej przyczyny na autostradach tworzą się korki. Korki są najgorszym koszmarem każdego właściciela samochodu. Drogowcy i policjanci często nie mogą zrozumieć, jak zupełnie przejezdne drogi korkują się, mimo że nic nie powinno blokować płynności ruchu. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: kierowca tira gwałtownie zmienia pas na dwupasmowej drodze. Jadący tuż za nim kierowca gwałtownie hamuje, zwalniając bardziej, niż jest to konieczne. Następne samochody również redukują prędkość, jednak każdy kolejny stoi trochę dłużej lub zwalnia bardziej. Po kilku minutach, kilometr lub dwa dalej ta samochodowa meksykańska fala powoduje, że samochody stają bez jakiejkolwiek wyraźnej przyczyny. Według matematycznego modelu opracowanego przez badaczy, tak właśnie powstają korki. Naciskając zbyt mocno na hamulec albo po prostu niepotrzebnie zwalniając, możemy stworzyć korek kilka kilometrów za nami. Im więcej samochodów, tym częściej do tego dochodzi. Należy jednak pamiętać, że model stworzony przez matematyków jest symulacją. W cytowanym przypadku brano pod uwagę głównie drogi szybkiego ruchu, zakładając, że koncentracja pojazdów wynosi 15 na kilometr. Nie wzięto też pod uwagę korków wywoływanych przez inne czynniki, jak wypadki, roboty drogowe czy złą pogodę, kiedy bezpieczniej jest jechać powoli. Nie przeszkodziło to jednak naukowcom podać recepty na walkę z powstawaniem korków. Okazuje się, że najważniejsze jest dbanie o płynność ruchu. Jeżeli kierowcy nie będą nadmiernie hamować, zator nie powstanie nawet przy dużej liczbie samochodów. - Nasz model pokazuje, że wystarczy zbyt ostra reakcja jednego kierowcy, by wywołać ogromne opóźnienia - stwierdza zajmujący się projektem dr Gábor Orosz. - To, jak mocno się hamuje, ma duże znaczenie. Jeśli kierowca szybko określi problem i odpowiednio zmniejszy prędkość, ruch uliczny pozostanie płynny. Obecnie zespół naukowców planuje zastosować swoje odkrycia w systemach elektronicznych najnowszych modeli aut. Miałyby one ostrzegać kierowcę przed nadmiernym, niepotrzebnym hamowaniem.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0

Śledząc telefony komórkowe holenderska firma TomTom chce pomóc kierowcom w omijaniu korków i szybciej doprowadzić ich do celu. Opracowała system nawigacji High Definition Traffic. Na przedniej szybie pojazd ma przytwierdzone poręczne urządzenie nawigacyjne o niewymawialnej nazwie "One XL HD Traffic", dostępne na holenderskim rynku. Ta nawigacja "wysokiej rozdzielczości" posługuje się w pełni zintegrowaną z siecią, dynamiczną kartą, której informacje co trzy minuty aktualizowane są przez telefoniczną sieć komórkową. Podobna jest nie do rozkładanego papierowego planu miasta, lecz do ustawicznie zmieniającego się satelitarnego obrazu. Paroma kliknięciami Groenhuijzen wprowadza na ekran plan Amsterdamu. Poszczególne ulice co chwila pokrywa coś w rodzaju czerwonej dżdżownicy – symbol zakorkowania. Gdy dżdżownica zmienia barwę na żółtą, oznacza to powolny ruch. W jakimś momencie znika: to sygnał wolnej jazdy. Jednocześnie na ekranie po drugiej stronie mapy, przy wybrzeżu, pojawiają się nagle małe ostrzegawcze znaki: niebezpieczeństwo z powodu bocznego wiatru. Ten, kto na chwilę zastygnie przy ekranie śledząc wydarzenia z wszechwiedzącej najwyraźniej perspektywy, oglądając pulsowanie metropolii, zmiany pogody i natężenia ruchu, może zobaczyć podobieństwo z symulacyjną grą w rodzaju "SimCity". Właśnie to poczucie władzy firma TomTom chce sprzedawać swym klientom. – W chaosie komunikacyjnym chcemy przywrócić ludziom zdolność kontroli – mówi Groenhuijzen. Także inne urządzenia nawigacyjne oferują ostrzeżenia przed korkami pod nazwą TMC, ale są one często nieaktualne i selektywne, bazują na tych samych informacjach, co komunikaty o utrudnieniach drogowych w radiu. Natomiast TomTom wprowadza całkowicie nową technikę ostrzegania przed korkami: jej podstawą jest lokalizowanie telefonów komórkowych. Koncern telekomunikacyjny Vodafone ustawicznie śledzi, gdzie dostępni są akurat jego użytkownicy komórek i w anonimowej formie przekazuje dane milionów holenderskich klientów firmie TomTom do wykorzystania. Gdy na przykład liczne komórki poruszają się wzdłuż autostrady w tempie ruchu pieszego, oznacza to korek. Kartografowie elektronicznego atlasu samochodowego siedzą w Traffic Control Center w centrali TomTom przy Rembrandtplein, jednym z najbardziej ożywionych miejsc Amsterdamu. – W normalny poniedziałkowy poranek mamy do czynienia z setkami wydarzeń i 900 kilometrami korków – mówi Groenhuijzen i pokazuje na cztery wielkie ekrany, na których zobaczyć można sytuację drogową w całej Holandii. Podczas gdy państwowe służby ostrzegania obserwują na razie tylko 2300 kilometrów dróg, system śledzenia Vodafone nadzoruje dziesięć razy tyle, wliczając drogi regionalne. Państwowe i prywatne ostrzeżenia przed korkami wraz z komunikatami pogodowymi i innymi informacjami są potem komasowane i za pośrednictwem komórkowych łączy GPRS (General Packet Radio Service) dostarczane zmotoryzowanym klientom na drogach. Na razie tylko w Holandii, w przyszłości także w Wielkiej Brytanii. Nowa usługa oznacza zmianę paradygmatu. Do tej pory TomTom sprzedawał wyłącznie proste w użyciu urządzenia. Jednak na rynku pojawiły się dziesiątki konkurentów, ceny błyskawicznie spadają. Dlatego obok produkowania urządzeń firma coraz bardziej stawia na usługi. Nowy aparat One-XL kosztuje na przykład około 400 euro, wraz z rocznym abonamentem na ostrzeganie przed korkami. Potem klienci musza płacić 10 euro miesięcznie, jeśli chcą korzystać z nowej nawigacji o wysokiej rozdzielczości. W przeciwnym razie są tylko pilotowani od punktu A do punktu B. Branża nawigacyjna jest w fazie przełomowej, pojawiają się nowe pomysły. Fiński koncern Nokia instaluje w wielu telefonach komórkowych dla biznesmenów odbiorniki satelitarne, czyniąc je w ten sposób również urządzeniami do nawigowania. O tym, jak poważnie Nokia traktuje to przedsięwzięcie, mogliśmy się przekonać w październiku, gdy wyraziła chęć zakupienia za ponad osiem miliardów dolarów spółki Navteq, jednego z dwóch wielkich producentów map cyfrowych. Obecnie TomTom podejmuje ucieczkę do przodu i chce kupić Tele Atlas, inną ważną firmę kartografii cyfrowej. – Dla nas mapy nie są żadnymi nieruchomymi zbiorami danych, lecz czymś skrajnie dynamicznym, niemal żyjącym, Nasza koncepcja nazywa się Navigation 2.0 - mówi Peter-Frans Pauwels, jeden z założycieli TomTom. Każdego miesiąca infolinia TomTom odbiera tysiące skarg na niedokładne mapy. Teraz wreszcie Pauwels chce zamienić ten problem w zysk: od ubiegłego lata klienci, którzy znajdą na mapie błąd, mogą go sprostować bezpośrednio w swoim aparacie i automatycznie przekazać korektę do firmy. System ten nazywa się Map Share. Każdy użytkownik mapy staje się potencjalnym kartografem, na zasadzie kolektywnej internetowej encyklopedii Wikipedii – z tą różnicą, że korygowana mapa należy do firmy TomTom. Ale co stanie się wtedy, gdy jakiś dowcipniś wprowadzi na mapę swoją ulicę jako zamkniętą, by uchronić się nocą przed hałasem samochodów? Na najwyższym piętrze centrali TomTom zespół pracowników z kilkunastu krajów ma zapobiegać takim przypadkom. Każdego miesiąca trafia tu od użytkowników około 80 tysięcy propozycji zmian. Wiarygodność wielu z nich badana jest niemal detektywistycznymi metodami. Na przykład w ubiegłym roku w całej Europie 25 tysięcy skrzyżowań zamieniono w ronda. - Do tej pory upływało od roku do trzech lat, zanim korekta docierała do klientów. Dzięki Map Share uzyskaliśmy w końcu sprzężenie zwrotne – mówi Pauwels. Pozostaje jedno pytanie: czy tego rodzaju innowacje mogą całkowicie zapobiec korkom? – Nie – odpowiada bez namysłu Pauwels. – Możemy przyczynić się do pewnej poprawy obciążenia sieci drogowej. Nie rozwiążemy jednak problemu korków, chcemy raczej pomagać w inteligentnym obchodzeniu się z nimi.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0
Płocka drogówka przeprowadziła na ulicach miasta akcję pod hasłem "Prowadzę - jestem trzeźwy". Kontrolowanym kierowcom wręczali breloczki i przestrzegali przed wsiadaniem za kółko na podwójnym gazie w święta. - Dzisiejszy termin wybraliśmy nieprzypadkowo, bo są teraz organizowane spotkania opłatkowe, nierzadko z alkoholem, po wtóre - zbliżają się święta, a podczas rodzinnych spotkań też pije się trunki. Chcemy przypomnieć, żeby nikt "po kielichu" pod żadnym pozorem nie wsiadał za kierownicę - mówi wicekomendant płockiej policji Jacek Olejnik.
Komentuj →
21 grudnia 2007 |
0
W Europie mamy test łosia, a w Afryce? W RPA postanowiono wprowadzić testy mające imitować atak dzikich, agresywnych zwierząt na samochód i znajdujących się w nim ludzi. Test słonia wydaje się jego godną alternatywą. Choć Bibbi Albilala z FreeWayAfroMoto (Stowarzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa Ruchu z siedzibą w Johannesburgu) przyznaje, że rozważano inne propozycje. - Braliśmy pod uwagę lwa, ale zbyt oklepany. Hiena - mało sympatyczna. Podobnie krokodyl. I gdy najwięcej głosów zebrał hipopotam, do akcji wkroczył słoń. Podszedł i bez trudu przewrócił auto prezesa stowarzyszenia. Uznaliśmy to za wskazówkę - wspomina Albilala. Test słonia znacznie odbiega od testu łosia. Jadące 56 km/h (35 mil/h) auto uderzane jest z boku (na wysokości 1 m) przez zbrojoną betonową kulę (o średnicy 75 cm, wadze 250 kg z siłą 1000 Niutonów), co ma imitować szarżę przeciętnego afrykańskiego drapieżnika. W sześciopunktowej skali oceniana jest stabilność (lub jej brak) badanego auta oraz stopień uszkodzenia. Zdaniem Albilali test słonia jest najbardziej uniwersalnym kryterium oceny samochodu, ponieważ łączy próbę stabilności z elementami testu zderzeniowego.
Komentuj →
20 grudnia 2007 |
0
W Warszawie właśnie zakończyło się zgłaszanie propozycji miejsc, w których powinny stanąć stojaki na rowery. Tylko na terenie Śródmieścia zgłoszono aż 30 lokalizacji. Teraz wszystkie pomysły zostaną rozpatrzone przez Zarząd Terenów Publicznych. Montowanie stojaków rozpocznie się już wiosną. – ZTP sprawdza, czy miejsce, które zgłosili rowerzyści, znajduje się na naszym terenie, a nie np. ZDM, oraz jakie są techniczne możliwości zamontowania stojaków – mówi Urszula Majewska, rzecznik Śródmieścia. – Wiem, jak bardzo takie miejsca są potrzebne. W tym roku postawiliśmy już siedem parkingów i cieszyły się one ogromnym zainteresowaniem rowerzystów.
Wszystkie stojaki będą w kształcie odwróconej litery U, a więc takie, z których rower jest o wiele trudniej ukraść niż z tradycyjnych barierek, w które wkłada się tylko przednie koło. (225-6)
Komentuj →
19 grudnia 2007 |
2
Za przejście po masce i dachu samochodu zaparkowanego wbrew przepisom na chodniku w Atenach władze ukarały pieszego - podała grecka telewizja. - Nie miałem jak wyminąć samochodu, który zaparkował zajmując cały chodnik, więc rozzłościłem się i po prostu przeszedłem po nim, lekko wgniatając maskę - powiedział Tasos Puliasis. Grecy notorycznie parkują na chodnikach, w miejscach dla inwalidów i zastawiają wjazdy do szpitali. Puliasis miał pecha, gdyż zobaczył go właściciel deptanego samochodu i wezwał policję. Puliasis wraz ze swoją dziewczyną trafił na posterunek i na krótko do celi, a teraz czeka go sąd za zniszczenie mienia. Tymczasem policja nawet nie próbowała wlepić mandatu tarasującemu chodnik zawalidrodze.
Komentuj →
19 grudnia 2007 |
0
Policjanci z Działdowa zatrzymali 26-letniego pirata drogowego. Jak się okazało kierowca uciekał ulicami miasta przed funkcjonariuszami, bo nie posiadał dokumentów, w tym prawa jazdy, które zostało mu już wcześniej zatrzymane. 26-latek w trakcie jazdy "wysadził" z auta swoją pasażerkę oraz popełnił szereg wykroczeń drogowych. O 18:00 na Placu Mickiewicza policjanci zauważyli samochód na zagranicznych numerach rejestracyjnych, za kierownicą którego siedział młody mężczyzna. Postanowili skontrolować kierowcę golfa. Jednak ten zamiast się zatrzymać, przyśpieszył i zaczął uciekać. Policjanci ruszyli za nim w pościg. Już na pierwszym skrzyżowaniu kierujący nie ustąpił pierwszeństwa przejazdu i uderzył w inny pojazd. Na szczęście osobom znajdującym się w tym samochodzie nic się nie stało. Pirat drogowy uciekał dalej, łamiąc przy tym szereg przepisów drogowych. Policjanci kontynuowali za nim pościg chcąc jak najszybciej go zatrzymać by nie doszło do tragedii. Funkcjonariusze włączyli również sygnały świetlne i dźwiękowe, aby ostrzec mieszkańców i innych uczestników ruchu drogowego przed grożącym niebezpieczeństwem. Do kolejnego groźnego incydentu doszło na ulicy Norwida, kiedy to mężczyzna próbował wysadzić pasażerkę. Zrobił to praktycznie nie zatrzymując samochodu. Kobieta wypadła z auta na jezdnię. Trafiła do szpitala. Mieszkanka Działdowa może jednak mówić o dużym szczęściu, gdyż doznała tylko ogólnych potłuczeń. Kierowca golfa w dalszym ciągu z dużą prędkością mknął przez osiedla mieszkalne przy ul. Norwida i Karłowicza. W pewnym momencie wjechał na ogrodzony parking przy jednym z bloków. Wysiadł z samochodu i rzucił się do ucieczki, tym razem pieszej. Przeskoczył przez ogrodzenie. Nie spodziewał się jednak, że wpadnie prosto w ręce innych policjantów, którzy przyłączyli się do pościgu. Daniel. Ch. trafił na komendę Policji, tam też poddano go badaniu na zawartość alkoholu we krwi. 26-latek był trzeźwy. Jak się okazało powodem ucieczki mężczyzny był brak dokumentów, w tym obowiązkowego ubezpieczenia OC. 26-letni działdowianin nie posiadał przy sobie prawa jazdy, gdyż zostało mu zatrzymane w związku z wykroczeniami, które popełnił dużo wcześniej. Samochód został zabezpieczony na policyjnym parkingu. Teraz Daniel Ch. stanie przed sądem grodzkim za popełnienie szeregu wykroczeń, m. in. niezatrzymanie się do kontroli drogowej, nieudzielanie pierwszeństwa przejazdu, wyprzedzanie w miejscach niedozwolonych, przekroczenie prędkości, które to wykroczenia stwarzały realne zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Komentuj →
19 grudnia 2007 |
1
Europejskie stowarzyszenie Euro NCAP, zajmujące się badaniem bezpieczeństwa samochodów sprzedawanych na starym kontynencie, opublikowało właśnie wyniki testów dwóch samochodów klasy średniej: Renault Laguny i Volvo V70. Renault w reklamach i materiałach prasowych stara się podkreślać ile jego modeli zdobyło pięć gwiazdek w testach zderzeniowych, dzięki czemu jest producentem bardzo bezpiecznych samochodów. I trudno z tym polemizować. Osiągnięcie takiego wyniku dla prawie wszystkich modeli (nowe Twingo i dotychczasowe Kangoo zdobyły po cztery gwiazdki, a nowe Kangoo nie przeszło jeszcze testów) to nie lada osiągnięcie. Jednak ten najczęściej przedstawiany wynik mówi tylko o bezpieczeństwie dorosłych pasażerów, a wiele osób, głównie płci pięknej wybiera bezpieczne auto ze względu na swoje dzieci. Ich bezpieczeństwo określane jest oddzielnie, a wyniki testów nie wpływają na ocenę bezpieczeństwa dorosłych. Nie ma wyniku ogólnego, mówiącego o poziomie bezpieczeństwa całego samochodu, są jedynie poszczególne oceny. Euro NCAP od jakiegoś czasu przeprowadza cztery testy każdego badanego przez siebie auta. Pierwszym jest test czołowy, w którym samochód rozpędzany jest do prędkości 64 km/h i wjeżdża w częściowo odkształcalną przeszkodę, usytuowaną od strony kierowcy. Test jest symulacją zderzenia czołowego z pojazdem jadącym z naprzeciwka. Podczas testu badane jest ryzyko odniesienia uszkodzeń przez dorosłych i dzieci (maksimum po pięć gwiazdek). Dwa manekiny symulują dzieci w wieku 18 miesięcy i trzech lat. Kolejne dwa testy to zderzenia boczne. Pierwsze stanowi symulację zderzenia bocznego z innym pojazdem, a drugie najechania na słup lub drzewo. W pierwszym wózek wjeżdża w bok auta z prędkością 50 km/h, w drugim auto wpychane jest bokiem (jadąc na wózku) na słup o średnicy 254 mm z prędkością 40 km/h. Oba testy mają na celu ocenę ryzyka odniesienia obrażeń jedynie przez dorosłych pasażerów. Ocena jest jednak wystawiana łącznie dla trzech powyższych testów (maksimum pięć gwiazdek). Czwarte zderzenie to symulacja potrącenia pieszego z prędkością 40 km/h. Maksymalna ocena to cztery gwiazdki. Volvo zdobyło pięć gwiazdek za ochronę dorosłych (34 punkty), cztery za dzieci (41 punkty) i dwie za ochronę pieszych (16 punktów). Renault odpowiednio pięć gwiazdek za ochronę dorosłych (36 punktów), cztery za dzieci (41 punkty) i dwie za ochronę pieszych (10 punktów). Oba auta wypadły bardzo dobrze w testach czołowym i bocznym. Dwa punkty przewagi Laguna zdobyła za kontrolki niezapiętych pasów i za zderzenie ze słupem. Patrząc na zdjęcia widać, że podczas zderzenia czołowego słupek A nowej Laguny odkształcił się, a w V70 pozostał w pierwotnej formie, co świadczy o większej sztywności nadwozia szwedzkiego auta. Volvo wypadło lepiej w ochronie dzieci uzyskując maksymalne noty w obu przedziałach wiekowych, tracąc m.in. za mocowania fotelików. Laguna uzyskała maksymalną notę jedynie dla trzyletnich dzieci, nadrabiając w punktacji za mocowanie foteli i za funkcję wyłączania poduszki pasażera. Mimo dwóch gwiazdek dla obu aut, spora różnica w punktacji pokazuje wyraźną przewagę Volvo w ochronie pieszych. Test zderzeniowy określa jedynie bezpieczeństwo bierne. Oceniając bezpieczeństwo całego samochodu należy jeszcze brać pod uwagę bezpieczeństwo czynne, czyli te czynniki które zmniejszają prawdopodobieństwo zajścia wypadku. Na tym polu lepiej wypada V70 oferując w standardzie m.in. układ kontroli stabilności dynamicznej i kontroli trakcji (DSTC), światła hamowania awaryjnego (EBL), układ przeciwblokujący koła z układem hydraulicznego wspomagania (HBA) i wstępnego przygotowania układu hamulcowego (RAB). Renault oferuje standardowo (w niektórych wersjach) układ przeciwdziałający blokowaniu kół (ABS+ASR) i układ kontroli trakcji (ESP). Za dopłatą można dostać układ wstępnego przygotowania układu hamulcowego. Większość współczesnych samochodów zapewnia dobrą lub bardzo dobrą ochronę dorosłych pasażerów w czasie kolizji. Z ochroną dzieci jest gorzej, co nie znaczy źle. Żaden dotychczasowy samochód, rozbity przez Euro NCAP nie zdobył jeszcze pięciu gwiazdek za ochronę najmłodszych. Najlepszy wynik jak dotąd zanotowała Toyota Prius osiągając 43 punkty. Nasi rywale otrzymali dwa punkty mniej. Należy dodatkowo pamiętać, że zwłaszcza osiemnastomiesięczne dziecko jest delikatne i nic nie zastąpi naszego rozsądku za kierownicą. W dziedzinie ochrony pieszych widać za to pewną przewagę Volvo, głównie za sprawą "miększej" maski silnika. Osiągnięte wyniki nie odstają od konkurencji. Żaden dotąd badany samochód segmentu D nie zdobył więcej niż dwie gwiazdki za ochronę pieszych. Osiągnięte wyniki stawiają te samochody w czołówce klasy średniej. Oba auta zapewniają bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa zarówno biernego, jak i czynnego. W ostatecznej ocenie Volvo V70 wypada nieco lepiej, choć różnice nie są duże.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
0
Z pomocą Nintendo, twórcy przebojowych gier "Brain Age", Toyota zamierza skonstruować inteligentne samochody dla kierowców w podeszłym wieku. Nie jesteś już młodym kierowcą i dlatego ze zdenerwowania wcisnąłeś pedał gazu zamiast hamulec? Już w nieodległej przyszłości mogą się pojawić samochody z urządzeniami, które pomogą jeździć osobom w podeszłym wieku, poprawiając błędy, które popełni kierowca, albo samoczynnie ustawiając klimatyzację na taką temperaturę, by prowadzący nie był senny. Inteligentne auta rozpoznające emocje kierowców i stan ich umysłu oraz reagujące na nie chce zaprojektować Toyota z pomocą prof. Ryuty Kawashimy z Uniwersytetu Tohoku. Zaprojektował on dla firmy Nintendo bestsellerowe gry "Brain Age", w których przewodnikiem jest uśmiechnięta twarz japońskiego profesora. Kawashima ocenia, że już za pięć lat mogą się pojawić auta z podstawową wersją oprogramowania dla starszych ludzi. Ale nie tylko dla nich. - Mamy nadzieję, że skonstruujemy auta, które pobudzają aktywność umysłu, tak aby prowadzenie samochodu stało się formą ćwiczenia umysłu - powiedział Kawashima.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
0
Nowe stojaki na pl. Szczepańskim w Krakowie (225-1)
Gdzie powinny być zlokalizowane stojaki na rowery? Uliczki na Kazimierzu, ścisłe centrum i Nowa Huta - miasto skorzystało z podpowiedzi czytelników "Gazety". "Przesłane lokalizacje zostały poddane szczegółowej analizie. Część z nich zostanie wykorzystana podczas wykonywania prac montażowych, niektóre zostały odrzucone ze względu na warunki ruchu" - pisze w liście do "Gazety" Krzysztof Kowal, dyrektor Krakowskiego Zarządu Komunalnego. Przy okazji tekstu na temat planów miasta dotyczących montażu nowych stojaków rowerowych zapytaliśmy Czytelników o ich własne propozycje. Na odpowiedzi nie trzeba było długo czekać. Z listów i maili do redakcji wybraliśmy zestawienie 30 najczęściej powtarzających się miejsc i przekazaliśmy je KZK. Były to m.in. ulice dochodzące do Rynku, w tym Bracka, Sienna czy Grodzka, Błonia, ul. Jana i Tomasza (okolice kina Ars), Kazimierz (m.in. ul. Szeroka i Józefa), okolice targowisk (m.in. Kleparz i Hala Targowa), uczelni, instytucji i miejskich placów (plac Szczepański i Rynek Podgórski). - Przyjęte zostały wszystkie propozycje oprócz Rynku Głównego - precyzuje Joanna Niedziałkowska, zastępczyni dyrektora ds. inwestycji. Stojaki w kształcie spirali i odwróconej litery U pojawią się na chodnikach i placach do końca roku. - Budżet wystarczył na zakup 100 stojaków. 80 trafi w rejon Śródmieścia i Kazimierza, pozostałe w bardziej oddalone części Krakowa, m.in. do Nowej Huty - wyjaśnia Niedziałkowska. Miasto skorzystało również ze wskazówek przedstawicieli Federacji Zielonych, którzy w ramach naszej akcji opracowali dla miasta szereg wskazówek na temat konstrukcji urządzeń. - Zgodnie z sugestiami rowerzystów stojaki w kształcie spirali wypełniliśmy w środku betonem, po to by nie można ich było pociąć i zabrać na złom. Dzięki temu są bardziej odporne na zakusy wandali - mówi Niedziałkowska. Stojaki w kształcie litery U będą wykorzystywane - wzorem rozwiązań stosowanych na Zachodzie - nie tylko jako punkt zaczepu dla jednośladów, ale również jako bariera odgradzająca ulice od chodników. - Równoległe ustawienie spowoduje, że kierowcy nie będą mogli parkować samochodów w niedozwolonych miejscach. Takie ułożenie stojaków zastosujemy m.in. na ul. Urzędniczej - dodaje wicedyrektor KZK. Szczegółowa mapa nowych stojaków rowerowych powstanie już po ich zamontowaniu. Do tej pory KZK uzgodnił z Zarządem Dróg i Transportu 40 lokalizacji.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
0
Przy dworcu autobusowym na Piątkowie stanęły dwa ekrany akustyczne. Wkrótce przybędzie jeszcze jeden. Inwestycja będzie kosztować prawie 3 miliony złotych. Dworzec na os. Sobieskiego został otwarty na początku listopada. Od początku obiekt wzbudzał jednak kontrowersje. Zarówno mieszkańcy, jak i prezydent Ryszard Grobelny zwracali uwagę na to, że jest po prostu brzydki i szary. Na szczęście stojące koło niego ekrany są już kolorowe. Póki co, są tylko dwa, ale wkrótce ma dojść trzeci. Stanie się to najprawdopodobniej w okolicach marca 2008 r. Ten ostatni ekran pojawi się między drogą a ścieżką rowerową. W sumie instalacja ochrony przed hałasem będzie kosztować 3 mln zł. - Dzięki tym ekranom sąsiedztwo dworca nie powinno być uciążliwe dla mieszkańców - tłumaczy Anna Szpytko, rzecznik Urzędu Miasta. Pojawienie się ekranów to ostatni etap inwestycji związanej z budową dworca, na którą wydano w sumie 14 mln zł. Połowa pochodziła z budżetu Poznania, a połowę dała Unia Europejska. Ekrany na Piątkowie sa czymś wyjątkowym, bowiem podobnych nie ma ani na Ratajach, ani na Śródce. Tam jednak dworzec nie znajduje się tak blisko budynków mieszkalnych.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
3
44 kierowców ukaranych za jazdę z niedozwoloną prędkością w niespełna trzy godziny - to efekt nowej metody, jaką zaczęli stosować policjanci ze stołecznego wydziału ruchu drogowego w walce z piratami drogowymi. Polega ona na ustawieniu kilku kontroli radarowych jedna za drugą wzdłuż jednej trasy. - Pierwszy radiowóz stoi na wabia - mówi podinspektor Wojciech Pasieczny ze stołecznej drogówki. - Kolejne w odstępach kilkusetmetrowych za nim. To właśnie ich załogi mają wyłapywać tych kierowców, którzy mijając pierwszy patrol, myślą, że teraz mogą już bez przeszkód przycisnąć gaz do dechy, bo policyjną kontrolę mają już za sobą. A tu niespodzianka - dodaje. Akcję przeciwko piratom funkcjonariusze zaczęli w czwartek kilka minut po godzinie 20 na Wale Miedzeszyńskim. Jej efekt przeszedł ich najśmielsze oczekiwania. Chociaż policjanci mieli ustawione radary na wykrywanie samochodów, które jadą z prędkością ponad 30 km większą niż dopuszczalna, średnio co trzy minuty musieli zatrzymywać jakieś auto. Blisko 90 proc. kierowców wpadało na drugim i trzecim radarze. Pytani przez mundurowych, dlaczego nie dostosowali prędkości do znaków na drodze, przyznawali się, że skoro minęli jeden patrol, to już kolejnych na tej samej trasie się nie spodziewali. Funkcjonariusze najczęściej wystawiali im mandaty w wysokości 300 i 400 zł, choć zdarzyło się też kilku, którzy za przejażdżkę w czwartkowy wieczór z prędkością przekraczającą o 50 km dozwoloną, stali się ubożsi nawet o 500 zł. Po około godzinie policjanci przenieśli się na ulicę Grochowską. Tam rezultat był podobny. Kierowcy zaskoczeni tym, że na odcinku niespełna 500 metrów stały aż trzy patrole, nawet nie próbowali ostro hamować. Widzieli, że i tak są już namierzeni. Tego wieczoru policjanci przeprowadzili kontrolę jeszcze na Trasie Łazienkowskiej - z identycznymi efektami. Akcja zakończyła się około godz. 23. W sumie w ciągu trzech godzin drogówka wystawiła mandaty na kwotę ponad 10 tys. zł. - Takie akcje będziemy powtarzać cyklicznie. Oprócz Wału Miedzeszyńskiego, Grochowskiej, Trasy Łazienkowskiej kierowcy mogą się nas spodziewać również na Trasie Siekierkowskiej, Wisłostradzie oraz na Żwirki i Wigury - mówi Pasieczny. Oprócz kontroli radarowej funkcjonariusze będą niemal codziennie do świąt sprawdzać trzeźwość warszawskich kierowców.- Wiemy, że w firmach odbywają się kolacje wigilijne zakrapiane niekiedy alkoholem. Mamy nadzieję, że nasze akcje zniechęcą do siadania za kółkiem tych, którzy wypiją kilka toastów. Nie chcemy, by przez czyjąś głupotę jakaś rodzina zamiast świętować, przeżywała tragedię - mówią policjanci z drogówki.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
0
Opracowanie ekspertyzy w IES potrwać może jednak dość długo. Jak wcześniej informowano PAP w instytucie, jest to zadanie na miesiące, nie na dni. Ekspertyza dotycząca wraku rozbitego pod Grenoble polskiego autokaru trafi do Prokuratury Okręgowej w Szczecinie najwcześniej pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku - poinformowała rzeczniczka prokuratury Małgorzata Wojciechowicz. Wcześniej informowano, że materiały dotyczące stanu technicznego i przyczyn wypadku autokaru, w którym zginęło 26 osób, mają dotrzeć do Polski w grudniu. - Nie znamy przyczyn opóźnienia. Strona francuska nie informuje nas o szczegółach prowadzonych przez nią prac, ale wiemy, że one trwają - powiedziała Wojciechowicz. Szczecińska prokuratura przesłuchała już wszystkich świadków w sprawie, prócz jednego - ze względu na stan jego zdrowia. Biegli lekarze opiniują teraz stan zdrowia poszkodowanych w wypadku - dodała rzeczniczka. Po otrzymaniu materiałów z Francji polscy prokuratorzy będą mogli wykonywać dalsze czynności w tej sprawie. Kompletną ekspertyzę dotyczącą rekonstrukcji wypadku autokaru, już po przekazaniu dokumentacji z Grenoble mają przygotować w Polsce biegli krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych (IES), którzy dysponują na razie tylko własnymi materiałami zebranymi podczas wizji lokalnej na miejscu wypadku. Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie wykonuje rekonstrukcje najpoważniejszych i najtrudniejszych w ocenie wypadków drogowych. Specjaliści wydają także opinie rozstrzygające, jeśli dwie poprzednie nie były jednoznaczne. Rocznie w krakowskim ISE wykonuje się ok. 300-400 ekspertyz. Do wypadku polskiego autokaru doszło 22 lipca w godzinach porannych we francuskich Alpach w okolicach Grenoble. Autokar uderzył na zakręcie w barierkę i stoczył się kilkadziesiąt metrów w dolinę rzeki. Podróżowało nim po europejskich sanktuariach maryjnych 50 osób - 47 pielgrzymów, dwóch kierowców i pilotka. Większość pochodziła z woj. zachodniopomorskiego. W wypadku zginęło 26 osób, 24 zostały ranne. Śledztwo w sprawie przyczyn wypadku prowadzą równolegle prokuratura we Francji i szczecińska prokuratura okręgowa.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
1
Dwóch jadących naprzeciwko siebie rowerzystów zderzyło się w poniedziałek po południu na drodze rowerowej w Świnoujściu. Jadący w stronę przeprawy promowej "Karsibór" 56 letni mężczyzna po zderzeniu wywrócił się i uderzył głową w asfalt ponosząc śmierć na miejscu. Drugiemu rowerzyście nic się nie stało, był trzeźwy. Policja uważa, że prawdopodobnie rowerzysta, który zmarł nie miał sprawnego oświetlenia roweru.
Komentuj →
18 grudnia 2007 |
1
Z analiz stołecznej drogówki, do której dotarła “Rzeczpospolita”, wynika, że do największej liczby wypadków drogowych najczęściej dochodzi w dobrze oznakowanych miejscach. Przyczyną jest nieostrożność kierowców. Najniebezpieczniejszym miejscem w Warszawie okazało się skrzyżowanie al. Solidarności z ul. Nowy Zjazd. Do końca października doszło tam do dziewięciu wypadków, w których rannych zostało 12 osób. Ofiarami najczęściej byli piesi. Feralne miejsce znajduje się w pobliżu przystanku autobusowego i tramwajowego. Nie ma tam co prawda świateł, ale są dobrze widoczne znaki ostrzegające przed pieszymi. Wypadki zdarzały się przy dobrej widoczności. Sprawcami byli kierowcy, którzy w tym miejscu nie zachowali należytej ostrożności. Na drugim miejscu w policyjnym zestawieniu znalazło się skrzyżowanie al. Krakowskiej z ul. Mineralną na Okęciu. Tam wypadki najczęściej powodowali kierowcy wyjeżdżający z bocznej ul. Mineralnej. Jest tam zainstalowana sygnalizacja, ale sprawcy wypadków ignorowali czerwone światło. W sześciu wypadkach rannych zostało tam 12 osób. Po dwie osoby zginęły na skrzyżowaniach ul. Radiowej z ul. Szadkowskiego oraz Wrocławskiej i Powstańców Śląskich na Bemowie. Miejsca te są dobrze oznakowane, przyczyną wypadków była brawurowa jazda.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
0
W dniu 28 listopada 2007 roku w siedzibie Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Krakowie odbyła się konferencja metodyczna pod hasłem “Społeczna misja nauczycieli jazdy”. Organizatorami konferencji byli: Małopolska Wojewódzka Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, Małopolski Ośrodek Ruchu Drogowego w Krakowie Polska Federacja Stowarzyszeń Szkół Kierowców i wydawnictwo Grupa IMAGE. W konferencji udział wzięło ponad 86 instruktorów - przedstawicieli krakowskich OSK. Celem konferencji było doskonalenie kompetencji zawodowych nauczycieli jazdy, co w dłuższej perspektywie powinno przyczynić się do lepszej jakości szkolenia kandydatów na kierowców, a tym samym do poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Tematyka konferencji:
1) Sylwetka psychologiczna nauczyciela jazdy – Andrzej Markowski, psycholog transportu;
2) Odpowiedzialność prawna nauczyciela jazdy – Maciej Wroński, ekspert prawa drogowego;
3) Umiejętności dobrego kierowcy – Europejski Program OBSERWATOR – Witold Wiśniewski, prezes wydawnictwa Grupa IMAGE;
4) Kształtowanie właściwych postaw kierowców wobec niechronionych uczestników ruchu drogowego – Andrzej Markowski,
5) Potrzeby zawodowe instruktorów jazdy – Krzysztof Szymański, prezes Polskie Federacji Stowarzyszeń Szkół Kierowców;
6) Ustawowy nadzór nad procesem szkoleniem kierowców – Małgorzata Grzesiak – przedstawiciel Wydziału Komunikacji Urzędu Miasta Krakowa;
7) Wykład ”“Niebezpieczne związki kierowcy” w ramach programu “Pijani Kierowcy – zero tolerancji w Małopolsce – Maria Kruk, przedstawiciel Pełnomocnika Zarządu Województwa Małopolskiego ds. Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom;
8) Statystyka zdawalności oraz omówienie przyczyn niepowodzeń egzaminacyjnych – Marek Dworak z-ca dyrektora MORD w Krakowie.
Uczestnicy otrzymali Certyfikat udziału w konferencji wystawiony przez organizatorów oraz materiały informacyjno-szkoleniowe wspomagające pracę instruktorów. Konferencja była pierwszym szkoleniem nauczycieli jazdy w Krakowie, organizowanym przez MORD, które zawierało w swoim programie tematykę psychologiczną i dydaktyczną, a także udostępniło instruktorom program OBSERWATOR. Tematyka Konferencji spotkała się z bardzo przychylnym odbiorem uczestników. Akces do udziału w tego typu szkoleniu, zgłaszali również liczni instruktorzy z OSK działających poza Krakowem.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
0
Na przystanku autobusowym Dworzec Centralny w Warszawie trzech mężczyzn pobiło kierowcę nocnego autobusu, ponieważ ten zwrócił im uwagę, że w autobusie się nie pali – czytamy w “Gazecie Wyborczej”. Jak poinformował – pisze gazeta - nas jeden ze świadków zajścia, do pobicia doszło o godz. 2.30 w nocy z piątku na sobotę. Autobus linii N14 stał na pętli. W tyle siedziało trzech młodych, około dwudziestoletnich mężczyzn. Palili papierosy. Kierowca wysiadł z szoferki podszedł do nich i zwrócił im uwagę, że w autobusie się nie pali. Gdy się od nich odwrócił i wracał na przód pojazdu, jeden z chłopaków podszedł do niego i zaczął go bić. Za moment dołączył drugi. Gdy kierowca upadł na podłogę, młodzi bandyci uciekli z autobusu. - Pasażerowie musieli pobiec po patrol policyjny, który pilnował dworca, ponieważ ochroniarze wynajęci przez ZTM w ogóle nie zareagowali na zajście - mówi świadek. Policja złapała jednego z napastników. Całej trójce grozi do 5 lat więzienia. Kierowca został przewieziony do szpitala. Nie stwierdzono poważnych obrażeń. Na drugi dzień wyszedł do domu. Rzecznik ZTM, Michał Powałka, nic nie wiedział o pobiciu kierowcy ZTM. O zajściu dowiedział się z serwisu Alert24. - Zajęliśmy się już ustaleniem personaliów ochroniarzy, którzy byli obecni tej nocy na dworcu. Jeśli okaże się, że byli to pracownicy firmy, z którą podpisaliśmy umowę, zostaną oni ukarani dyscyplinarnie. Parę godzin później rzecznik ZTM poinformował nas, że ochroniarze, którzy nie pomogli kierowcy, nie byli pracownikami firmy ochraniającej autobusy.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
0
Czy elektroniczne tablice na przystankach tramwajowych w Al. Jerozolimskich w Warszawie kiedykolwiek zaczną działać? Firma Ascom nie dotrzymała już czwartego terminu ich uruchomienia – pyta redakcja “Gazety Stołecznej”. 28 wyświetlaczy zamontowano kilka tygodni temu na przystankach na wyremontowanej trasie tramwajowej między rondem Waszyngtona a pętlą na ul. Banacha. Miały pokazywać, ile minut pozostało do przyjazdu określonej linii. System miał uwzględniać wszelkie spóźnienia i wyświetlać rzeczywisty czas oczekiwania na tramwaj. Tablice wciąż jednak są wyłączone. Firma Ascom, które montuje system, miała je uruchomić już 15 października. Ten termin kilka razy przesuwała. Ostatnio zarzekała się, że tablice zaczną działać w miniony weekend. Niestety, nic z tego nie wyszło. Pasażerowie mogą jedynie na przystankach przy rondzie Waszyngtona nacisnąć przycisk pod tablicą i posłuchać zapowiedzi. Damski głos ogłasza, kiedy przyjedzie tramwaj. Kolejność podjeżdżających linii w rzeczywistości jest jednak inna. Dlaczego system informacji pasażerskiej wciąż nie działa? - Nie wiemy, co się dzieje. Firma Ascom nie poinformowała nas, dlaczego ma kolejny poślizg. Naliczamy jej kary za opóźnienia - mówi Wojciech Szydłowski, rzecznik Tramwajów Warszawskich. Przedstawiciel Ascomu odpowiedzialny za kontakt z mediami w weekend nie odbierał telefonu. Wcześniej firma tłumaczyła, że musi zabezpieczyć system przed włamaniami hakerów. Później tłumaczono, że system musi nauczyć się działać o różnych porach dnia, kiedy tramwaje jeżdżą raz szybciej, raz wolniej. Nadal nie wiadomo, kiedy tablice wreszcie zostaną włączone. Miasto ma za nie zapłacić 8,2 mln zł. Remont torów w Al. Jerozolimskich rozczarował mieszkańców jeszcze z innych powodów. Nie udało się zmniejszyć znacząco hałasu na wiadukcie mostu Poniatowskiego, który powodują przejeżdżające tramwaje. Wciąż nie wprowadzono także priorytetu w sygnalizacji dla tramwaju. Dzięki temu podróż miała trwać krócej.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
1

Od 12 listopada 2007 r. do akcji na ulicach Warszawy wyruszył motor HONDA DEAUVILLE 700, który został zakupiony (w drodze przetargu) z Funduszu Prewencyjnego przez firmę PZU dla Nadzoru Ruchu Spółki Tramwaje Warszawskie. Jest on wykorzystywany do monitorowania sytuacji na stołecznych torach oraz szybkich interwencji. Motor ten był bardzo potrzebny Spółce, gdyż zdarzało się, iż instruktorzy Nadzoru Ruchu jadąc do jakiegoś zdarzenia utykali w korkach i ich interwencja była opóźniona. Pozwoli on na błyskawiczną interwencję (zabezpieczenie miejsca zdarzenia — przed przyjazdem policji i radiowozu Nadzoru Ruchu czy pierwsza pomoc — przed przyjazdem pogotowia). Wyposażony on jest w radiostację oraz technologię bluetooth, aby instruktor mógł mieć kontakt z Centralą Ruchu. Obecnie przeszkolonych do jazdy na tym motorze jest 3 instruktorów. Na razie jest tylko jeden, ale jak się sprawdzi na stołecznych drogach, być może będzie ich więcej. Motor ten, który jest bliźniaczo podobny do tych, które otrzymała Policja przed przyjazdem Papieża, waży 230 kg i ma pojemność 680 cm. Jego maksymalna prędkość to 230 km/h. Koszt to ok. 33.000 zł. Jest łatwy do rozpoznania, gdyż jest biały, z logiem Spółki oraz napisem Nadzór Ruchu Tramwajów Warszawskich. Instruktorzy wyposażeni są w specjalne kombinezony (w kolorze czarnym z kamizelką odblaskową z napisem Nadzór Ruchu TW), kaski (wyposażone w słuchawki i zestaw głośnomówiący) są białe — podobnie jak policyjne.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
0
Po nowym roku mogą się zmniejszyć kolejki do egzaminu na prawo jazdy. Mają w tym pomóc dodatkowe samochody i większe zarobki egzaminatorów – donosi “Gazeta Wyborcza – Lublin”. W Lublinie na egzamin na kategorię B trzeba czekać dwa miesiące. Jak zaznacza Artur Banaszkiewicz, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Lublinie, to problem ogólnopolski. - Są tylko dwa ośrodki w kraju, które wyrabiają się w ciągu przepisowych 30 dni - mówi i podkreśla, że właśnie samochody osobowe są najbardziej oblegane. Na kat C w Lublinie czeka się dwa-trzy tygodnie. Żeby przyciągnąć nowych egzaminatorów, ministerstwo transportu (dziś część ministerstwa infrastruktury) w październiku wydało rozporządzenie o nowych stawkach dla egzaminatorów. Decyzja wchodzi w życie 1 stycznia. Pensja początkującego egzaminatora będzie wynosić 2,5 tys. zł, a do tego tzw. dodatek zadaniowy - kolejny jeden tysiąc. Kwoty podwyżek uzależnione są od stażu pracy i liczby kategorii prawa jazdy, na które dana osoba może egzaminować. I tak egzaminator z wieloletnim doświadczeniem z uprawnieniami na każdą kategorię może zarabiać nawet 8 tys. brutto miesięcznie.Wyższe zarobki to plan ministerstwa, który ma przyciągnąć do pracy egzaminatorów i skrócić oczekiwanie kandydatów na kierowców na egzamin.- Płace egzaminatorów nie były waloryzowane od dziewięciu lat. Ich podniesienie to dobre posunięcie - uważa Banaszkiewicz. - A co ważne, rozporządzenie zmniejsza przepaść płacową między młodymi egzaminatorami i doświadczonymi. Lubelski WORD nabór na egzaminatorów organizuje dwa razy w roku - wiosną i jesienią, jednak trzeba się liczyć z wydatkiem około czterech tys. złotych na kurs który trwa trzy miesiące (drugie tyle praktyka). Dopiero później można ubiegać się uprawnienia egzaminatora. - Problemem są także samochody. Teraz momencie mamy wypożyczone dodatkowe trzy auta, ale już w lutym nasza flota powiększy się do 20 samochodów na samą kat B. To też pozwoli zmniejszyć kolejkę Do końca 2008 roku przybędzie jeszcze 13 samochodów - mówi zastępca dyrektora.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
1
Praca na dwie zmiany, więcej egzaminatorów - takie zmiany od nowego roku zapowiada Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego – tak ma być w Radomiu. Teraz na egzamin czeka się znacznie dłużej niż obowiązujące 30 dni. Przywołane zapowiedzi są szansą, że w przyszłym roku to się poprawi. WORD w Radomiu od lutego przyszłego roku będzie pracować na dwie zmiany. Egzaminy praktyczne będą przeprowadzane w godz. 7.30-20.30. WORD zatrudni nowych egzaminatorów. - Obecnie mamy już sześć potwierdzonych zgłoszeń do pracy. Osoby te będą pracować od lutego. W każdej chwili mogą też zgłaszać się kolejni kandydaci do pracy - zachęca Mirosław Szadkowski, dyrektor WORD. Chętnych do pracy jako egzaminatorów jest więcej, gdyż zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Transportu od nowego roku będą zarabiać znacznie więcej. - Jest to zachęta do powrotu do pracy egzaminatorów, bo brakuje ich nie tylko u nas, ale w całej Polsce. W województwie mazowieckim osób mogących pracować w tym zawodzie jest około 400, a pracuje tylko 200 - mówi Szadkowski. Od 1 stycznia wynagrodzenie egzaminatora będzie zależne m.in. od tego, na jakie kategorie prawa jazdy ma uprawnienia do egzaminowania. Minimalnie zarobi 3,5 tys. zł, maksymalnie zaś nawet 8 tys. zł. Od podstawy pensji zasadniczej naliczany będzie jeszcze tzw. dodatek stażowy w wysokości 5-20 proc. Mniejszy wpływ na płace będzie miał staż pracy. Pracownicy WORD w Radomiu to głównie osoby nowo zatrudnione. Do tej pory początkujący egzaminator przez pierwsze dwa lata nie zarabiał więcej niż 2,3 tys. zł. Aktualnie na egzamin na kategorię B czeka się w Radomiu około pięciu tygodni. Według rozporządzenia ministerstwa nie powinno to być więcej niż 30 dni od czasu zapisania się na egzamin. - Liczymy na to, że od lutego czas oczekiwania znacznie się skróci - mówi Szadkowski. Z zapowiadanych zmian zadowoleni są zdający. - To bardzo dobry pomysł, aby egzaminować dłużej. Jeżeli to się sprawdzi, wszystko będzie sprawniej szło i kursanci będą krócej czekać - cieszy się Łukasz Prus, który kilka dni temu zakończył kurs prawa jazdy.
Komentuj →
17 grudnia 2007 |
0
Kształt rowerzysty namalowany odblaskową farbą, linie boczne na chodnikach i strzałki kierunkowe. To propozycje studentów Akademii Sztuk Pięknych na oznakowanie ścieżek rowerowych. Nowe znaki mogą się pojawić w przyszłym roku. Olga Surawska i Marek Kultys są studentami Akademii Sztuk Pięknych Wydziału Wzornictwa Przemysłowego. Wygrali konkurs na nowe oznaczenia ścieżek rowerowych w Warszawie. Jeśli miasto wprowadzi ich projekty w życie, czeka nas mała rewolucja na drogach dla rowerów. Autorzy proponują zmianę podstawowego znaku malowanego na ścieżkach - niekształtny biały rower zastąpiłby nowy symbol: rowerzysta i dwa białe koła wykonane z białej masy plastycznej. Taki znak miałby także wersję poziomą - umieszczoną na betonowej płycie, którą drogowcy układaliby na ścieżkach z kostki brukowej. Takie oznakowanie ma poważną zaletę - betonowa płyta nie będzie traciła kształtu po jakimkolwiek remoncie. Dziś namalowana na ścieżce linia po przełożeniu kostek zamienia się w chaotyczne białe plamy. Studenci proponują wyraźne oddzielanie ścieżki od chodnika białą odblaskową linią. Trasy wyznaczone na jezdni oddzielone byłyby od drogi białą liną z rowkami. Jeśli kierowca najechałby na linię, usłyszałby charakterystyczny stukot. Na ścieżkach mogłyby się pojawić także strzałki wskazujące kierunek jazdy, podobnie jak jest na jezdniach. Bardzo przydatne będą też “uczulacze”, czyli cienkie paski odblaskowej masy plastycznej umieszczone po kilka sztuk w poprzek ścieżki. W czasie przejeżdżania po nich rowerem powodują hałas, co ma zwracać uwagę na niebezpieczeństwa na ścieżce, np. przejście dla pieszych czy gwałtowny skręt. Podobne pasy są stosowane na drogach samochodowych przed tzw. czarnymi punktami. – To się sprawdza na świecie, podobne rozwiązania widzieliśmy w Zurychu – mówi Marek Kultys, współautor koncepcji oznakowania ścieżek rowerowych. Teraz Olga i Marek zbierają uwagi rowerzystów odnośnie do swoich propozycji. - W styczniu projekt trafi do urzędu miasta, w marcu ma szansę zostać zatwierdzony i skierowany do realizacji - mówi Stanisław Plewako, pełnomocnik miasta do spraw transportu rowerowego. - Niektóre z tych znaków będą wymagały akceptacji Ministerstwa Transportu. - Posłuchamy jeszcze samych rowerzystów – mówi Jacek Wojciechowicz, wiceprezydent miasta. - Jeśli zaakceptują znaki, to nie widzę przeszkód, aby takie oznakowanie wprowadzić.
Komentuj →